Może to przypadek, ale dość ostry komunikat Episkopatu Polski w sprawie religii w szkole zbiegł się z pierwszymi informacjami o ciekawym filmie nawiązującym do głośnej sprawy pedofilii w Kościele katolickim w Bostonie. Film stanie się pewnie okazją do porównań sposobów działania polskich i amerykańskich mediów.
Warto przypomnieć, że w Bostonie, choć nie aż tak jak w Polsce, Kościół katolicki odgrywał ważną rolę, a jego hierarchowie byli mocno związani (słynny bohater afery kardynał Bernard Law, który w nagrodę za skuteczne tłumienie afery został nagrodzony przez Jana Pawła II intratną pozycją w Rzymie, ale z Bostonu musiał zmykać).
Wracając do naszych biskupów katolickich. Doprawdy ich pewność siebie zdumiewa, zwłaszcza w świetle (a może raczej w cieniu) tego, co się o religii (czytaj katolickiej indoktrynacji w szkołach państwowych) słyszy. No ale oddajmy im głos:
„W związku z obywatelskim projektem prawnym o zmianie ustawy o systemie oświaty w zakresie finansowania nauczania religii pragniemy przypomnieć, że nauczanie religii w szkole wpisuje się w długą historię polskiej edukacji. Mimo wielu różnych przeszkód, nawet podczas zaborów, religia znajdowała się w wykazie przedmiotów nauczania. Wyjątek stanowi około 30-letni okres w czasie rządów władz komunistycznych w Polsce. Dzisiaj Kościół może bez przeszkód prowadzić nauczanie religii w szkołach. Minęły czasy zmagań o swobodę katechizacji. Wielu z nas pamięta, ile to kosztowało ofiar i odwagi ze strony społeczeństwa katolickiego w naszym Kraju. Poprzez przywrócenie nauczania religii w szkole została naprawiona jedna z krzywd, która spotkała ludzi wierzących w czasach systemu totalitarnego”.
Jako dziecię PRL-u nie czułem się pokrzywdzony i chętnie chodziłem na religię do przykościelnej salki katechetycznej. Poza tym, o ile mnie pamięć nie zwodzi, wcale nam nie brakowało księdza w szkole. Powiedziałbym wprost przeciwnie. Zwłaszcza w świetle lektur np. Czesława Miłosza i innych pisarzy pamiętających wszechobecność katechetów w szkołach okresu międzywojennego.
Z siedmiu punktów, a każdy z nich zasługuje na poważną dyskusję, przywołam jeszcze jeden:
„Przypominamy, że nauczanie religii, poza wymiarem ewangelizacyjnym, ma także swój szczególny wymiar humanistyczny i kulturowy. Wprowadza bowiem w historię i kulturę, zarówno duchową, jak i materialną Polski i świata. Nie da się bowiem dobrze zrozumieć historii, kultury, literatury, czy sztuki bez znajomości chrześcijaństwa, w tym również tradycji biblijnej Starego i Nowego Testamentu”.
Nic tylko przyklasnąć. Problem polega na tym, że w praktyce te wzniosłe zaklęcia nijak się mają do codziennego doświadczenia uczniów (znam je z opowiadań moich studentów) zmagających się z żenująco niskim przygotowaniem katechetów do przyjętych zobowiązań.
I jeszcze jedno. Biskupi powiadają, że polskie rozwiązanie odpowiada europejskim standardom („por nr 4: „nauczanie religii w publicznym systemie oświaty ma miejsce w wielu krajach Europy i jest ono finansowane ze środków publicznych. Regulacje prawne w tej materii przyjęte w prawie polskim odpowiadają zatem standardom europejskim”). Szkopuł w tym, że w innych krajach europejskich program nauczania nie jest arbitralnie ustalany przez jedno wyznanie, ale jest uzgadniany z powszechnie uznanymi standardami naukowego podejścia do problematyki religijnej.
Jak długo w Polsce będzie to prywatne folwark biskupów, tak długo marzenia o normalnych lekcjach religii pozostanie mrzonką.
Stanisław Obirek



Podzielam zdanie Pana Profesora: „Jako dziecię PRL-u nie czułem się pokrzywdzony i chętnie chodziłem na religię do przykościelnej salki katechetycznej”. Już tych lekcji nie pamiętam, ale chyba nie były tak durne, jak te dzisiaj w szkole. Chociaż ksiądz Jan bił dzieciaki pękiem kluczy po głowach, ale tylko te w pierwszej i drugiej klasie podstawówki. Czy nie uważa Pan, że teza o walce władz PRL z religią jest nieprawdziwa? Ja coraz bardziej skłaniam się do zdania, że z religią oni nie walczyli i można ją było zupełnie swobodnie wyznawać. Przerąbane to mieli Świadkowie Jehowy. Nie tylko ze strony władz.
PS. Nie zdumiewa mnie pewność siebie biskupów.
Kosciół słusznie może czuć się faktycznym zwycięzcą wyborów- sam Jarosław oświadczył to publicznie w Toruniu. Tym samym stał się zakładnikiem i wykonawca woli Episkopatu. Dobrze wiedza obie strony że kazde tupnięcie nogą biskupa to spadek poparcia .Chyba jeszcze nigdy takiej symbiozy tronu i ołtarza nie było.
Oczywiscie- to musi znależć odbicie materialne- o ktore własne toczy się walka,a raczej drobna potyczka -narazie chodzi o około 7o milionow- geotermia i granty dla Rydzyka- kilkanascie milionow w Krakowie- a to pewnie nie ostatnie słowo ? przed Kosciołem jeszcze wielka rola do odegrania w przekonaniu wiernych do wyjścia z Unii – utratę dopłat unijnych zrekompensuje Panstwo. W tym momencie żądanie zmian w systemie nauczania religii jest bez sensu- to tylko danie pretekstu do walki z postkomuną i liberałami i tym podobną hołota. A Jehowici zawsze byli „darzeni” taką nienawiścia i pogarda jak drugi sort Polaków.A co do walki z Kosciołem -za Gierka wybudowano 7oo kościołow
ojtam ojtam
towarzysze dziateczki chrzcili w innych parafiach a śluby kościelne też brali, katolicyzm nie był zabroniony i ja nie odczuwałem jako pacholę abym był z tego tytułu gorszy.
Jak pamiętam nikt z rówieśników nie robił problemu z innych wyznań.
Mialem przyjaciół baptystów, zielonoświątkowców i jehowitów.
Ci ostatni mieli przechlapane bo odmawiali służby wojskowej.Kuzyna wyjęło wojsko z seminarium, odsłużył i został kapłanem.
Bardzo go cenię.
Chodziło sie do kościoła choćby z nudów. Albo spotkać się z kimś..
Było nawet miło w kontaktach z duchowieństwem, jechaliśmy na jednym wozie do momentu aż narodziła sie Solidarność, zaczęli wtedy owieczki przygotowywać do oskubywania.. do tego doszedł obecny święty i mamy to co mamy.
Rzeczywistość bajeczną.
Malpa tez jako dziecie chodzila na religie nauczana w salkach i wytrzymala do pierwszej komuni. smieszne byly wywody ksiedza o Adamie i Ewie, tyle mi pozostalo w pamieci. Zyje od cwierc wieku w kraju laickim i moi znajomi francuzi, ateisci posiadaja niesamowita wiedze o chrzescijanstwie wyniesiona ze szkol! Na stare lata czytam zywoty swietych, historie chrzescianstwa dialogi ojcow KK z filozofami etc etc. juz nie wspomne o ksiazkach Barta Ehrmana i innych.
Biskupi nie chcą przyjąć do wiadomości, że religia w szkołach wcale nie napędza ludzi do kościółów. Głownie napędza specjalna forma wiary w postaci hipokryzji oraz wygodnictwa wiernych. Te cechy i postawy, kościół znacznie lepiej by realizował przez religię przy salkach parafialnych. W szkołach jest i będzie to uważane za coraz większy „obciach.”
Czytam: „Nie da się bowiem dobrze zrozumieć historii, kultury, literatury, czy sztuki bez znajomości chrześcijaństwa, w tym również tradycji biblijnej Starego i Nowego Testamentu”.
Problem w tym, że znajomość Biblii jest odwrotnie proporcjonalna do zaangażowania religijnego. Na lekcjach religii robi się wszystko, aby wyznawca poznał tylko wybrane fragmenty obu Testamentów. Przykładowo, żaden niemal katolik nie ma pojęcia, że w Dekalogu Bóg jest mściwy, a Jego zemsta sięga czwartego pokolenia.
@ hazelhard
dokładnie tak…
konia z rzędem temu, kto wskaże katechetę, który poda oryginalny (nie, nie w oryginale, ale „bez skreśleń”) tekst 10 przykazań..
Zastanawiam się niejdnokrotnie, na ile to właśnie znajomość Biblii była przyczyną tępienia Żydów przez Kościół Katolicki..