Roman Strzemiecki: Dziwny jest ten świat8 min czytania

()

world2016-02-09.

To już wiadomo, że zamiast żyć w świecie coraz bardziej bezpiecznym, skoro zimna wojna ustała ćwierć wieku temu, żyjemy w coraz bardziej niebezpiecznym. Ale i coraz bardziej dziwnym. A może dlatego niebezpiecznym, że dziwnym? Dziwnym, bo rozchwianym, błądzącym po omacku.

Ludzie wybierają do Sejmu partię, której szef oraz marszałek senior ogłaszają – w 2015 roku – że konstytucja to świstek papieru i to oni będą ustalać jaki jest interes narodu, a nie ów świstek. A nie wybierają partii, która wprowadziła nas do Unii Europejskiej.

Państwo po sąsiedzku, niewydolne gospodarczo jeszcze bardziej, niż przez powojenne półwiecze wskutek czego zapadło się samo z sobie po najdłuższym okresie pokoju w historii, a teraz przeżarte do cna korupcją, rzuca się znowu światu do gardła wierząc, że jednak go podbije, choć moc straciło ćwierć wieku temu.

Państwo sąsiedzkie z drugiej strony, z dnia na dzień za świstki papieru uznało Konwencję Genewską o uchodźcach, Konwencję Dublińską o przyznawaniu azylu, zasady działania Strefy Schengen i własne prawa dotyczące choćby kontroli epidemiologiczno-sanitarnej na granicy. I zaprosiło do siebie wszystkich pokrzywdzonych tego świata. Ba, pokrzywdzonych – zechcących się uznać za pokrzywdzonych. A co równie dziwne, takie podejście za godne szacunku i naśladowania uznały państwa na północ i południe od sąsiada.

Wszystko na tym świecie ma początek i koniec. Nie wykluczając wielkich ustrojów, a może zwłaszcza. Cesarstwo Rzymskie panowało nad może połową świata antycznego, ale zostało zmiecione przez barbarzyńców, ponieważ za święte, czyli niezmienialne, uznało zasady, na których wyrosła jego wielkość. Z tego samego powodu w proch poszło Cesarstwo Osmańskie, panujące nad Afryką Północną, Bliskim Wschodem i sporym kawałkiem Azji i mniejszym Europy. Również strzegąc świętego ognia ideologicznego w gruzy rozsypało się Imperium Radzieckie.

Czyżby przyszło nam być świadkiem początku końca obecnej cywilizacji europejskiej? W dwojakim sensie. Wąskim, czyli projektu Unii Europejskiej z jego prawami i przedsięwzięciami dążącymi do ujednolicenia życia gospodarczego, społecznego oraz kulturalnego, kreującego homo europensis. I szerokim, czyli końca wartości duchowych, moralnych gruntujących się przez kilkanaście wieków na fundamencie chrześcijaństwa. Który to system po osiągnięciu szczytu, czy nieopisanego wcześniej stanu docelowego, zapada się, bo już niepodtrzymywany. Ba, podkopywany.

Tak, jak nietykalne zasady Cesarstw Rzymskiego i Osmańskiego oraz Imperium Radzieckiego stały się kontrproduktywne, tak samo działa już przestrzeganie świętych zasad praw człowieka, wolności słowa i całkowitej tolerancji dla wszelkich nietypowości, postaw i wdzierających się do Europy innych systemów wartości. Przestrzeganie bezwzględne, objęte zakazem refleksji nad skutkami takiego podejścia. Bowiem są to niepodważalne acquis communautaire, nie tylko prawne, lecz sensu largo. Kropka.

Nagłą kulminacją skutków takiego podejścia jest masowy najazd na Europę ludów chcących się przesiedlić do niej w celu zapewnienia sobie takiego poziomu życia materialnego, jaki można oglądać w telewizji, która jest dostępna w najbardziej zacofanej wiosce w Bangladeszu. To tylko kulminacja, ale nic nowego. Ona wzbierała od wielu lat. Przecież to nie w roku 2015, a rok wcześniej, policja szwedzka ogłosiła listę 54 dzielnic w dużych miastach, gdzie nie wchodzi, dzielnic muzułmańskich. W 2014 ogłosiła, a od kiedy tak było?

Policja niemiecka nie odważyła się ogłosić takiej listy, jakkolwiek też przestrzega od lat zasady niewchodzenia w drogę choćby rozgałęzionemu turecko-libańskiemu gangowi Miri. To samo można powiedzieć o policjach Włoch, Belgii, Francji.

I dlatego w Europie wzbiera inna kulminacja. To partia Alternatywa dla Niemiec i ruch Pegida w Niemczech, Jobbik na Węgrzech, Złota Jutrzenka w Grecji, Kukiz 15 w Polsce i zwycięstwo wyborcze Prawa i Sprawiedliwości, którego kierownictwo z trudem skrywa wrogość wobec Unii Europejskiej, a otwarcie wobec euro i za kierunkowskaz obiera Wielką Brytanię. To dopiero początek.

Gdzieś zwycięży stronnictwo, którego nie da się zakrzyczeć z Brukseli, jak kiedyś Joerga Heidera i jego Austriackiej Partii Wolnościowej. I się zacznie. W Europie czuć w powietrzu coś z klimatu z przedednia I Wojny Światowej. Może zacznie się tym razem (czy raczej, znów) we Francji. Po niedawnych wyborach samorządowych Front Narodowy (FN) nie przejął co prawda władzy w żadnym departamencie, ale tylko dzięki zmowie rządzących na przemian od 60 lat socjalistów i gaullistów. FN dostał jednak z urn potężny podmuch w żagle.

I jego przywódczyni, Marine Le Pen krzyczy dziś z mocą, że trzeba skończyć z takimi wynalazkami, jak małżeństwo jednopłciowe z prawem do adopcji dzieci, a przede wszystkim porzucić strefę euro. I nie jest to chwyt wyborczy. Po najnowszym zamkniętym spotkaniu kierownictwa FN „potwierdzono warunki sine qua non naprawy państwa: nasze wielkie wartości i wielkie założenia naszego projektu politycznego, a wśród nich suwerenność narodową, suwerenność gospodarczą i walutową”.

Marine Le Pen to siła przewodnia swego rodzaju frontu odmowy z 8 państw, na spotkaniu których to pod koniec stycznia w Mediolanie ogłosiła „śmierć układu z Schengen”, a otwarcie granic dla masowej imigracji nazwała „ostatnim ramieniem zbrojnym europeizmu”, którego celem jest „zubożyć narody europejskie i zabić na zawsze cywilizację”. Tak, cywilizację. Jako taką.

W tych uwagach o dziwności naszych czasów europejskich nie da się pominąć dwóch nazwisk. Są to zresztą twarze dwóch głębszych zjawisk. Recep Tayyip Erdogan, prezydent Turcji, to dzisiejszy wódz ciężko zranionego nacjonalizmu tureckiego, próbujący odtworzyć sułtanat, czyli imperializm o napędzie religijnym. Nie tylko na miejscu. Dlatego tureckie służby specjalne od roku nadzorują przerzut muzułmanów do Europy. Nie za darmo rzecz prosta i dlatego tak to idzie bezszelestnie: kandydaci na przesiedleńców bowiem służbom należycie płacą. (Prawdziwi uchodźcy, ponad 2 mln Syryjczyków, „mieszkają” w obozach w Turcji z nadzieją na powrót; teraz doszło jeszcze 55 tys. ofiar bombardowań rosyjskich, których Turcja nie wpuszcza i koczują po stronie syryjskiej).

I przez Grecję ciągną muzułmanie z Bangladeszu, Pakistanu, Afganistanu, Iranu, Iraku i Syrii też oraz Kurdowie z samej Turcji. A ostatnio pojawili się nawet pierwsi muzułmanie z Birmy. Erdogan dobrze wie, że święta ziemia islamu objęła na zawsze Konstantynopol i sięgnęła dwa razy pod Wiedeń (1529,1683), który omal nie został wzięty. A gdyby, to co by było dalej? Dlatego tak wspierał początkowo kalifat Państwa Islamskiego (PI), bowiem obie strony podzielają potrzebę odzyskania świętej ziemi islamu, w tym al-Andalus, czyli Półwysep Iberyjski, który był nią przez prawie 800 lat.

Współpraca z PI skomplikowała się Erdoganowi z przyczyn geopolitycznych (kilku). Jedna z nich to ta druga twarz tych głębszych zjawisk: Władimir Putin, wielki wódz próbującego się odrodzić imperializmu wielkoruskiego. Który, nawiasem mówiąc, nie szczędzi pieniędzy na powodzenie planów Marine Le Pen. Taktycznie z Erdoganem współdziałali, zapewne bez słów, przy przesuwaniu mas przesiedleńców do Europy. Interes przyświeca im różny, ale użyteczne narzędzie dla rozbicia UE mają to samo.

Jednak te dwa imperializmy regionalne, które stoczyły w przeszłości12 wojen, musiały się zderzyć znów. Putin zobaczył w wojnie domowej w Syrii szansę, by za cenę ocalenia Asada zrobić sobie z niej odskocznię do posłużenia się Kurdami syryjskimi, irackimi, a przede wszystkim tureckim do rozbicia państwa tureckiego, być może drugiego co do znaczenia sojusznika Waszyngtonu w NATO.

Syria (Turcja) to dość nagłe przyciągnięcie uwagi Putina. . I dlatego nieco zwolniono prace przy odzyskiwaniu Donbasu, a potem reszty Rusi Kijowskiej. A już odzyskano Osetię Południową, Abchazję, Naddniestrze, Krym. W zasięgu ręki są Litwa, Łotwa, Estonia, Mołdawia.

Do głów Putina i jego generałów powraca myśl, że przecież nic nie dało włożenie bilionów i bilionów w produkcję broni atomowej, termojądrowej i środków jej przenoszenia. A taki Waszyngton raz zrzucił dwie niewielkie bomby atomowe i ma u stóp Azję Wschodnią i Pacyfik od 70 lat. I nie wiadomo, jak długo jeszcze. I Kreml dręczy pytanie, jak tych arsenałów użyć z amerykańskim skutkiem?

Oczywiście, panowanie Amerykanów, to nie tyle skutek tych dwóch bomb, lecz sprawności ich ustroju gospodarczo-politycznego. Ale ta myśl jest na Kremlu nieobecna. Jakiś dowód? Minęło ćwierć wieku od zapaści ZSRR, a potęgę państwa usiłuje się wciąż budować na eksploatacji surowców, a nie na produkcji, przetwórstwie i usługach. A przecież przykładu nie trzeba wypatrywać w USA. Wystarczy spojrzeć za długą na 4250 km granicę z Chinami.

Chyba robi się coraz dziwniej, czyli niebezpieczniej.

Roman Strzemiecki

 

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

2 komentarze

  1. Brentano 09.02.2016
  2. A. Goryński 10.02.2016