Dorota Szafrańska: Marcowe impresje – wracając do Mrożka8 min czytania

()

mrozek2016-03-26.

Warszawa przywitała mnie śniegiem. Zniknął szybko. Blade marcowe słoneczko nie próżnowało.

W namiocie pełnym uśmiechniętych młodych ludzi proponujących mi gorącą zupę, w koszyku na stole obok znaczka partii Razem, leżał ten: „Marznę”.

Przyszłam, bo chciałam im pogratulować, że są. W tym właśnie miejscu, są i przypominają przechodniom o konstytucji. Np. art. 53 wolność sumienia i religii. Białe duże litery na czarnej tablicy – obywatelska szkoła na wprost drzwi urzędowych pani Szydło.

Tego dnia obok namiotu Razem stanął namiot KOD-u. KOD PP był już obecny parę dni.  Pan z Nowoczesnej kręcił się między wszystkimi. Młodzi ludzie proponowali nowo przybyłym zupę, trochę trudniej było o rozmowę. Nie ze mną, lecz między protestującymi namiotowiczami.

Wracając z Alei Ujazdowskich przypięłam do klapy płaszcza wszystkie otrzymane znaczki. Mijający mnie patrzyli z zainteresowaniem, nie zauważyłam niechęci.

I wtedy obudziło się w mojej głowie jedno słowo: kompromis. Natychmiast pojawił się przymiotnik: zgniły; i jednocześnie wezbrał sprzeciw. Bo też jak można wybrnąć z dzisiejszej sytuacji nie szukając kompromisu. Skąd pochodzi to słowo?

Lubię porównywać hasła w wielu językach. W ten sposób możemy czegoś nauczyć się o sobie i o innych. Strona niemiecka zaczyna od Cicero. Używał on słowa z języka prawa „ compromissum”. Spierający się przyrzekali wspólnie „ com – promittunt”, że poddadzą się osądowi specjalnie powołanemu rozjemcy. Jeśli ktoś złamałby przyrzeczenie, traci pieniądze oddane w zastaw jako gwarancję.

Strona angielska przymusza nas niejako do myślenia logiczno-matematycznego, a polska, no cóż – jest nieco chudziutka.

Wersja niderlandzka nazywa kompromis rozwiązaniem zapobiegającym lub kończącym konflikt, w którym żadna ze spierających się stron nie uzyska 100% racji. Owo rozwiązanie jest możliwe do zaakceptowania przez obie strony. Rezultat nie jest „maksymalny” (the winner takes it all), ale „optymalny” = najlepszy z możliwych. Terminem lub sytuacją o podobnym znaczeniu jest „modus vivendi”. W demokracji  nie da się obejść bez kompromisów.

Oczy przechodniów zafiksowane w znaczkach na mojej klapie utwierdzały mnie w tym przekonaniu.

Nie sięgam myślą tak daleko, jak rozmowy rządzących z opozycją. W obecnej sytuacji to jeszcze nie jest możliwe. Myślę o wszystkich poczuwających się do bycia opozycją.

Kompromis jako platforma porozumienia. Tak platforma jak i porozumienie. Wydrzyjmy słowa z przedawnionego kontekstu.

Kompromis ma to do siebie, że trzeba zbudować nowy pomost przy pomocy istniejącego już materiału.  Wiem, że bywa on kruchy, ale może przetrwać wiele lat.

Dla mnie to nie jest naiwne, to czysty pragmatyzm.

Nie wyobrażam sobie skutecznej opozycji, która nie współpracuje ze sobą i nie tworzy konkretnych projektów, które można by zaprezentować publicznie.

Dlaczego grupy opozycyjne, łącznie z partiami nie mogłyby we wspólnym forum dyskusyjnym opracować nowego projektu np. systemu podatkowego? Obecna partia opozycyjna, np. Nowoczesna mogłaby taki projekt zanieść do parlamentu.

W Alejach Ujazdowskich pan z Nowoczesnej przekonywał mnie, że to nie ma sensu, bo i tak nic nie przegłosują. Mnie zaś oczy stanęły w słup. Przygotowywanie dobrych i spójnych projektów to psi obowiązek każdego posła. Niestety to jego praca. Nie ma wymówek.

Jeśli cała opozycja, wszystkie partie, ruchy, grupy i odłamy chcą być wiarygodne, to musza pracować nad planem B.

Szukać kruczków prawniczych, by przetrwać (rządy belgijskie się w tym specjalizują). Powoływać „komórki” do śledzenia konkretnych poczynań obecnego rządu i dostarczać opinii publicznej potrzebnych informacji o odchyleniach. Przede wszystkim jednak powołać gabinet cieni, sami kodowcy tego nie zrobią. A bez tego gabinetu nie da się kontynuować demokracji. Społeczeństwo nie rządzi się samo. Ono musi sobie wybrać rząd. Wyobraźmy sobie, że w chwili obecnej opozycja ma go wystawić. Strach pomyśleć. Głodówki i protesty są konieczne, ale to nie wystarcza.

Widziałam w Warszawie, że moi rozmówcy, choć pogodni, są zmęczeni i głęboko rozczarowani. A jednak życie toczy się dalej, dzieci się rodzą, KK trzyma się mocno, a PiS kwitnie.

Na szczęście nie mamy jeszcze wojny. Państwo Islamskie niekoniecznie toczy wojny z Europą, mimo, że prezydent Hollande tak to nazywa. Państwo Islamskie walczy z wrogiem, który zniszczył Irak, Libię, a teraz Syrię. I to pan Hollande z panią Clinton na czele mogą się pierwsi uderzyć w piersi.

Niezmiernie trudno jest powoływać się na europejskie wartości nie tylko w Polsce, także w samej Europie. Czyż Belgia nie bombarduje w Syrii?  Unii Europejskiej grozi rozpad, to jest niestety  realne niebezpieczeństwo.

Im bardziej niemieccy Zieloni i „Linke” wszystkich tych, którzy odważą się krytykować panią Merkel, spychają do obozu „Nazi”, gdzie już słusznie znajduje się NPD (Nationaldemokratische Partei Deutschlands), tym bardziej AfD (Alternative für Deutschland) przybiera na sile.

Może to zabawne, a może tragiczne, ale pewna polska dość popularna posłanka komentując wydarzenia w Brukseli, użyła prawie tych samych słów, co przewodnicząca AfD.

U wielu zwykłych obywateli Europy wystąpienia szefów rządów, czy łzy pani Mogherini wywołują niesmak. Ile bowiem razy można powiedzieć: „…zdecydowanie potępiamy, … jesteśmy oburzeni okrucieństwem, albo nie zrezygnujemy z naszego europejskiego sposobu życia…”, nic dalej nie czyniąc poza pertraktacjami z Turcją i kontynuacją bałaganu w Europie czy wojny w Syrii.

Europa nie może skłonić np. Arabii Saudyjskiej do przyjęcia uchodźców, Stany Zjednoczone nie biorą ich prawie wcale, a Kanada tylko rodziny i to dobrze wykształcone. Wielu ludzi w Europie buntuje się przeciw całemu kontekstowi tej bezsensownej i nieludzkiej polityki. To nie znaczy, że są faszystami. Nie mówmy o terrorze i uchodźcach jednym tchem. Im bardziej ten terror nam grozi, tym bardziej powinniśmy prowadzić rzetelną dyskusję. Europejczycy chętnie widzieliby Europę inną niż obecnie.

Nie można dać wygrać stronie PiS-owskiej w argumentacji anty-europejskiej, stawiając tylko na pro-europejską i pro-amerykańską. To musi być mądre poparcie transformacji Europy, a nie śpiewanie w chórze bezradnych europejskich „alienatów”.

Maszerując warszawskimi ulicami, zastanawiałam się nad młodymi Polakami, nad tym – czym dla nich jest Zachód?

Tam na Zachodzie często uczą się czegoś, zdobywają pieniądze, potem wracają tu, do Polski i… już czują się obco. Bo tu, to nie jest tam, mimo Zary i Auchan i nigdy nie będzie tam. Bo też nie o to chodzi. Tam nie jest idealnie, a tu mogłoby być lepiej. Za cenę wcale niedużą – przyzwoitości i spuszczenia odrobiny powietrza z balonika ego napompowanego do nieprzytomności.

Dumając nad tym ego, zajrzałam już późnym wieczorem do maila, a tam niespodzianka. Przyjazny gest sprawił, że mogłam wreszcie przeczytać tekst – odpowiedź Sławomira Mrożka na ankietę „Polityki” pt. “Czy myśleli państwo o powrocie do kraju?” zwany często esejem o chamstwie. (Polityka nr 15 (1927) 9 IV 1994)

Drogi czytelniku, to jest esej o ego, o naszym polskim ego.

„Jest się Polakiem (na przykład) czy się chce, czy się nie chce.”

Dotyczy to mnie (36 lat na Zachodzie), pani X, która właśnie przenosi się do Anglii i cioci Zosi, która nigdy nie opuszczała Ostrowca. Wszystkie zaprowadzono nas kiedyś do pierwszej komunii…

Polacy – to brzmi jak wspólnota.

Tymczasem po przeczytaniu poniższych słów ogarnął mnie lęk, jakbym spojrzała w krzywe zwierciadło.

„Komunizm uruchomił w Polsce chama.  (…) Cham prawdziwy, cham urodzony, cham naturalny, to coś zupełnie innego. Przede wszystkim z pochodzeniem społecznym nie ma on nic wspólnego i jak świat światem zdarza się we wszystkich sferach. Jego definicją jest arogancja, absolutna pewność, że mu się wszystko należy, a nic go nie obowiązuje, więc wszystko należy mu się za nic. Nie szanuje cudzej egzystencji, ponieważ uważa, że świat został stworzony tylko po to, żeby mógł zaistnieć tylko on i żadnej zagadki bytu wobec tego nie ma. Cham wie wszystko najlepiej i nie musi dowiadywać się niczego. Pod tym względem miałby rację, ponieważ rzeczywiście wie wszystko to, co jest w zasięgu jego ryja, gdyby nie uważał, że w tym zasięgu jest wszystko i poza tym nic nie ma.

(…)

Dlaczego nasz debiutujący cham razi mnie bardziej niż wysoko rozwinięty cham zagraniczny? Bo jest mój.”

I kto pierwszy rzuci w chama kamieniem?

W lęku zrodziło się w mnie kolejne pytanie: czy Polacy siebie lubią? Czy lubią ze sobą być? Nie z brzozami, Chrystusami i Sienkiewiczem, ale ze sobą?

Z eseju Mrożka wynika, że nie, a to było już napisane 22 lat temu. A może to tylko jego własne ego?

Jedna myśl Mrożka bardzo mnie jeszcze niepokoi. Otóż uważa on, że nie powinien mówić, bo nie ma do tego prawa, że nie podoba mu się kierunek, w którym zmierza Polska. Jakby przewidział on owe dwadzieścia parę lat trudnej pogoni za Zachodem.

I cóż, obecna pozycja Polski  w Europie w dalszym ciągu jest niedookreślona. Droga, na którą weszła, też nie jest spójna ze zdrowym rozsądkiem.

To wołać, że nie tędy droga, czy nie wołać?

Balonik nie za mocno napompowany ślicznie, niemalże godnie, kołysze się na tle wiosennego nieba, a przy dobrej woli znalezienie kompromisu może napawać uczuciem „odwalenia dobrej roboty”.

Pod głosowanie poddaję pomysł pierwszego projektu dla zjednoczonej opozycji: polski, alternatywny, ponadpartyjny znaczek Smiley – „Człowieku, uśmiechnij się”.

Dorota Szafrańska

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

3 komentarze

  1. A. Goryński 26.03.2016
  2. narciarz2 27.03.2016
  3. jureg 27.03.2016