Gdy w styczniu br. terroryści muzułmańscy dokonali rzezi na rysownikach paryskiego tygodnika satyrycznego „Charlie Hebdo”, ton nadał prezydent Francji, François Hollande, ogłaszając, że „wszyscy jesteśmy Charlie”. Po rzezi sprzed 10 dni usłyszeliśmy, że „wszyscy jesteśmy Francuzami”, jak zaintonował pełniący jeszcze obowiązki ministra spraw zagranicznych, Grzegorz Schetyna. Hollande ogłosił wtedy, że trzeba zrobić wielki marsz jedności przeciw terroryzmowi. Paryżem przeszło podobno 4 mln ludzi, w tym wielu polityków zagranicznych, żeby upiec swoją pieczeń na francuskim ogniu, a panowie Mahmud Abbas, prezydent Autonomii Palestyńskiej i Benjamin Netanjahu, premier Izraela, uważali, żeby na siebie nie wpaść.
Ludzie nieśli napisy „wszyscy jesteśmy Charlie”, plakaty z należytymi hasłami oraz naszkicowanymi wielkimi ołówkami na znak solidarności z zabitymi rysownikami. Przeszli ładny kawał Paryża, a potem rozeszli się zadowoleni z wkładu w walkę z terroryzmem. François Hollande ogłosił, że za morderstwo na rysownikach, i inne dwa towarzyszące mu zamachy o mniejszej skali, winne są ideologie radykalizmu, ekstremizmu i terroryzmu. Zaznaczył przy tym expressis verbis, że zamachów nie należy łączyć z islamem.
Francuzom spodobały się postawa i wyjaśnienia Hollande’a i wyraźnie podniosły mu się słupki sondażowe, które zeszły już do średniej strefy stanów niskich. A państwo francuskie najwyraźniej nie zamierzało robić czegokolwiek zapobiegawczego, bo jak inaczej interpretować fakt, że w piątek, trzynastego listopada 3 zespoły terrorystów mogły zupełnie bezkarnie przeprowadzić niesłychanie skomplikowaną, skoordynowaną i przećwiczoną operację dokonania tak rozległych zamachów znów w Paryżu?
Amerykanie po zamachu na wieżowce WTC uchwalili szybko stosową ustawę („Patriot Act) i powołali osobną organizację do faktycznego penetrowania środowisk muzułmańskich i od tego czasu antyamerykańskie sukcesy terroryzmu islamskiego są nikłe, jak na skalę Ameryki – w kraju i za granicą. Pewien problem w tym, że muzułmanie stanowią w USA 0,2 proc. ludności,
a we Francji nikt nie wie ile, bo takich spisów nie wolno prowadzić, ale z szacunków wynika, że jest to 6 mln osób.
Żeby próbować te środowiska penetrować, najpierw należałoby zdefiniować problem: że terrorystami są dziś prawie wyłącznie muzułmanie działający z pobudek religijnych. I nie tylko we Francji. Takie stwierdzenie, nawet po obecnych masakrach, nie ma prawa – sądzę – ukazać się na łamach jakiejkolwiek francuskiej gazety głównego nurtu. No i media głównego nurtu czujnie dopóki co tego unikają.
Nie słychać też uwag luminarzy głównego nurtu telewizji francuskich w rodzaju tego, co powiedział Ali Waked (muzułmanin sądząc z imienia), komentator telewizji izraelskiej i24news.tv – że to, co wydarzyło się w Paryżu to akcja „trzeciego pokolenia”. Psychiatrzy i socjologowie zachodni już dawno sformułowali to pojęcie, ale nie ma ono prawa pojawić się w głównym nurcie medialnym (polskim również). Chodzi o to, że zamachowcami, którzy chcą zniszczyć cywilizację zachodnią są wnukowie tych muzułmanów, którzy w niej osiedli.
Dziadek jest szczęśliwy, że udało mu się wyprowadzić od siebie i osiąść w Europie, syn szczęścia już nie przeżywa, ale jest jeszcze pod wpływem ojca. A wnuk to już wróg cywilizacji kraju emigracji, który może zostać terrorystą. Pojęcie „trzeciego pokolenia” jest pewnym uproszczeniem. Było to może bardziej prawdziwe w latach 80-tych. Dziś – można to wykazać z łatwością statystycznie – jest to na ogół pokolenie drugie.
Ali Waked zwrócił uwagę, że mordercy, którzy wtargnęli z okrzykiem „Allahu Akbar” do sali koncertowej Bataclan, wydawali polecenia w czystym francuskim. A więc wyrośli we Francji albo w Belgii. Mózg masakr paryskich, Abdelhamid Abaaoud to syn Omara, Marokańczyka, który osiadł w Belgii 40 lat temu i w styczniu br. – gdy syna ścigano już listem gończym – powiedział miejscowej gazecie „Het Laatste Nieuws”, że „wszystko zawdzięcza Belgii”.
W czystym angielskim wyrażał się rzeźnik Państwa Islamskiego, który w kominiarce podrzynał przed kamerą gardła niewiernym w Syrii. I nazwano go Johnem Dżihadystą – że jest to niby Brytyjczyk, który przeszedł na islam. Teraz wiemy, że nie był to John, lecz Mohamed. Mohamed (Emwazi) wylądował w północnym Londynie mając lat 6 z rodzicami, którzy przybyli z Kuwejtu. Uczył się dobrze, nawet został programistą komputerów.
Można by tu stworzyć długą listę terrorystów muzułmańskich drugiego pokolenia (czasem rzeczywiście trzeciego), którzy dokonali zamachów na ludzi świata, w którym za sprawą rodziców przyszło im żyć. Poprzestańmy na trzecim przypadku – braciach Carnajew, którzy dokonali zamachu na uczestników biegu maratońskiego w Bostonie. Jako chłopcy wylądowali w USA z rodzicami (uchodźcy czeczeńscy). Nie wiodło się im źle. Starszy, Tamerlan, odnosił nawet sukcesy sportowe i chciał robić amerykańską karierę życiową, lecz doznał ukąszenia islamskiego i skończyło się zamachem na maraton – na tak charakterystyczną zabawę Zachodu.
Istota rzeczy polega na tym, że Abaaoud, Carnajewowie, Mohamed Emwazi – i wszyscy pozostali – wylądowali w getcie muzułmańskim, a tam istnieje ład inny, niż w świecie okolicznym. Sztywny porządek społeczny z jasno określonym miejscem kobiety i wartości religijne, nieustannie obrażane przez ten świat zewnętrzny z tej przyczyny, że wyznaje on wartości własne. W rezultacie, bywa tak, jak w przypadku Mohameda, który udał się w 2009 roku w odwiedziny do rodziny ojca w Kuwejcie. I tam prawdopodobnie doznał ukąszenia islamskiego.
Takich Mohamedów w ostatnich dwóch latach przeniosło się z Europy do Państwa Islamskiego (PI) tysiące. Od Włoch po Szwecję, od Austrii po Portugalię. Pojechali po to, by zabijać niewiernych, zapewnić PI moc, a potem przy jego wsparciu doprowadzić do zwycięstwa islamu w Europie. I już wrócili do Francji, Belgii. Do Włoch, Szwecji, Niemiec też wrócą.
Zamachy terrorystów muzułmańskich we Francji to zjawisko dość zwyczajne (w tym roku przez Paryżem nr 2 było już 5), ale tego, co wydarzyło się teraz, nie da się po prostu zamieść pod dywan uroczystym pustosłowiem i marszami. Były prezydent Nicolas Sarkozy powiedział, że po tych zamachach, Francja już nigdy nie będzie taka, jak przedtem. Był to z pewnością odpowiednik zamachu na wieżowce WTC. Tylko co Francja może rzeczywistego zrobić?
Nie były bowiem wyborem przypadkowym zamachy wymierzone w Stadion Francji (na który terrorystom nie udało się dostać, więc wysadzili się pod stadionem), gdzie potykali się w meczu towarzyskim piłkarze Francji i Niemiec, na wielką salę koncertową z 1500 ludzi, słuchających występu amerykańskiego zespołu metalowego oraz na popularne kawiarnie i restauracje, w których Francuzi tak kochają bywać przy piątkowym i sobotnim wieczorze. To był rozmyślny cios w cywilizację francuską, część europejskiej. Premier
W. Brytanii, David Cameron powiedział następnego dnia, że zamachy były wymierzone „w nasz sposób życia”. W cywilizację europejską.
Już odezwały się głosy, że przecież masakry paryskie to była odpowiedź na rychłe wysłanie przez Francję lotniskowca „Charles de Gaulle” na Morze Czerwone, by bombardować cele PI w Syrii i Iraku. I co, wycofanie się Paryża z bombardowań przywróci pokój religijny we Francji? Znów pojawiły się też głosy co odważniejszych, że państwo i społeczeństwo francuskie zawiodły, bo nie dbają o asymilację i integrację ludności o osobnej tożsamości kulturowej (czytaj: muzułmanów).
Ale wszystkich pobiła ministerka spraw zagranicznych Szwecji, Margot Walstroem, która wyjaśniła, że masakry paryskie to odpowiedź na politykę Izraela wobec Palestyńczyków. Rząd w Tel Awiwie zatkało, ale gdy już odetkało, izraelskie MSZ wezwało na przesłuchanie ambasadora Szwecji..
Przy takiej egzegezie korzeni terroryzmu, jaką przedstawiła Szwedka, przypomina się wyjaśnienie, jakiego udzielił w 1962 roku król Maroka, Hasan II supergwieździe telewizji francuskiej, Anne Sinclair, która pytała go o radę, jak działać, aby Marokańczycy asymilowali się w społeczeństwie francuskim. Hasan II w prostych monarszych słowach wyjaśnił jej, by zapomniała, że muzułmanie będą się asymilować. Wyrafinowane środowiska intelektualne Paryża przyjęły z niesmakiem słowa królewskie, nie wątpiąc, że można muzułmanów zamienić w niemal rdzennych Francuzów.
Warto też przypomnieć, że prezydent Turcji, Recep Tayyip Erdogan – do niedawna otwarty sojusznik PI, a dziś pośredni, atakujący Kurdów walczących z PI – który wylewa krokodyle łzy głosząc, że zamachy paryskie to „zbrodnia na ludzkości” (sic!), nazwał próbą pogwałcenia praw człowieka podnoszone w Europie żądania niektórych, aby zacząć robić coś dorzecznego dla asymilacji muzułmanów.
Prezydent i rząd Francji stanęli przed ścianą. I będą musieć zrobić coś rzeczywistego. Zobaczy się. Prezydent François Hollande bardzo pilnuje się, aby omijać słowa „islam”, „muzułmanie”. Mówi, że Francja jest w stanie wojny, lecz nie wiadomo z kim. Ale co można zrobić przy 6 milionach muzułmanów w domu? Awi Pazner, były ambasador Izraela w Paryżu, pytany przez i24news.tv, ma jasność: my mamy wypracowane skuteczne metody zapobieganie terroryzmowi islamskiemu, jeśli Francuzi będą chcieć, możemy im poradzić.
Niechciana prawda, której dowiedzieli się właśnie Francuzi, dotyczy całej Europy (zachodniej, przynajmniej na razie), jak to jasno skonstatował premier Cameron. Wojujący islam chce zniszczyć cywilizację europejską. I pojawia się pytanie, którego nie należało dotychczas zadawać: a jak zasymiluje się ten milion muzułmanów, którzy wkroczyli do Europy w tym roku – i 3 miliony dalszych, które widzi w roku przyszłym Komisja Europejska? I pytanie pochodne, które może nas, Polaków, obchodzić już niebawem: jak zasymilują się imigranci wkraczający do sąsiednich Niemiec? Migranci, którzy dla kanclerki Angeli Merkel i jej rządu są „uchodźcami”.
Rzecz prosta, bezwyznaniowymi. A mają oni jeszcze za sobą potężnego Jean-Claude’a, szefa Komisji Europejskiej.
Roman Strzemiecki



Jak dotąd nie widać wielkich marszów przeciw przemocy organizowanych przez muzułmańskich obywateli Francji. Wśród 8 zamachowców samobójców sprzed kilkunastu dni, dwóch to imigranci którzy przedostali się do UE w październiku przez Grecję. Co najmniej 30% młodych muzułmanów we Francji popiera działania ISIS, a tym samym akceptuje zbrodnie przeciw „niewiernym”.
Powyższe oznacza, że mimo iż większość muzułmanów w Europie Zach. to uczciwi ludzie, to są oni bardzo bierni wobec zbrodńi dokonywanych przed współwyznawców (lub zastraszeni), imigranci zasilają szeregi fanatyków, zaś wsród młodych zastraszająco wysoki odsetek radykalnych przekonań stanowi niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia innych obywateli.
Francja stała się ofiarą szaleństwa politycznej poprawności. Teraz nastąpi zapewne radykalna zmiana polityki, zaś kolejnym prezydentem Republiki zostanie albo Sarkozi, albo pewna kobieta, znacznie bardziej od niego radykalna.
„Tylko co Francja może rzeczywistego zrobić?”
.
Oczywiście uznać, że w stanie wojennym, bo są, nie ma się co obcyndalać z niektórymi formalnymi utrudnieniami w rozpoznawaniu potencjalnych wrogów, żołnierzy islamu. Który jest jadowity, nie ma się co oszukiwać, nie tylko jako zalecenie do wysiłku wyrzucenia z gniazda obcych jajek i piskląt przez te kukułki, ale – jeśli nawet ktoś sam za słaby psychicznie – do ochrony tych co chcą i potrafią, przed wykryciem i eliminacją. Bo oni to przecież muzułmanie, nasi bracia. Głupota tych „liberalnych” muzułmanów, co nie zdają sobie sprawy, że sami też staną się jutro obiektem eliminacji, to dla nas tylko kwestia techniczna. Więc naruszajmy ich święte prawo do prywatności! Znakujmy imigrantów i tych co podpadną jako „potencjalni”, wśród nawet trzeciopokoleniowych. Odciski palców to oczywiście za mało. Wskazuje na to ogromny popyt na „kropelkę” w strefach przepływu imigrantów. Jedyna szybka reakcja (błyskawiczna, niech kosztuje ile chce!) to rejestratory tęczówek. Oczu sobie nie wydłubią. Jedyny sposób na identyfikację migrantów w pozbawionej rzeczywistej kontroli ich przepływu Europie. Regułą absolutną powinna być akceptacja jako azylantek wyłącznie kobiet i izolowanie ich od mężczyzn, dla ochrony przed ewentualnym prześladowaniem. Niech się same wypowiedzą, kto jest prawdziwym mężem, a kto je po drodze zniewolił. (80% migrantów to młodzi, silni (bo przskoczyli) mężczyźni, co mają być zarzuconą do Europy kotwicą, dla wciągnięcia do niej (na zasadzie prawa o łączeniu rodzin) następnych kilku milionów kobiet, dzieci, dziadków i babek (co będą – oczywiście – żyli z pomocy społecznej, bo nie mamy tylu miejsc pracy dla fizycznych, co i tak nie pójdą do pracy, bo mają wybujałe oczekiwania, ale małe potrzeby, więc wyżyją z zasiłków i z szarej strefy,(albo z przestępstwa, jak np. wietnamczycy, po likwidacji NRD).