Jerzy Łukaszewski: Pożar w burdelu

pozar2015-10-09. 

Starałem się nie pisać o zbliżających się wyborach, ale one są jak karaluchy (u nas mówi się „prusaki”, gdzie indziej „francuzy”). Wyłażą niespodzianie z najbardziej nieprawdopodobnych miejsc, wystawiają swe kosmate czułki myszkując po szafach, łazienkach, a nawet wsadzają nam nosy do talerzy.

No są – to są, nie moja wina.

Niechby jednak były chociaż ładne, już nie mówię jak Brigitte Bardott w czasach mego dorastania, ale jakaś Magdalena Ogórek by się przydała dla zapewnienia mi wrażeń estetycznych na odpowiednim poziomie. Zamiast tego mam obywatelkę Szydło Beatę, z domu Kusińską, która mi tego nie zapewnia, a której na dodatek wciąż muszę współczuć z powodu dolegliwości żołądkowych słyszalnych w każdym jej słowie niezależnie od tematu, który akurat porusza. Szczerze mówiąc temat jest zresztą obojętny, bo z nieomal 100 procentową pewnością jestem w stanie przewidzieć co powie.

I to mnie najbardziej zniesmacza.

Po latach wciskania ludziom „wykształcenia” na kierunkach zarządzanie i marketing dorobiliśmy się rzeszy firm konsultingowych, reklamowych, piarowskich i Bóg wie jakich jeszcze, które teoretycznie miały zapewnić nam reklamę tyleż skuteczną, co atrakcyjną, a mamy zero. Zero kreatywności, stare znane od dziesiątek lat pomysły, prymitywne chwyty, na które nie złapie się dziesięciolatek. Jeśli do tego dodamy kandydatów sztywnych jak babcia dzień przed pogrzebem to właściwie powinienem starać się o dodatek za życie w warunkach szkodliwych dla zdrowia. Psychicznego.

Najbardziej niepokoi mnie to, że cały ten obraz (ew. obraza) może mieć inną przyczynę, niż zauważalna nieudolność startujących. Gdyby założyć, że poziom i metody dostosowuje się do odbiorcy, to znaczyłoby, że w oczach aspirantów politycznych tak właśnie wyglądam – niekumaty prymityw, na którego szkoda większego wysiłku intelektualnego, bo wystarczy pomachać mu kawałkiem sera, a z pewnością uśmiechnie się szeroko, jak nie przymierzając osobnik ze znanego powiedzonka.

Jaka jest prawda?

Mądrzy ludzie – niektórzy szpanersko powołując się na Arystotelesa – twierdzą, że prawda leży zwykle pośrodku. Nie bardzo wiem dlaczego upodobała sobie ten środek, nie jest przecież wisienką na torciku, ale niech będzie. Tyle, że to mnie też nie zadowala.

Odbieram ten show jako brak szacunku dla wyborcy i nawet zwyczajowe „nawzajem”, które mogę im podesłać nie załatwia sprawy.

Jeśli ob. Wipler w telewizyjnym wywiadzie twierdzi, że ministrem zdrowia jest Arłukowicz, a poprawiony przez dziennikarza śmieje się mówiąc, że „to bez różnicy” to pytam: kto na niego zagłosuje? A zagłosuje, idę o zakład. Jeśli ob. Szydło Beata, z domu Kusińska, pytana o skandaliczną wypowiedź Macierewicza w USA odpowiada, że „to strategia Platformy” (ktoś to rozumie?) to czy nie należałoby natychmiast wzywać lekarza odpowiedniej specjalizacji? Do niej – albo do mnie, sam nie wiem.

Jedynym, który mnie ostatnio rozczulił, był niezrzeszony poseł, który wszedłszy na sejmową mównicę zaryczał jak bawołek „ – Złodzieje z Wiejskiej! Co robicie?!” Doceniam go o tyle, że modne są ostatnio wszelkiego rodzaju coming outy, więc człowiek przynajmniej jest trendy (choć teraz już chyba mówi się „dżezi”), a zważywszy, że chciał startować z grupy niejakiego Stonogi (tego co to „Andrzej mnie ułaskawi”, pamięta pan panie prezydencie D**a?) niemal żałuję, że mu komitetu nie zarejestrowano.

Poziom spotów wyborczych świadczy, że nie mamy w tej dziedzinie specjalistów. Co jeden to głupszy. „Wybierz mnie, a zapanuje szczęśliwość wszelka!” – kto się na to nabierze? Nie uwierzę, że wyborcy PiS na przykład. Może ich zbyt wysoko cenię, ale wydaje mi się, że oni prędzej zagłosują przeciwko czemuś/komuś, niż wierząc w obietnice własnych kandydatów.

Tak samo zresztą jak wszyscy inni.

Niektórzy boja się tendencji rozliczeniowych w PiS. Niepotrzebnie. To środowisko zawsze było mocno nieudaczne, a dziś z wyrzuconymi lub zmarginalizowanymi ziobrami et cons. jest niegroźne jak bezzębny rekin. Tyle jego, co sobie poryczy.

Za lewicą chcą głosować ci, którzy liczą na dalszą, pomyślną laicyzację naszej … tej, no – Ojczyzny i nie życzą sobie, by Kościół narzucał im swoją wersję moralności itp. Nie trzeba w tym celu aż walki z Kościołem. Są inni chętni.

Urzędnicy chcą zadbać o moralność. Nie ma zgody na „Pożar w burdelu”

Urząd Patentowy odmówił uznania za znak towarowy nazwy popularnej w stolicy grupy teatralnej Pożar w burdelu – informuje Radio Dla Ciebie. Pożar w burdelu działa w Warszawie już od ponad dwóch lat. Grupa młodych artystów zaczynała w Klubie Komediowym na Chłodnej i szybko zdobyła sobie dużą popularność.

Prywatnie powiem, że pani Nowacka jest chyba najsensowniejszą „nową twarzą” na firmamencie polskiej polityki; problem w tym, by wyleniałe dinozaury jej nie przeszkodziły w rozwoju. A że będą – tego jestem pewien.

Tzw. elity tak się przyzwyczaiły do wyklinania Kukiza, że nawet nie zniżą się do sprawdzania co się u niego dzieje, co pięknie świadczy o ich poziomie intelektualnym. „Nie wiem, nie znam, ale się wypowiem i to bardzo zdecydowanie!” – takie mamy „elity”. Przy okazji usłyszałem niedawno doskonała definicję elit i to z ust niezwykle miarodajnych. „Elita to ja i moi znajomi, wszyscy bez wyjątku znakomici”. Proste, prawda? Ten mechanizm jest bardzo fajny w zastosowaniu. Chcesz być elitą? Zostań znajomym tego i tego.

U Kukiza dzieją się ciekawe rzeczy o tyle, że ludzie z jego otoczenia wbrew dzikim okrzykom swego pożal się Boże – lidera, przygotowali jednak program, a to pod postacią projektów ustaw, za którymi będą optować i poszukiwać sojuszników do ich uchwalenia. Kto je zna?

Inna rzecz, że Kukiz robi wszystko, by zniechęcić nawet do ich przeczytania.

I to też jest przykład na PR-owskie nieudolności, z jakimi mamy do czynienia w tych wyborach. Wiem, że za dużo wymagam, ale ten sam facet zyskałby wiele i wielu, gdyby zamiast  drzeć dziób – przełamał się do prezentowania swojego zdania w sposób nieco bardziej cywilizowany. No cóż, on woli dowiadywać się od znajomych, co właściwie powiedział na wiecu, bo założę się, że w chwili indiańskiej artykulacji tegoż, sam nie bardzo rozumie co mówi. A dobry spec od PR albo imydżu w 5 minut zrobiłby z niego polityka.

Nikt nie powie dwom posłom PO występującym wczoraj  na brifingu, że są kompletnymi cymbałami atakując pana Petru, który jest ich niemal jedynym pewnym sojusznikiem w przyszłym parlamencie. A niby kto im ma to powiedzieć? Zwolennicy nie, bo zachwyceni bezkrytycznie swoją partią nie pozwolą sobie na krytykę, przeciwnicy też nie, bo ich to cieszy i bawi niepomiernie, no więc kto?

Ja też nie.

Ja jestem od narzekania, jak prawdziwy Polak.

Aby się w was żółć zanadto nie zagotowała, chciałem dla odreagowania na zakończenie przypomnieć wierszyk, z innej epoki  nieżyjącego, niestety, autora, tłumaczący jak zachowuje się prawdziwy Polak.

Wierszyk pisany w roku 1956, tuz po październikowym przełomie.

Dwie rozmowy

Rozmawiałem ze znajomym
w nie tak dawnym okresie.
Ja się go troszkę bałem –
a on troszkę bał mnie się.
Przywitałem go grzecznie –
on przywitał mnie w pląsie,
bo ja bałem się jego,
a mnie za to bał on się.
Ja mu „Panie kochany” –,
on mnie „Drogi kolego”
Bo on mnie się bał troszkę,
a ja troszkę się jego.
Ja, że piękna pogoda –
on, że bardzo przyjemnie,
wprawdzie lało, lecz ja go,
a troszeczkę on się mnie.
Więc „Co słychać?” – „Co słychać?”
„jako tako”, „Niczego”.
Bo on bał się mnie troszkę,
a ja troszkę się jego.
Lecz, że on nieco bardziej,
więc dodaje wnet chłop, że
„Jako tako, a nawet
rzec by można, że dobrze”.
Dobrze? Myślę: niedobrze
mówię więc po namyśle:
„Wie pan, raczej już świetnie,
by wyrazić się ściśle”.
Facet pobladł po chwili
dodał jednak w zapale:
„Obywatel nie widzi,
że właściwie wspaniale?”
„Towarzyszu – krzyknąłem,
już triumfując w sekrecie –
chyba lepiej, niż u nas
nie ma nigdzie na świecie!”
Wtedy dobił mnie strasznie –
skończył ze mną jak z dzieckiem:
„ jak to nigdzie – powiada, –
no a w Związku Radzieckim?!”
* * *
Przyszła odwilż i wiosna,
wiosną słońce jak bania!
Więc przy bani przypadkiem
doszło znów do spotkania.
On mnie „zyg zyg marchewka”
a ja gram mu na nosie…
on się mnie już nie boi
ani ja boje go się.
On powiada, że kiepsko…
Ja dorzucam „Bałagan!”
On w krytyce się pławi,
ja mu – owszem – pomagam.
I kroczymy tak obok –
obaj myśląc w tej chwili:
„Jak, psiakrew ci krzykacze
raptem się odmienili”.

Marian Załucki

Może więc jest dobrze, że jest niedobrze?  Gdyby, nie daj Boże, wszystko było ok, co byśmy robili? Kogo byśmy gromili z wielkim zaangażowaniem z narażeniem strun głosowych i innych części ciała?

No sam nie wiem.

Na szczęście – jest na co ponarzekać. Opaczność nad nami czuwa.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. hazelhard 2015-10-09
  2. MaSZ 2015-10-10
  3. spycimir mendoza 2015-10-12
  4. Mariusz Malinowski 2015-10-15
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com