Stefan Bratkowski: Jak to będzie…

rzad szydlo2016-01-13.

[dropcap]P[/dropcap]arę lat temu ostrzegałem z łamów „Gazety Wyborczej” przed skłonnością pewnego polskiego ugrupowania do faszyzowania. Zdaniem mojego wysokiego przyjaciela – przesadzałem. Ale zaryzykowałem i dziś zaryzykuję opinię, że stoimy być może u progu innej cywilizacji.

Rzecz dosyć jest skomplikowana. Oglądam oto nieco mniejszego ode mnie człowieka – twarz, mówiąc delikatnie, trochę nadęta, o pewnych wyraźnych cechach aberracji, budzi moje współczucie trudnym widocznie dlań uśmiechem, snadź bez żadnego w uśmiechu doświadczenia. Otaczający go ludzie patrzą z pogardliwą wyższością na innych, dowiaduję się, że właśnie wygrali z tymi innymi, którzy ich do tej pory miażdżąco bili, więc trudno się dziwić. Aranżują wokół niego atmosferę zdobytej twierdzy, ale jednocześnie, co ukazuje spis głównych stanowisk państwa, odsunęli go od wszelkich funkcji państwowych – w imię zapewne równowagi psychologicznej społeczeństwa i stosunków międzynarodowych, sami bowiem z pychą zwycięzców potrafią obrażać przyjaciół i obrażać się na tych, których obrażają. Unikają sytuacji, gdy wodzem państwa i partii pozostałby pacjent zapewne bardzo intelektualnego szpitala w zasłużonej Drewnicy.

To nie przypadek skrajny. Pacjent robi wrażenie częściowo normalnego. Wygłasza przemówienia, nie zawsze spójne, często nie pasujące do tematu, bardziej od niego oddalone niż od pana Z., a wyróżnia się wadami dykcji – nigdy, nawet teraz, nie nauczył się dobrze po polsku i mówi nadal „-em” i „-om”, gdy nawet półinteligenci umieją wymówić „-”ę i „-ą”. Widać, w jakim jest stanie, a jego otoczenie nie chce sprawiać mu przykrości drobnymi wytykami. Choroba postępuje, nie zaczęła się z początkiem kariery, ale przy pierwszych patologicznych objawach bliscy współpracownicy zaordynowali mu asystenta, który wszystko, co słyszy, akceptuje, i też zgadza się uchodzić za osobnika niespełna rozumu. Zachowuje się tak, jakby wszystko brał serio. Gra człowieka najwyższych stanowisk. Trudno nie docenić jego poświęcenia.

Ale też tych wszystkich otaczających byłego bohatera ministrów i dyrektorów kiedyś on sam  wymyślił. Dziś z niewinnością lojalnych kanciarzy grają tak, jakby się od tamtych czasów nic nie zmieniło – nauczyli się, co zrozumiałe, podlizywać się, obojętne, komu.

Budują sobie swoje własne kariery inteligentnie skomplikowane, daleko poza wymagania cynizmu. Operują środkami wymyślnymi, nawet jak na niewinnych dziennikarzy. Oszukują swoją publiczność, która im wierzy, bo chce wierzyć, a były ich dobroczyńca też udaje, że im wierzy. Wierzą sobie i oni sami; jeśli śmieją się, to z wyrachowania, by nadrobić czas niezadowolenia. W pełni żartują prawdopodobnie tylko w zamkniętym gronie. Środki masowego przekazu, jak to się kiedyś nazywało, mają przenosić ich słuszny uśmiech do publiczności, służąc i podlegając tylko jednemu ośrodkowi władzy –  jakby się dało tak zarządzać mediami. Spróbujcie tedy tak uczyć Jarosława Rymkiewicza poczucia humoru.

Teraz przychodzi nowa epoka. Z nową cywilizacją. Pod patronatem Wice-Pana-Boga, Wice-Stwórcy. Wygrał u nas prezydenturę człowiek, którego nazwiska parę miesięcy wcześniej nawet jego Stwórca nie znał. Ten świeżo stworzony, wygadany, kłamał jak z nut na wszelkie tematy, o których nie miał pojęcia. Człowiek sztuczny, zdawało się, że go można i nakręcić, i wyłączyć, kiedy za długo mówi. Żeby działał, trzeba zasilania go parę godzin…

Czy Pan Bóg nabrał już kompleksów z powodu konkurencji w roli Stwórcy? Trochę Go może tylko zdziwił swego czasu pan K., wyręczając w naukach z Jasnej Góry. Jak widać, i Pan Bóg musi liczyć się z konkurencją, choć ojcowie paulini i sam K. przynajmniej zakładali, że Wszechmocny nie potrzebuje zasilania na poczucie humoru. My na humor musimy zdobyć się sami. Bo  tylko ateista mógł wyobrażać sobie, co będzie, kiedy Pan Bóg zacznie się śmiać razem z wyborcami…

Wiadomo, że społeczności, zwycięskie w buncie, pozbywszy się władzy – z reguły czym prędzej szukają sobie jeszcze gorszej. Kiedy przyglądam się naszej obecnej scenie politycznej, odnoszę wrażenie, że niektórzy moi młodsi koledzy robią, co mogą, by uzasadnić to spostrzeżenie. Znudził się im po prostu wybrany demokratycznie rząd i rozważny, przyzwoity prezydent. A robienie świństw sprawia im niekłamaną przyjemność.

Mogą być dumni. Razem z ludźmi, którzy grają role polityków z powtarzalnymi dialogami, jak pani S.  uformowali skutecznie imponującą cywilizację kłamstwa w żywe oczy. Nikomu to się tak nie udało. Kłamstwo rozpełzło się po życiu publicznym, umiejętnie obciąża innych własnymi grzechami, na dobitek z artystyczną lekkością zawłaszcza obce sobie słowa i zwroty. Próbowało ukraść już nie księżyc, a właśnie Pana Boga. Niektórzy biskupi nawet pomagali z uwagi na zasięg oddziaływania Rydzyka. Pomagają nadal. I wszyscy jakby się przyzwyczaili, że tak można.

Już, już wydawało się, że to się nigdy nie zmieni. Dawały to do zrozumienia kolejne deklaracje. Obrażano z całą satysfakcją zagranicznych przyjaciół Polski, którzy dobierali się sami wedle swoich sympatii, psuto międzynarodowe stosunki Polski tudzież interesy, pieniądz tracił i traci wartość z miesiąca na miesiąc.

Wszystko, czego dorobiła się Polska przez ostatnie 25 lat, krok za krokiem zamieniano w pył złudzeń. Żadnego trójpodziału władzy. Żadnej niezależności sądów. Żadnego badania konstytucyjności. Nie chcieli się jednak z tym pogodzić ani zwolennicy przyszłej dyktatury, ani też nieoczekiwani zwolennicy wolności.

Ci skupili się w przekornym Komitecie Obrony Demokracji. Czy mają szanse? Podobno świństwo wszędzie zyskuje na wpływach, zaś obecni zadowoleni z siebie panowie Polski, psują, co mogą zepsuć. Ale nawet jeśli wydaje się to niemożliwe, po 4 latach będą musieli oddać władzę. Mogliby liczyć na kadencję 8-letnią, ale sami zrobili z niej utopię – już popełnili wszelkie możliwe błędy, wszystko, co się da, by tę władzę stracić, urazić wszystkich i wywołać obrzydzenie wyborców.

Komitetu Obrony Demokracji nie przerażą nocne głosowania, ani konieczność demonstracji przez cały tydzień, zajęte ulice pokażą, kto tu rządzi. Młodzież demokracji zrobi wszystko, co zdawało się wykluczone. Nie będzie nikogo biła, ale zagraniczni goście będą rozmawiali z nią jako współreprezentantami kraju. Rząd albo pójdzie na kompromis, albo wobec narastających trudności rządzenia złoży dymisję. Nikt nie będzie tego żądał. Wśród rządzących też pojawi się sugestia, by jednak wybrać rozsądek. W Polsce jest pewna tradycja zdrowego rozsądku.

Można przypuszczać, że następcy wodza uznają wobec tego, że jego czas minął i tylko trzeba przekonać go, by komuś innemu ze swojej partii przekazał władzę na następną kadencję. Przeciwnicy nie będą sobie tego życzyli i ktoś z partii wodza przypomni sobie, że nie wzbudziła protestów dawna jego sugestia, by nie cofać się przed użyciem przemocy. Bez wojska i policji, bo to dzisiaj niepotrzebne. Wszystko poszłoby w koszta władzy odchodzącego wodza, uznano by, że to nie taki znowu wariat, jakby się zdawało. Na Jasnej Górze przydano by mu status człowieka wiary, uznano by jego szaleństwa za następstwa choroby, z obietnicą pogrzebania w jakimś uroczystym miejscu.

Dlatego przypomnę, że dziedzictwo w polityce nie wymaga dziedzictwa w genach. A siła zawsze swoje robi. Przejęcie władzy przez silniejszych wymaga tylko determinacji. Tyle, że wojna, wypowiedziana społeczeństwu, przebiega inaczej…

Można się zatem spodziewać recydywy z lat 2005-2007, z upodobaniem tego pierwszego bohatera właśnie do przemocy.

Komitet Obrony Demokracji pamięta, mam nadzieję, efektowne ataki bojówek w kominiarkach na prywatne mieszkania, domy i miejsca pracy ludzi, którzy się narazili. Z napadem na mieszkanie o 6.oo rano, strzałem w zamek u drzwi, rzuceniem pana domu pod pistoletem twarzą do podłogi. Zobaczymy dzięki kamerom telewizyjnym kajdanki na rękach najwybitniejszych mistrzów polskiej chirurgii – dla zastraszenia polskiej inteligencji, by wiedziała, że dla tej władzy nie ma mocnych. Mistrz kardiochirurgii miesiącami nie operował nikogo. Tak samo znakomity neurochirurg tudzież inny mistrz super-precyzji, chirurgii kręgosłupa.

Niewykonane operacje kosztowały życie lub kalectwo ponad stu ludzi. Żadnemu z wielkich, tak potraktowanych, niczego potem nie udowodniono.

Ale bo też nie o to chodziło. Akcję wobec Barbary Blidy, znakomitej menedżer, nadzorował sam K. jako premier, przyznając potem, że „to nie tak miało być”; zginęła Bogu ducha winna kobieta, a nawet nie wiadomo jak, bo zmazano odciski palców na broni, z której padł strzał – zresztą raczej zgoła przypadkowy; kurtka agentki zginęła, śladów prochu na rękawach obu kobiet nie zbadano. Dość, że transplantacje na długo zamarły.

A w tych sprawach dość trudno, niestety, o poczucie humoru. Za obrazę wielkich mistrzów chirurgii, za tupet niedorosłego Z., ówczesny rząd nie przeprosił. Bo w końcu i tak łaskawie nie powsadzał ich do więzienia. A wszystko było możliwe. Jeśli nawet chwilowo bez idiotyzmów niejakiego Z., to z idiotyzmami kolegi M.

Przywołał był kol. JK jako autorytet myśli politycznej – Carla Schmitta. Autorytet może i zabawny, ale niekoniecznie. Temu nauczycielowi hitlerowców, byłemu członkowi NSDAP, hitlerowskiemu radcy stanu od 1933 r., przez 40 lat po wojnie żaden uniwersytet niemiecki nie dał katedry, a jego poglądów nie zrehabilitowano nigdy. Schmitt szukał sensu polityki w konflikcie, wszczynaniu i podtrzymywaniu konfliktów. To się okazało bardzo pouczające.

U nas też fackelzugi, marsze z pochodniami, szły z transparentami, które wedle najlepszych narodowo-socjalistycznych wzorów lżyły członków władz państwa. Bez żadnych argumentów poza nienawiścią. Także w spotkaniach i wiecach urzędującego wtedy prezydenta wrzaski i dość plugawe transparenty miały pomagać kandydatowi PiS-u. Poniżony miał tracić na popularności – i tracił, nie było jeszcze Komitetu Obrony Demokracji.

Demokracja, już uznana, nie będzie potrzebowała nikogo poniżać.

Goebbels uczył powoływać się na demokrację i korzystać z demokracji, dopóki się nie zdobędzie władzy. Nic o tym, co zrobić dla jutra – to w ujęciu Johna Merrimana, historyka Europy, program typowy. Tylko destabilizacja, ot, paliwo polityczne, z nowym cennym pomysłem w walce o władzę – poparciem ze strony piosenkarza, z programem a la Putin, by rozbić państwo polskie. Czy nie zabawne?

Co do mnie, w moim wieku już nie zdążę po radziecku obchodzić się bez wrogiej ciepłej wody od Tuska, na domiar nie będąc pewnym, czy jacyś panowie w kominiarkach nie wybiją mi wczesnym rankiem drzwi i nie wywleką z łóżka…

Mając zdrowe nerwy, mogłeś, Drogi Wyborco, zastanowić się, co wolisz. Cywilizacja dzisiaj nam proponowana wykracza poza moje poczucie humoru. Wyborco, uśmiechnij się – jeśli jeszcze potrafisz.

Liczę, że Komitet Obrony Demokracji zachowa ten sposób myślenia – uśmiechając w przekonaniu, że to demokracja zachowuje prawdziwą zdolność uśmiechu.

Stefan Bratkowski

Print Friendly, PDF & Email

15 komentarzy

  1. SAWA 2016-01-13
  2. otoosh 2016-01-14
  3. slawek 2016-01-14
  4. sroka 2016-01-14
    • pak 2016-01-14
  5. malpa z paryza 2016-01-14
  6. jmp eip 2016-01-14
    • jotbe_x 2016-01-14
    • Stary outsider 2016-01-14
  7. jmp eip 2016-01-14
  8. jmp eip 2016-01-14
    • Stary outsider 2016-01-14
  9. pablobodek 2016-01-14
  10. slawek 2016-01-15
  11. jmp eip 2016-01-15
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com