Agnieszka Wróblewska: Dobry  urzędnik,  bo  partyjny

urzednik2016-01-29.

[dropcap]P[/dropcap]racownicy służby cywilnej w randze kierowniczej mają teraz dostać podwyżki – nawet 6-7 tysięcy złotych miesięcznie. Całkiem nieźle, to będzie często znaczyło o połowę więcej niż wynosiła dotychczasowa pensja na tym samym stanowisku. Będą więc rośli w siłę i żyli dostatniej. Z tym, że to już będą inne kadry. Te dotychczasowe mogą się obejść smakiem – wymienić ma się ok. 1,5 tysiąca urzędników państwowych na stanowiskach. Nowe stawki dostaną nowi ludzie.

Na urzędników, a zwłaszcza na przepisy które komplikują nam życie, wszyscy narzekają. I teraz pod hasłem – dobrego urzędnika trzeba dobrze opłacać, robi się dobrą zmianę. Mają przyjść nowi ludzie. Różnie tłumaczy się tę odnowę – raz, że młodym trzeba dać szansę, innym razem że trzeba wpuścić świeże powietrze z większym doświadczeniem. Póki co zniesiono zapis, że kandydat na kierownicze stanowisko w państwowym urzędzie nie może być członkiem żadnej partii.

Jaką mamy gwarancję, że nowa władza znajdzie półtora tysiąca ludzi inteligentnych i samodzielnie myślących? I co ważniejsze – samodzielnie działających.

Każdy z nas miał do czynienia z głupimi i niezrozumiałymi poczynaniami urzędów. I z betonową ścianą niemożności, żeby takie poczynania zmienić. Od kilkunastu lat wydaje razem z paroma sąsiadami lokalną gazetę – „Nasza Choszczówka” w dzielnicy Białołęka, trafiają do nas różne zażalenia i wiemy co to znaczy przebić się przez betonowy mur biurokratycznych niemożliwości. Człowiekowi wydaje się, że coś jest proste i oczywiste, a kiedy urzędnik rozwinie przed nim paletę przepisów, okaże się zupełnie niemożliwe. Przy tym zawiłości i niemożliwości narastają w miarę lat, jak przybywa przepisów i urzędników. Patrząc z boku człowiek myśli, że można łatwo uprościć to co oni skomplikowali, ale po bliższym przyjrzeniu się procedurom widać, że znacznie trudniej jest upraszczać niż komplikować.

Niedawno na przykład na naszym terenie, nie wiedzieć po co, bo nikt nam nie umiał tego wytłumaczyć, stołeczny urząd geodezji postanowił zrobić nową weryfikację gruntów. Bez porozumienia z dzielnicowymi architektami geodeci po nowemu oznaczyli działki, które mają być budowlane, a które nie.

Jeśli znacie państwo kogoś, kto zamierza kupić działkę i zbudować dom, radzimy żeby najpierw przeczytał poniższą opowieść. Bo może go spotkać podobna niespodzianka jaka przytrafiła się państwu K. Dziesięć lat temu kupili oni w Choszczówce działkę rolną i upewnili się, że mają prawo zbudować na niej dom jednorodzinny.  Ogrodzili teren prowizorycznie i zbierali siły do budowy, ale w międzyczasie sytuacja rodzinna im się zmieniła i po dziesięciu latach postanowili swoją działkę sprzedać. A tu przykra niespodzianka –  własność na którą liczyli, okazała się nic nie warta rynkowo, bo w międzyczasie przemianowano ją urzędowo na działkę leśną bez prawa zabudowy.

Takiej działki, rzecz jasna nikt przytomny nie kupi bo i po co? I oto państwo K. zostali ograbieni legalnie z majątku przez urząd swojego stołecznego miasta. Na pytanie – dlaczego nikt ich nie zawiadomił o tym, że tracą część majątku, urząd geodezji z upoważnienia prezydenta miasta odpowiedział, że „zawiadomienie o wszczęciu postępowania w sprawie aktualizacji gleboznawczej klasyfikacji gruntów na obszarze dzielnicy Białołęka było wywieszone na tablicy ogłoszeń w budynku Dzielnicy i ogłoszone w „Gazecie Stołecznej” z dnia 16 grudnia 2009 roku”.

Z tegoż pisma dowiadujemy się, że wtedy dokonano w Białołęce „terenowej weryfikacji użytków gruntowych” i „wszczęto postępowanie w sprawie aktualizacji gleboznawczej klasyfikacji gruntów w celu utrzymania operatu ewidencji.”  Tłumacząc na polski chodzi o to, że poprzednio obowiązująca klasyfikacja gruntów z jakiegoś powodu przestała być właściwa i upoważniony klasyfikator w styczniu 2010 roku „wykonał czynności związane z ustaleniem nowej klasyfikacji gruntów.”  Z decyzji nr 39/2010 dowiadujemy się nie tylko o tym, że decyzja ta wisiała na tablicy i była w gazecie do poczytania, ale też o tym, że „operat gleboznawczej klasyfikacji” był wykonany powtórnie, powtórnie wisiał na tablicy i – o dziwo! – nikt nie zgłosił zastrzeżeń. A przecież obywatel powinien przynajmniej raz w miesiącu czytać w Dzielnicy ogłoszenia. Zwłaszcza kiedy posiada działkę.

„Biorąc powyższe pod uwagę – głosi pismo z Biura Geodezji i Katastru – niniejsza decyzja będzie stanowiła podstawę do wprowadzenia zmian w operacie ewidencji gruntów”.

Państwo K. nie mieli pojęcia o tych wszystkich „operatach” czynionych wokół ich działki pięć lat temu. Dowiedzieli się o nich niedawno, kiedy zaczęli szukać dla niej kupca. Przykra niespodzianka, potrzebny jest prawnik, są koszty, nerwy itp.

Nawet kiedy już obywatel przebrnie przez urzędniczy żargon o aktualizacji i operatach, trudno mu pojąć co kierowało kwalifikowaną kadrą urzędniczą, żeby działki otoczone już domami, w rejonie uznanym wcześniej przez miejscową architekturę za tereny do zabudowy, nagle uznać za las, na którym budować nie wolno? W okolicy tej przemianowanej działki, na takim samym gruncie wyrosło w ostatnich latach pełno nowych domów. I teraz, po owych „operatach” widać, że inne puste jeszcze działki między zamieszkałymi domami, na mocy „nowej klasyfikacji gruntów” stały się lasami.

W Choszczówce u progu lat 90. wszędzie rosły drzewa. Przedwojenne domy poległy tu niemal wszystkie na froncie, a na prywatnych działkach władza w czasach PRLu nie pozwalała ludziom niczego budować – miała tu jakieś industrialne zamiary, na które szczęśliwie nie starczyło jej pieniędzy. Działki czekały, wyrosły na nich samosiejki. A kiedy po 90-ym roku przyszło nowe i odrodził się obrót ziemią, zbudowano na niej setki prywatnych domów jednorodzinnych. Dziś by ich nie było, bo rosły na nich drzewa i Geodezja nazwałaby je lasem.

Ale prawdziwy las też tu jest. Żeby go ochronić, a zarazem dopuścić budowę domów, architekci wytyczyli granicę krajobrazu chronionego. Strefę chronioną, gdzie budować nie wolno, dzieli w Choszczówce od terenów przewidzianych pod zabudowę ulica, która nomen omen nazywa się Ślepa. Działka pp. Kowalczewskich, oraz inne, niezabudowane jeszcze w tym sąsiedztwie, zostały przemianowane na leśne, czyli bez prawa do zabudowy, chociaż znajdują się po tej stronie granicy gdzie do czasu owego „operatu” wolno było budować domy. Teraz na nowej mapce zaznaczone są kawałki, które urzędnik wykonujący „operat” nazwał lasem. Dostały ksywę LsVI, a razem z nią wyrok – bez zezwolenia na budowę.

Nasuwa się parę pytań – najpierw o sens całej tej operacji urzędniczej. Z pism jakie w tej sprawie poznałam nie wynika po co w 2009 roku ktoś na wysokim urzędzie zlecił przeprowadzenie  nowej „gleboznawczej klasyfikacji”. I dlaczego, przy okazji, obalił dotychczasowe ustalenia architektów dotyczące tego terenu?

Lasy miejskie sprawują nadzór nad terenami, które są im przypisane, gospodarka leśna ma różne przywileje, lasy to nasz skarb narodowy itp. Ale po co lasom państwowym rozrzucone między domami zadrzewione kawałki, na których żadnej gospodarki leśnej nie będą prowadzić? Nie każdy grunt na którym rosną drzewa nazywa się lasem. Jaki sens ma pozostawianie małych kawałków gruntu bez prawa zabudowy, kiedy dookoła zabudowa już jest i w ślad za nią wkroczyła kosztowna infrastruktura za publiczne pieniądze? Energia, kanalizacja, gaz, wodociągi – nawet jeśli nie wszystko jeszcze tu doprowadzono, to jest w planach. Wydatki na takie inwestycje opłacają się kiedy więcej ludzi może z nich korzystać. Na pustych „leśnych” działkach infrastruktura jest niepotrzebna. Wydawałoby się, że urzędnicy z Ratusza w pierwszym rzędzie powinni mieć na uwadze interes publiczny. W operacji którą przeprowadzili sensu nie widać. Urzędnik który nazwał te kawałki gruntów lasami kierował się zapewne tym co widzi – na działkach rosły drzewa, a więc las. O tym, że gospodarki leśnej nie będzie sensu tu prowadzić i że działek leśnych nie będzie można także zabudować, albo nie wiedział, albo się nad tym nie zastanawiał.

Kancelarii prawnej, którą państwo K. wzięli do pomocy udało się udowodnić, że decyzja klasyfikacyjna z 2010 roku nie była zasadna. Niestety sprawy to nie zamyka, ponieważ urzędnicy, z działu ewidencji gruntów nie przyjmują tego do wiadomości – skoro uznane zostało, że tam jest las, to jest.

Jaka jest szansa, że nowi urzędnicy partyjni, często bez doświadczenia poradzą sobie z biurokratyczną materią? Z milionami przepisów i ograniczeń które narastały latami? Że będą umieli i chcieli narażać się na konflikty z innymi urzędnikami? Obawiam się, że jak zwykle, zaczną produkować nowe przepisy i nowe ograniczenia. Bo to jest znacznie łatwiej robić bez narażania się na ryzyko utraty dobrze opłacanej posady.

Agnieszka Wróblewska

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. otoosh 2016-01-30
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com