Andrzej C. Leszczyński: Ile śmiechu tyle wolności9 min czytania

()

smiech2016-02-23.

Powyższy tytuł wziąłem z któregoś Przeglądu Kabaretów Amatorskich, czyli z Paki. Od 1985 roku organizował je w Krakowie, regularnie tydzień po Wielkanocy, Mirek Wujas, za co otrzymał niezwykle wtedy nobilitującą nagrodę Komitetu Kultury Niezależnej. Mówiło się, że jako organizator jest Mirek wybrańcem bogów, wychodziło mu wszystko, co sobie wymyślił. A ponieważ pieszczochy bogów umierają młodo, odszedł tydzień po swych pięćdziesiątych urodzinach.

Pierwsze, chyba najlepsze, Paki odbywały się w klubie akademika Piast, później przeniosły się do Rotundy przy Błoniach. Zapraszał mnie Wujas do udziału w tzw. imprezach towarzyszących; do dziś pamiętam publiczny dialog, jaki jeszcze w Piaście prowadziliśmy z Jerzym Markuszewskim na temat komizmu, śmiechu i zdrowia psychicznego.

1. Śmiech

Człowiek to zwierzę rozumne zdolne do śmiechu (Arystoteles). Śmiech jest najbardziej pierwotną (obok płaczu) formą ekspresji ludzkiej. Robi się po prostu nieludzko, gdy go brakuje. „Kto się nigdy nie śmieje – jakby zimnem dmuchał”, pisał Aleksander Fredro w Zapiskach starucha. Wyraża czyste, nie poddane konwencjom Ja. Przede wszystkim uwalnia od patosu i namaszczenia, sztucznej sakralizacji. Śmieje się ktoś, w kim można znaleźć beztroskę i niewinność dziecka.

Śmiech uwalnia od strachu. Bogdan Korzeniowski zapisał wrażenia z wizyty Bolesława Bieruta na premierze Grzechu Żeromskiego (1951). „Do teatru wkroczyło Biuro Polityczne partii. […] Najbardziej uderzającą cechą tych ludzi była ponurość. Trudno było wyobrazić sobie, że mogą się śmiać ze szczerego serca, swobodnie i beztrosko. W każdym ich słowie i ruchu czaił się strach zrodzony nie z okrutnych dziejów świata, ale z zależności od strasznych ludzi”. Atmosferę strachu, czy może rozważnego zamykania się w sobie, dostrzegałem kilka lat temu w moskiewskim metrze. Atmosfera ta odbijała się na twarzach pasażerów – zawsze poważnych, milczących, nie spoglądających na siebie, czytających gazetę albo wpatrujących się w szybę, za którą niczego nie ma (metro!).

Z pewnością uwalnia od nienawiści, o czym może świadczyć scena z gdańskiego Grudnia 1970. Na ul. Świerczewskiego (dziś Nowe Ogrody) przy Komendzie Miejskiej tłum milicjantów. Przy Wałach Jagiellońskich, obok Żaka (dziś siedziba Rady Miasta), tłum stoczniowców. Pośrodku most kolejowy, pole niczyje wypełnione gazami, kamieniami, przekleństwami, stężałą nienawiścią. Na samym środku mostu pojawił się nie wiadomo skąd pijak z mocno sfatygowaną choinką na plecach. Nie miał pojęcia, że coś się dzieje na mieście, nie docierała do niego rzeczywistość, lekko zataczał się i mamrotał do siebie słowa przeznaczone chyba dla żony. Zrobiło się zupełnie cicho, po czym z obu stron wybuchł gwałtowny, oczyszczający śmiech, po którym nie chciało się już sięgać po kamienie.

Jest w śmiechu coś bezinteresownego, widział to André Breton: „Śmiech, jako najhojniejszy bodaj – aż po rozwiązłość – przejaw ludzkiego marnotrawstwa, graniczy z nicością, daje nam w zastaw nicość”. Jako reakcja na to, co zaskakujące, paradoksalne i nielogiczne – rozprawia się z kliszami i stereotypami. Ma w sobie radość, ale niewiele mądrości; najwyższą postacią śmiechu jest przecież głupawka. Mądry, za to wyzbyty radości, jest uśmiech. Jak mówi rosyjskie przysłowie, kto mnoży wiedzę, ten mnoży smutek. Chodzi tu przede wszystkim o wiedzę praktyczną, jaką przynosi życie. Uśmiech, a czasami ledwie półuśmiech – autoironiczny, skłaniający raczej do zadumy niż zrywania boków – to humor wielkich komików kina niemego, Charlie Chaplina czy Bustera Keatona. Także Jokera z Batmana (niezapomniany Jack Nicholson), który mówi: śmieję się tylko na pozór, w głębi duszy płaczę. Humor Andrzeja Poniedzielskiego, jego nie całkiem pogodna melancholia.

Śmiech, a zwłaszcza głupawka, to ekspresja pełna i ucieleśniona. Przyspiesza serce, wzmaga tętno, płaczemy ze śmiechu, a bywa że i siusiamy. Immanuel Kant (sam chyba nie śmiał się zbyt często) pisał o wywołanych śmiechem chybotaniu, poruszaniu się, naprężeniu i rozluźnieniu mięśni, zwłaszcza przepony, co sprawia przyjemność i jest to korzystne dla zdrowia. Poza tym „śmiech jest zawsze drganiem mięśni biorących udział w trawieniu, które wzmacnia je daleko bardziej, niż uczyniłaby to mądrość lekarzy”.

2. Mędrca uśmiech w milczeniu

Najważniejsze święto chrześcijan, Wielkanoc. Radosne słowa mówiące o zmartwychwstaniu (często są to przepiękne staropolskie złożenia – „Król niebieski k`nam zawitał”, „Chrystus zmartwychstan jest, nam na przykład dan jest”) śpiewane są w sposób zawodząco płaczliwy, jękliwy, z towarzyszeniem organów, które z trudną do pojęcia lubością zamieniają rześkie (w staropolszczyźnie: rzeźwe, czyli orzeźwiające) układy durowe na molowe biadolenia. Mają być dzwony, które „biją długo i radośnie, że aż w piersiach serce rośnie”, a słychać dzwony pogrzebowe. „Wesoły nam dzień dziś nastał” – a wokół żałoba.

W tradycji chrześcijańskiej śmiech to stan krytyczny, upadek ducha, utrata panowania nad sobą. Zerwanie jedności osobowo-cielesnej. „Ze śmiechu przychodzi często do grzechu”, mówi przysłowie. Człowiek głupi, śmiejąc się, podnosi głos; mędrzec „ledwie się uśmiechnie w milczeniu” – oto jedna z mądrości Syracha. Pochwałę smutku można spotkać w Piśmie Świętym bardzo często, natomiast o radości prawie w ogóle się nie mówi. Kohelet: Serce mędrców jest w domu żałoby, a serce głupca w domu wesela. Św. Hieronim: Sprawą mnicha nie jest nauczanie, lecz pogrążanie się w smutku. Św. Jan Chryzostom: Chrystus został ukrzyżowany, a ty się śmiejesz? Św. Łukasz napomina wszystkich, którzy się śmieją: albowiem płakać będą.

Przestrzegał przed wesołością Łazarz Baranowicz (ruski poeta z XVII wieku): „Śmiać się na świecie nie radzę nikomu,/ Świat jest wygnaniem, śmiać się chyba w domu./ Nieraz Pan płakał, śmiechu nie widziano,/ Że trzeba płakać, nie śmiać, ukazano”. Bibliści wyliczyli, że słowo „śmiech” w Starym Testamencie pada 11 razy, w Nowym – jeden raz. Słowo „płakać” odpowiednio: 98 i 29 razy. Do wyjątków w tej tradycji należą takie postaci, jak św. Franciszek z Asyżu (śpiewał francuskie ballady), św. Teresa z Avila („Niech mnie Bóg zachowa od ponurych świętych”), czy św. Tomasz Morus modlący się słowami: „Panie, daj mi zmysł humoru. Daj mi łaskę rozumienia żartu”. No i oczywiście Józef Tischner, którego góralskie facecje powtarzają słuchacze do dziś.

Umberto Eco w Imieniu róży podejmuje problem zaginionej części Poetyki Arystotelesa poświęconej komedii i śmiechowi (zachowane fragmenty mówią o tragedii, poezji i eposie). Dowiadujemy się, że część ta została zniszczona w listopadzie 1327 roku w pożarze biblioteki opactwa benedyktynów w północnych Włoszech. Wywołał go niewidomy mnich Jorge z Burgos, fanatyczny wróg śmiechu (wcześniej nasączył odpowiednie strony trucizną, przyczyniając się do śmierci kilku czytelników). Śmiech jest nieludzki, mówi Jorge: „wstrząsa ciałem, zniekształca rysy twarzy, czyni człowieka podobnym do małpy.[…] Śmiech to słabość, zepsucie, jałowość naszego ciała. Jest rozrywką dla wieśniaka, swawolą dla opilca, nawet Kościół w mądrości swojej wyznaczył moment święta, karnawału, jarmarku, tę całodzienną polucję […] Lecz śmiech pozostaje rzeczą nikczemną, obroną dla prostaczków, zdesakralizowana tajemnicą dla gminu.[…] Śmiech wyzwala chłopa od strachu przed diabłem […] Kiedy wieśniak śmieje się, a wino bulgocze mu w gardle, czuje się panem, albowiem odwrócił do góry nogami relacje panowania”.

Rzeczywiście, jeśli radość wyzwala z lęku przed grzechem, trzeba położyć jej tamę. Samo słowo „komedia” ma jak najgorszą z tego punktu widzenia etymologię. Komáso to hulać, bawić się, radować, a komos to gromada wyzbytych ograniczeń wiejskich hulaków.

Smutkowi chrześcijaństwa przeciwstawił się Fryderyk Nietzsche. Bohater jego najgłośniejszej książki, Zaratustra, to śmiejący się prorok, którego oburza ponura posępność Chrystusa. Mówi, że niezdolność do śmiechu jest grzechem pierworodnym człowieka, bo przecież wszystkie dobre rzeczy śmieją się. „Nie gniewem, lecz śmiechem się zabija. Naprzód, zabijmyż ducha ciężkości! […] Zaprawdę, tysiąckrotnym śmiechem dziecięcym nawiedza Zaratustra wszystkie tereny śmierci, śmiejąc się ze wszystkich stróży nocy i grobów, i z każdego, kto tam głuchymi poszczękuje kluczy. Przerazić i obalić pragniesz śmiechem, życia ty orędowniku!”

3. Śmiałem się!

Maciej Poleski (Czesław Bielecki) w Małym demokracie pisał o powadze towarzyszącej pierwszym latom odzyskanej w 1989 roku wolności. „Czas kawałów minął. Twórcy dowcipów, które miały przejść do historii, stali się bohaterami dowcipu, jaki historia im zgotowała”. Apelował: „Nie obawiaj się prostoty. Sceptycyzmem i ironią próbuj leczyć patos nowej władzy”. Niestety, później nie było ani patosu, ani dowcipów. Była szarzyzna, rodzina na swoim i ciepła woda w kranie. Uganianie się za zarobkiem, zanik życia towarzyskiego, wabik galerii handlowych, grill i dowcipasy tych samych wciąż kabareciarzy w tv.

Dopiero na manifestacjach KOD-u zobaczyłem i usłyszałem ludzi szczerze śmiejących się. To się wreszcie zdarzyło i mam nadzieję, że zdarzy się jeszcze niejeden raz. Ludzie śmiali się wspólnie z czegoś, co uznali za warte wyśmiania. Cieszyło ich to, że są razem. Nie było w tych reakcjach niczego nienawistnego – a tak twierdził któryś z kościelnych hierarchów. Nawet zjadliwe hasła podszyte były humorem, trzeba mieć tylko zdolność właściwego odczuwania, by to dostrzec. Patrzę na zdjęcia, jakie wtedy porobiłem. „Kaczka Dziwaczka to nie moja bajka” (hasło niesione przez ośmioletnią na oko dziewczynkę). „Chcemy TVP a nie TVPiS”, „PiSlam STOP”, „Jestem gorszy sort!”, „Jestem posłusznym uczniem Kaczyńskiego” (zdjęcie A. Dudy). „A ja wzorowym uczniem Lenina” (zdjęcie J. Kaczyńskiego). Oczy ludzi skandujących „Duda, Szydło, już nam zbrzydło” były pełne uciechy, nie nienawiści.

Czyżby hierarcha nie miał nic do powiedzenia o hasłach niesionych i wykrzykiwanych podczas manifestacji narodowo-patriotycznych, gdzie zaraz obok Boga, Honoru i Ojczyzny postulowano na transparentach, by wieszać, je…ć maczetami, wyp…ić z Polski? Coś mi się wydaje, że tak naprawdę nie o nienawiść chodziło biskupowi, ale właśnie o wyzwalający śmiech KOD-owców. On jest ich główną winą.

Gromadzenie się ludzi chcących wspólnie pośmiać się, przedrzeźniać to co oficjalne i napuszone, jak najsłuszniej niepokoi tych wszystkich, którzy dążą do sprawowania władzy. Dlatego próbują dziś za wszelką cenę deprecjonować intencje organizatorów i uczestników KOD-u. Niedawna wypowiedź nieszczęsnego Gowina o dziadku Mateusza Kijowskiego jest tego przykładem.

Mała łyżeczka dziegciu: mam wątpliwości co do zabawy w podskakiwanie („Kto z PiS-u ten nie skacze”). Widziałem starszą panią z plakietką KOD-u, która zrezygnowana opuściła manifestację. To jakaś forma wymuszania, a KOD ma być manifestacją wolności!

Andrzej C. Leszczyński

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. hazelhard 23.02.2016