Ernest Skalski: Nie bać się. Nie pomstować. Pomyśleć!

Kaczynski mowa2015-12-14.

– Ja nie skazuję ludzi na śmierć – mówi sędzia w angielskiej anegdocie – bo już skazał ich Bóg. Ja tylko wyznaczam termin.

Jeśli mnie ktoś spyta o wyrok historii, to mogę powiedzieć jaki on będzie. Ale terminu ogłoszenia i wykonania nie znam. Było by miło gdyby za cztery lata, lub wcześniej, musiała go opublikować pani Beata Kempa. Teraz jednak bieżąca sytuacja może się zmieniać na różne sposoby. Ludzie przewidują bardzo różne rzeczy i każdy ma rację. Porządkując jako tako ten chaos, możemy wytyczyć dwa bieguny między którymi będzie się wszystko rozgrywać.

Pierwszy. Wejście smoka.

W lekturach Kaczyńskiego znajdował się nie tylko Carl Schmidt z jego sposobem rządzenia przez konflikt, lecz także Niccolo Machiavelli z jego sposobem zdobywania i utrzymywania władzy. Skuteczne jest po zdobyciu władzy – uczył w „Księciu” – szybkie wymordowanie przeciwników i tych, którzy mogą się nimi stać. A gdy już władca wybije kogo miał wybić, zacznie być postrzegany jako dobry i może w miarę spokojnie rządzić.

Ten schemat opisany w niewielkim państewku jakim była renesansowa Florencja rozgrywał się w sposób niezamierzony na wielką skalę w dużych państwach i nieraz w ciągu historycznego okresu. Klasyka to Rewolucja Francuska. W kolejnych etapach doszła do apogeum jakim była dyktatura jakobińska z burzeniem wiekowych porządków i terrorem. Po tym wstrząsie zmieniały się formacje polityczne, aż do Restauracji Burbonów, ale instytucje ancien regime’u były tak zdruzgotane, że nie było już do nich powrotu.

Tak było między innymi i w Polsce, gdzie terror i totalitaryzm pierwszego okresu narzuconej władzy mógł zelżeć znacząco po Październiku 1956 roku, kiedy już nie było powrotu do Polski sprzed 1939 roku. A w przełożeniu na humanitarne realia dzisiejszej Europy, przyjmuje się, że nowy rząd, który chce przeprowadzić zasadnicze zmiany, powinien to zrobić w pierwszych sześciu miesiącach. Niejako z zaskoczenia, kiedy jego zwolennicy są w jeszcze w natarciu, a opór nie zdążył się skonsolidować. W ten sposób postąpił rząd Mazowieckiego i Balcerowicza. Dzięki temu nie jesteśmy dziś w sytuacji Rosji, Ukrainy i Białorusi. A te relikty realnego socjalizmu, w postaci państwowych czeboli, które się wówczas ostały, mają się dobrze do dziś, a nawet jeszcze lepiej po ostatnich wyborach.

Może warto, już na spokojnie to wszystko sobie przypomnieć, aby zdać sobie sprawę w jakim kontekście dzieje się to co się dzieje. Jarosław Kaczyński na pewno chce trwale przemeblować Polskę tak szybko jak to mu się uda. I na pewno chce pozostać u władzy dla władzy, ale też i po to by utrwalić te zmiany.

Zastanówmy się kto mu tę władzę dał. Na pewno nie lud pracujący miast i wsi, zniesmaczony ciepłą wodą Platformy, oburzony z powodu śmieciówek, prekariatu, kraju – montowni, supermarketów, braku związków partnerskich – co wmawia mu wszelkiej barwy lewica. Burzyciele III RP, czyli PIS i Kukiz, dostali łącznie 46.5 procent głosów. Partie stojące na gruncie konstytucyjnym; PO, Nowoczesna, PSL, ZL i Razem, zebrały 45 procent. A z tego 11.6 procent głosów, oddanych na obie lewice, poszły jak psu w …lecz przynajmniej Adrian Zandberg ma własna partyjkę, która zasłużenie zeszła do jednego procentu poparcia z 3,9 w wyborach. Ale dotacja z budżetu mu została.

Tak czy inaczej, zabrakło półtora procenta głosów, by sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Zabrakło kilku procent głosów zawsze chwiejnego centrum, by powstała koalicja, pstra, ale większościowa, a PIS, będąc najsilniejszą partią w parlamencie, zmuszony by był do pozostania w opozycji. Pomarzyć…

Jarosław Kaczyński doskonale sobie zdaje sprawę, że tym co robi zraża do siebie ten właśnie centrowy elektorat, który zapewnił mu władzę. Gdyby był zmuszony – zmuszony, powiadam – do trzymania się tego pierwszego bieguna, to po zrobieniu łomotu na wejściu i dokonaniu zamierzonych zmian instytucjonalnych, zmieniłby nieco język i wymienił parę rażących osób. Spróbowałby jeszcze raz oszukiwać, tych którzy na to przystają. W ten sposób może by wygrał wybory roku 2019, lecz niekoniecznie.

Biegun drugi, wg. Hitchcocka

Czyli na początku mamy pożar w burdelu, a potem – jak pouczał mistrz filmowego horroru – akcja się stopniowo ożywia. Co chwila, w coraz mniejszej grupie, powtarzamy; no nie, ale tego to on już nie zrobi. A on to właśnie robi. Na zasadzie; no i co mi zrobicie?

W tym wariancie, nie ma on po co odzyskiwać owego chwiejnego, decydującego w wyborach centrum, które oszukał i zraził,. Niewykluczone, że samo doń przyjdzie, gdy zobaczy ów lud pracujący miast i wsi, stający murem za swoim wodzem i dobrodziejem.

Władzę swoją zamierza on uprawiać przy pomocy dwóch podstawowych narzędzi. Pierwsze z nich, stały konflikt, stosuje od lat i jeśli ktoś jeszcze myślał, że będzie inaczej, to po ostatniej niedzieli chyba już przestał. Prezes nie robił wrażenia, że przemawia jako zwycięzca, któremu zależy by na zdobytym terenie, pod jego władzą, był spokój, by poddani widzieli w nim troskliwego ojca ojczyzny, przy którym mogą czuć się bezpiecznie.

Przeważnie taki modus operandi stosują dyktatorzy autorytarni: nie podskakuj, nie mieszaj się do polityki, zostaw ją mnie. Możesz spokojnie robić swoje, a już ja się zatroszczę żeby ci było dobrze. To był styl – jedność moralno-polityczna – Edwarda Gierka, skuteczny dopóki gospodarka to jako tako wytrzymywała. A Kaczyński, tak jak Orban, buduje system autorytarny, lecz sięga po chwyty systemów totalitarnych. W obu jego niedzielnych wystąpieniach nie było „wszystkich” Polaków. Była ogromna ich większość, którą dla PIS stanowi 19 procent elektoratu. To, nota bene, dobra leninowska szkoła; nazwać mniejszościową frakcję bolszewikami, czyli większościowcami.

Totalitaryzm, każdy; religijny, polityczny, plemienny, czy nawet rodzinny nie może funkcjonować bez wroga. Do perfekcji doprowadził to Stalin, z jego teorią – i praktyką! – że w miarę sukcesów nasila się walka klasowa. A przecież Kaczyński tylko co wygrał wybory, ale nie daje się nacieszyć długo oczekiwanym sukcesem, no bo wróg wewnętrzny i zewnętrzny, bo walka dopiero przed nami. A do tego wróg musi być spersonalizowany, żeby można było bać się i nienawidzić konkretnych ludzi. Szatan musi mieć swoich wysłanników. Tak więc, oprócz złowrogiej Brukseli, oprócz jakichś onych, mamy na razie sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Za chwilę pojawią się inne nazwiska. Nawet zmarłych, bo będzie to zestaw tych, którym bracia Kaczyńscy jakoś nie dorównali w okresie burzy i naporu.

Żelazny, ideowy elektorat PIS ma swój oczekiwany triumf i długo będzie go konsumował. Innych prezes w ostatnią niedzielę straszył, lecz podtrzymywał w wierze swoich wyborców. Mają swoje igrzyska, a na chleb mogą poczekać, bo przecież walka trwa, a oni czują się jej uczestnikami. Jednym słowem, mają co chcieli.

Atmosfera walki i zagrożenia ma wielorakie funkcje. Nie ma w niej miejsca na najwyższe szczęście według Diogenesa; rządzić wolnymi ludźmi. Tu do rządzenia potrzebny jest strach. Nie przed wrogiem, bo przecież jesteśmy silni, zwarci, gotowi. Ale każdy powinien sprawdzić; czy to ja nie ulegam pokusie szatana? Czy nie odchylam się od linii partii? Czy nie mam za uszami czegoś co mi teraz zaszkodzi? A czy teraz się czymś nie narażam? Czy dosyć gorliwie okazuję swój zapał i przywiązanie?

W ZSRR – dygresja -koszmarem były „burzliwe oklaski” po wymienieniu Najświętszego Imienia. Trwały i trwały, klaszczący już nie byli w stanie podtrzymywać entuzjazmu, a strach było pierwszemu zaprzestać. Bez strachu jedynie sam Stalin dawał znak ręką, że dosyć. A przewodniczący zgromadzeniu nieraz przerywał, lecz momentalnie dopadał go strach, natychmiast wznosił kolejny okrzyk i znów zaczynano klaskać.

Było, minęło? W otoczeniu Prezesa – strach zawsze był i jest naturalny. Jeszcze się nie zaczęło bać społeczeństwo. Ale od paru tygodni już jest w dygocie cała administracja państwa z panią premier na czele, wszyscy w mediach publicznych, personel kierowniczy spółek skarbu państwa i tytularny Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej.

Res sacra miser?

Święta jak święta ta bieda, ale może być poręczna w rządzeniu. I chyba ma być tym drugim narzędziem władzy dla Kaczyńskiego.

Już nam przypomniano de Tocqueville’a , który zauważył, że bunty i rewolucje niekoniecznie wybuchają kiedy ludziom jest bardzo źle. Wtedy mało kto ma głowę do polityki i każdy raczej kombinuje jakby tu przeżyć. Buntują się gdy jest poprawa, lecz nie nadąża ona – przeważnie – za rozbudzonymi aspiracjami.

Dyktatorem, który sobie z tego zdawał sprawę i umiejętnie tego unikał był Antonio Salazar, skądinąd profesor ekonomii. Rządził po dyktatorsku Portugalią przez trzydzieści sześć lat, trzymając ją w zastoju i biedzie, ale nie dopuszczając do gwałtownych załamań i dbając by escudo było mocną walutą. Rewolucja Goździków nastąpiła w roku 1974, już po jego śmierci, podczas wyniszczającej wojny o utrzymanie afrykańskich kolonii.

Biedą był rządzony Związek Radziecki i jest Federacja Rosyjska przy Putinie. Warunkiem jest aby gospodarka była częścią państwa – to w ZSRR i krajach tzw. obozu – lecz okazało się, że wystarczy aby państwo dominowało w gospodarce. Żeby się nie powtarzać –Ernest Skalski: Duuuużo czytania, dobrze się czyta – głównie o Rosji, ale nawet w USA dostrzega się elementy etatyzmu, działające na korzyść tych którzy rządzą. Na szczęście jest tam prawdziwa konkurencja w polityce.

Jarosław Kaczyński nie zna się na gospodarce, nie ma do niej głowy. Co innego było dlań ważne. W latach 2005 – 2007 jego rząd prowadził politykę gospodarczą, taką jak wszystkie inne po rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Kiedy transformacja była już w swym podstawowym zrębie dokonana, rządy dopasowywały się do sytuacji. Ponieważ była wtedy koniunktura, to rząd PIS luzował śrubę podatkową, PKB osiągało sześć procent rocznie i wszyscy byli zadowoleni.

Teraz już tak nie będzie. Po „góralu” – kto to jeszcze pamięta? – na dziecko, dochody do ośmiu tysięcy wolne od podatku, bezpłatne leki po 75 latach życia, emerytura znowu – 60/65. Najbardziej spektakularne i najmniej skuteczne posunięcia. Minister energetyki zapowiada, że najważniejszym celem górnictwa jest utrzymanie zatrudnienia. Dodatkowe podatki na handel wielkopowierzchniowy, który zapłacą dostawcy i konsumenci i na banki – kosztem kredytobiorców i właścicieli lokat. Oczywiście żadnej prywatyzacji, a w miarę możności polonizacja czego się da. A do tego, największy rząd po roku 1989, dwa nowe województwa z ich aparatem państwowym i samorządowym.

I już zwiększa się deficyt na kończący się rok, znosi się klauzulę ograniczającą wzrost zadłużenia, więc mamy jego nieuchronny wzrost w roku przyszłym. Na giełdzie od tygodni przecena, kapitał ucieka, złoty tanieje. I to dopiero początek. „Naród sobie” , można zacytować maksymę z teatru w Pradze, tu w tym znaczeniu, że naród dostaje beneficja, a za które będzie musiał zapłacić znacznie, znacznie więcej niż teraz mu władza oferuje. Jej nadzieja w tym, że nie będzie gwałtownego załamania, że obsuwa będzie rozłożona w czasie. A jak już będzie bieda, to ludzie mają kombinować jak tu sobie dać radę i głosować na władzę, która daje im na dziecko po 500 złotych, z siłą nabywczą obecnych dwustu czy trzystu i która wypłaca marne emerytury, strasząc, że inna może ich nie wypłacić.

I będą sobie mogli dalej pomstować na publiczną służbę zdrowia bo od przejęcia pieniędzy z likwidowanego NFZ do budżetu nie zrobi się lepsza, a po odmowie finansowania prywatnych usług medycznych nie będzie na nie stać uboższych, którzy zwiększą kolejki w placówkach publicznych.

Już się pojawia – może jeszcze na wyrost – termin „peronizacja”, a zanadrzu jest jeszcze Chavez, który gospodarkę swego kraju rozłożył szybciej niż Peron.

Przeszkoda numer jeden

Teraz Jarosław Kaczyński gra o wszystko. Zmierza z rozmachem w kierunku tego drugiego bieguna, mając po drodze przeszkody. A jedną z poważnych przeszkód jest on sam. Bardzo poważną, bo może nie brać pod uwagę swych ograniczeń. Choćby tego, że uleganie swoim emocjom nie jest tożsame z racjonalnym postępowaniem.

Jeden człowiek nie jest w stanie ogarnąć węzłowych problemów sporego państwa, tkwiącego w splocie europejskich i światowych powiązań. Kaczyński wiele czytał i czyta, sprawnie manipuluje ludźmi, szybko reaguje na rzeczywistość, a raczej na to co z tej rzeczywistości do niego dotrze. To problem wszystkich rządzących. Piłsudski gdy był premierem sporządził notatkę: „Będę pracował tylko z ministrami i tylko w najważniejszych sprawach”. Tak samo funkcjonował gdy był „tylko” Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych. Ale on nie musiał obawiać się zdolności tych, z którymi pracował. A Kaczyński, mając dziś władzę porównywalną z władzą Piłsudskiego po Maju, dobrał sobie – co sam zapowiedział – może nie orłów intelektu, ale lojalnych. O lojalność łatwo w momencie triumfu i dzielenia łupów, ale nie kiedy sytuacja robi się trudna, a robi się trudna zawsze. Z tych ludzi zmontował agregat wzajemnej kontroli, który nigdy nie jest zespołem nastawionym na rozwiązywanie problemów.

Safety first, bo dyktator zawsze się boi i ma powody. Władza skupiona w ręku jednego człowieka, a nie w systemie instytucji, może kusić, bo stosunkowo łatwa jest do przejęcia. I jeszcze łatwiejsza do zmanipulowania. Numer jeden w takim systemie wie to co mu jego ludzie powiedzą. I jeśli nawet kontrolują się nawzajem, to mogą nawzajem donosić na siebie, co jeszcze bardziej szefa przestrasza, ale boją się mówić mu to czego on wolałby nie usłyszeć. Przede wszystkim nie będą go ostrzegać przed jego błędami.

Takim błędem, choćby tylko z punku widzenia jego politycznego interesu, jest likwidacja gimnazjów i odesłanie sześciolatków do przedszkoli. Robi to bez merytorycznego uzasadnienia, tylko dlatego, żeby pozamiatać po Platformie. Dla zwolenników tego posunięcia, poza państwem Elbanowskich, nie jest to priorytetowa sprawa, a dla nauczycieli jest to zagrożenie egzystencjalne. Nie wiadomo czy sto tysięcy z nich straci z tego powodu pracę, ale taka jest o tym opinia. A nauczycielstwo z rodzinami to jest półtora do dwóch milionów potencjalnych wyborców, przeważnie lojalnych wobec każdej władzy, którzy już mają powód aby przestać ufać obecnej.

Rządząc w latach 2005 – 2007, Kaczyński wziął do koalicji Ligę Polskich Rodzin narodowca – wówczas! – Giertycha i – nie bez obrzydzenia – Samoobronę watażki Leppera. Teraz gnoi jak może PSL, któremu nie zdążył jeszcze odebrać całego wiejskiego elektoratu. A przecież PSL niczym mu nie zagraża, zaś dobranie do koalicji jego, nawet niewielkiej, reprezentacji, mogłoby być przeciwwagą dla kapryśnego sojusznika, Kukiza i przydać się gdyby doszło do montowania większości konstytucyjnej. Nie wydaje się, by PSL odrzucił taką ofertę.

Już jest problemem realizacja socjalnych obietnic PIS. Wśród działaczy gospodarczych tej partii są zrozumiale opory. Próbuje się je opóźnić i ograniczyć. „Fakt”, pismo o największym w Polsce nakładzie, już zwraca na to uwagę ludu pracującego. Po wystąpieniu Jarosława Kaczyńskiego, gromiącego tych, którzy nie chcą by dać ludziom, to co było im obiecane, władza chyba będzie musiała się wywiązać z zapowiedzi, szkodząc gospodarce w przyśpieszonym trybie. Być może prezes uważa to za właściwy krok w kierunku zarządzania biedą, ale skutki mogą być inne od zamierzonych.

Pokazując kto tutaj rządzi, Kaczyński na etapie formowania rządu przeczołgał panią premier, nie kryjąc, że wbrew zapowiedziom, rozważa powierzenie tej funkcji profesorowi Glińskiemu. A gdy pani Elżbieta Witek, w imieniu rządu nie wykluczyła opublikowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego, zapowiedział publicznie, że publikować go nie należy. Rząd, konstytucyjne i faktyczne centrum decyzyjne władzy wykonawczej, stał się wykonawcą bezpośrednich decyzji szefa partii politycznej.

Prezes jest pamiętliwy. Nie planował dla Andrzeja Dudy prezydentury. A gdy niespodziewanie zdarzył się taki sukces, mógł boleśnie odczuć falę entuzjazmu i uwielbienia dla wybrańca. I zademonstrował swój prymat, kompletując mu personel jego kancelarii, rozmawiając z, bądź co bądź Panem Prezydentem Najjaśniejszej, nocą u siebie w domu. Zaś gdy wszyscy zobaczyli, że zarysowała się możliwość, przyjęcia przez prezydenta przysięgi trzech, wybranych lege artis, sędziów Trybunału Konstytucyjnego, zmusił go do przyjęcia w trybie nagłym, też nocą, przysięgi od mianowańców PIS.

Więc teraz ksiądz-dyrektor Rydzyk pozwolił sobie na publiczny afront wobec Pana Prezydenta, zaraz po żenującym hołdzie z jego strony. Ongiś spostponował żonę prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jakby nie było, członka rodziny Jarosława, bez żadnej reakcji z jego strony. A może za cichą aprobatą.

Wygląda na to, że Jarosław Kaczyński uwierzył, że jego triumf już się nigdy nie skończy. Że nie będzie, żadnych trudnych, dramatycznych momentów. Bywają. Ile warte będzie w takim momencie poparcie poniżonego prezydenta, premiera czy Trybunału Konstytucyjnego w nowym składzie, którego prezes się domagał na wiecu?

Jest rosyjskie przysłowie, ostrzegające przed pluciem do studni, z której może trzeba będzie się napić.

Tak się gra jak przeciwnik pozwoli

Ta maksyma Trenera Tysiąclecia, Kazimierza Górskiego obowiązuje nie tylko w futbolu.

– Dobry program to każdy sobie ułoży – słyszałem od Krzysztofa Bieleckiego kiedy przestał być premierem – Problem polega na tym, aby z niego piętnaście procent zrealizować.

Ile zrealizuje Kaczyński to się dopiero okaże. Bo przecież niezależnie od własnych ograniczeń, polityk musi pokonywać opór wszelakiej materii. Przede wszystkim tej, którą zarządza.

Z inercją wielkiego aparatu władzy, z jego własnymi interesami oraz interesami konkurujących w nim grup, boryka się każde kierownictwo polityczne. A kiedy dokonuje się w nim jednorazowej wymiany wszystkich, którzy w nim czymkolwiek kierują, jest on zajęty samym sobą. I wszystko musi zaczynać odnowa. Tak więc, ewentualny agresor musi poczekać, bo nowy minister obrony zacznie się dopiero rozglądać za nowym zamówieniem na helikoptery bojowe i system obrony powietrznej.

Zamiana, z grubsza mówiąc, inteligentnych na lojalnych nie sprzyja sprawności aparatu, zwłaszcza gdy potęguje się strach i asekuranctwo właściwe każdej biurokracji. A przy tym na jego lojalność można liczyć tylko do pewnych granic.

Tak czy inaczej każdy układ rządzący zużywa się, męczy się i męczy zarządzanych, co właśnie spotkało Platformę Obywatelską. Zwłaszcza gdy – na co stawia obecny – w dużym stopniu opiera się na wzmożeniu emocjonalnym, które z natury rzeczy nie jest trwałe. Zwłaszcza gdy się nim zarządza odgórnie. A prezes już zapowiedział kolejne masówki.

Robią to wszystkie władze niepewne siebie. Chcą jakoś zająć czymś społeczeństwo, zagadać i zagłuszyć jego problemy, podtrzymać coraz bardziej sterowany entuzjazm, wreszcie uspokoić siebie. Być może, mając przed sobą ryczący tłum, sztandary i transparenty, a obok siebie usłużnych klakierów, niektórzy przywódcy poprawiają sobie samopoczucie.

Należę do tej, nielicznej już grupy obywateli, którzy pamiętają jak takie wiece, pochody dzienne i nocne z pochodniami, wszelkie akademie ku czci stawały się męczącą i irytującą rutyną. Ewentualnie okazją do zachowań nie licujących z zamierzoną powagą wydarzenia. I to w czasach nawet bez telewizji, w prawie kompletnej izolacji od normalnego świata. Manifestacje poręczniej wychodzą opozycji, z czego PIS miał możność korzystać i z czego zaczęła korzystać obecna opozycja.

Według danych platformiarnego ratusza, w sobotniej antyrządowej demonstracji brało udział pięćdziesiąt tysięcy ludzi, a w niedzielnej, prorządowej – do dwudziestu tysięcy. Usłużna policja – a wszelkiej policji z reguły bardziej podoba się władza surowa niż liberalna – odwróciła te dane. Jednak ujęcia z góry pokazały wyraźnie, że sobotnia była liczniejsza od tej lojalnościowej, która nie wypełniła nawet całego Placu Trzech Krzyży od pomnika Witosa do rogu Książęcej i Nowego Światu.

Co zresztą nie ma większego znaczenia.

Większe znaczenie ma stosunek Europy do tego co u nas się dzieje. Dopóki jednak nie jesteśmy w Unii płatnikiem netto, władza wszelką negatywna reakcję przedstawia jako swój sukces. Nawet restrykcje, jeśli zaczną Polskę spotykać, będą potwierdzeniem tego, że właśnie wstajemy z kolan, kończymy z polityka białej flagi. A niewykluczone, że władza mocna w pysku na użytek wewnętrzny, będzie jakoś lawirować w Unii – jak Orban – grając przy tym na osłabienie jej spójności. Lepiej nie będzie.

W propisowskiej od dziesięciu lat „Rzeczpospolitej” pojawiają się, spokojne, utrzymane w tonie troski, ale krytyczne materiały o różnych aspektach polityki nowej władzy. W niektórych innych miejsca, dotychczasowi apologeci PIS krytykują teraz jego pomysły na gospodarkę, a nawet zaciekłość prezesa i brak koncyliacyjnej postawy. Prawdopodobnie zwolennicy obecnej władzy, szanujący swoją inteligencję, nie będą się publicznie kompromitować udziałem w hecy smoleńskiej. Być może starsi pamiętają wstyd niektórych zapaleńców po hecy marcowej 1968 roku. A wstyd, jak zauważył Marks, jest uczuciem rewolucyjnym.

Atmosfera w życiu publicznym planowo robi się duszna. Urzędowy patriotyzm w szkołach, publicznych mediach, licznych wydawnictwach, nowe miejsca męczeństwa i pamięci narodowej, nieustanne uroczystości – w tym oczywiście smoleńskie – z asystą wojskową i kościelną… A przy tym dewocyjność coraz liczniejszych przejawów życia publicznego i ostentacyjna, a udawana, pobożność funkcjonariuszy publicznych, nowe miejsca kultu i kolejny wysyp pomników obrzydzających pamięć Jana Pawła II.

Już się kończy finansowanie zabiegów in vitro, a za chwilę i w tej sprawie lekarze zaczną się chować za klauzulę sumienia, żeby się nie narazić. Zakaz aborcji z jakichkolwiek powodów ma być poprzedzany pikietami przed miejscami, gdzie się jeszcze legalnie je wykonuje. Pigułka „dzień po” zapewne zniknie z aptek, w których może być mile widziana klauzula sumienia odnośnie sprzedaży prezerwatyw. Uświadamianie seksualne w szkołach, zdaje się, zostało już zakazane.

W ramach, upupiającej dorosłych ludzi, troski o spokój i moralność, proponuje się zakaz sprzedaży alkoholu po godzinie 22. Starzy meliniarze już zacierają ręce i pewne szkolą narybek. Cieszyć się będą małolaty, których teraz legalni sprzedawcy muszą odganiać od lady. Galerie handlowe – proponuje się już – mają w niedziele pracować krócej. Zamknięcie ich we wszystkie niedziele wydaje się tylko kwestią czasu. W rezultacie tych wszystkich przedsięwzięć młodzież ma się nie bzykać, niedzielni klienci galerii maja zwiększyć frekwencję w kościołach. Naród ogólnie ma mniej pić i więcej się modlić.

Kłaniam się nisko sympatycznym znajomym, którzy od niezbornej i nieefektywnej antypisowskiej koalicji woleli przynajmniej jednoznacznie kompromitujące się panowanie PIS. O to właśnie chodziło?

Z całym szacunkiem panie Jerzy Łukaszewski, kolego z elektronicznych łamów SO, nawiązuję do pana uspokajającego stanowiska po wyborach 25 października. Jeśli pan teraz napiszę, że przesadzam, to będę szczęśliwy gdy się okaże, że to pan miał rację, nie ja. Lecz jeśli mam ją, choćby w części, to nie muszę opisywać jak będą reagować na to co opisuję ludzie, przeważnie młodzi, energiczni, otwarci na świat, o którym prezes ma bardzo mgliste przedstawienie.

Konkluzje? Zostawiam PT Czytelnikom. Ze swego opisu sam nie wyciągam jednoznacznych. Mogę się, co najwyżej odwołać do tytułu tego tekstu.

Ernest Skalski

P.S. Po czymś takim należy się część artystyczna. W jej charakterze przytaczam wiersz Osipa Mandelsztama przypłacony przezeń śmiercią w łagrze. Autora przekładu, przyznaję, nie chce mi się ustalać, za co go serdecznie przepraszam. A dla tych, którzy się przykładali do nauki rosyjskiego w peerelowskiej szkole – oryginał.

Żyjemy tu, nie czując pod stopami ziemi,
Nie słychać i na dziesięć kroków, co szepczemy,
A w półsłówkach, półrozmówkach naszych
Cień górala kremlowskiego straszy.
Palce tłuste jak czerwie, w grubą pięść układa,
Słowo mu z ust pudowym ciężarem upada.
Śmieją się karalusze wąsiska
I cholewa jak słońce rozbłyska.

Wokół niego hałastra cienkoszyich wodzów:
Bawi go tych usłużnych półludzików mozół.
Jeden łka, drugi czka, trzeci skrzeczy,
A on sam szturcha ich i złorzeczy.
I ukaz za ukazem kuje jak podkowę –
Temu w pysk, temu w kark, temu w brzuch, temu w głowę.
Miodem kapie każda nowa śmierć
Na szeroką osetyńską pierś.”

Listopad 1933

Мы живем, под собою не чуя страны,
Наши речи за десять шагов не слышны,
А где хватит на полразговорца,
Там припомнят кремлёвского горца.
Его толстые пальцы, как черви, жирны,
А слова, как пудовые гири, верны,
Тараканьи смеются усища,
И сияют его голенища.
А вокруг него сброд тонкошеих вождей,
Он играет услугами полулюдей.
Кто свистит, кто мяучит, кто хнычет,
Он один лишь бабачит и тычет,
Как подкову, кует за указом указ:
Кому в пах, кому в лоб, кому в бровь, кому в глаз.
Что ни казнь у него - то малина
И широкая грудь осетина.
Print Friendly, PDF & Email

34 komentarze

  1. j.Luk 2015-12-14
    • Leontyna 2015-12-15
  2. narciarz2 2015-12-15
  3. Alina Kwapisz-Kulinska 2015-12-15
  4. Federpusz 2015-12-15
  5. jureg 2015-12-15
    • hazelhard 2015-12-15
  6. Konteksty 2015-12-15
  7. j.Luk 2015-12-15
    • Federpusz 2015-12-15
      • j.Luk 2015-12-15
  8. lchlip 2015-12-15
  9. Ernest Skalski 2015-12-15
    • Federpusz 2015-12-15
  10. slawek 2015-12-15
  11. narciarz2 2015-12-15
  12. jmp eip 2015-12-15
    • j.Luk 2015-12-16
  13. narciarz2 2015-12-15
  14. narciarz2 2015-12-16
  15. slawek 2015-12-16
    • j.Luk 2015-12-16
      • slawek 2015-12-16
  16. slawek 2015-12-16
  17. Ernest Skalski 2015-12-16
  18. j.Luk 2015-12-16
  19. narciarz2 2015-12-16
  20. Magog 2015-12-16
  21. Stary outsider 2015-12-16
  22. slawek 2015-12-16
  23. narciarz2 2015-12-16
  24. narciarz2 2015-12-16
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com