16.04.2026
Od dawna wiadomo, że złożone relacje polsko rosyjskie widoczne są nie tylko w zetknięciu dwóch dyplomacji, ale także w spotkaniach tzw. zwykłych ludzi. Owszem, zdarza się, że ostatecznie nawet się zaprzyjaźnią, ale zazwyczaj początkowy kontakt nacechowany jest rezerwą i nieufnością. Skąd ona się bierze? Odpowiedź nie jest, bo nie może być jednoznaczna, ale w większości decyduje upraszczanie spojrzenia na świat wg wzoru podawanego nam przez historię i politykę.
Efekt jest taki, że dwie niby całkiem normalne osoby patrzą na siebie jak na zło wcielone i uważają, by ta druga nie zrobiła jakiegoś złego gestu pod ich adresem.
Kiedy przyjrzymy się sprawie nieco dokładniej to okaże się, że nasze sposoby rozumowania, choć tu i tu zazwyczaj mocno uproszczone różnią się i to bardzo.
Kilka przykładów
Rodzona siostra przebywała kiedyś w Rosji na studiach podyplomowych i mieszkała w czymś w rodzaju naszego akademika. Budynek sprzątany był codziennie przez panie, które mając dostęp do pokoju studentek zostawiały często kartki na łóżkach ze wskazaniem … ciuchów, które chciałyby od Polek kupić. Siostra jak raz niedługo przed wyjazdem do Rosji była w Bawarii, skąd przywiozła całą walizę ubrań niezbędnych, by kobieta czułą się kobietą.
Siostra była zdumiona o tyle, że w rozmowach te same panie twierdziły zawzięcie, iż „ …w Rosji wszystko jest lepsze …” Dlaczego więc upierały się, by kupować zachodnie ubrania?
Od pewnego czasu oglądam z ciekawością kanał na YT prowadzony przez młodego Rosjanina, który zdecydował się na stałe przeprowadzić do Gdańska. Ma zresztą jakieś odległe w czasie powiązania rodzinne z Polską.
Otóż ów Wiaczesław filmował kiedyś namiętnie … polskie wsie chcąc, by jego rodacy zobaczyli panujący w nich ład i porządek, estetyczne urządzenie otoczenia domków, że o samych domkach nie wspomnę.
Ciekawa była reakcja jego przyjaciół w Rosji na te filmy. Niemal jednogłośnie twierdzili, że to co im kolega pokazuje to nie żadne wsie, a … makiety dla zmylenia turystów!
No cóż, okazuje się, że tzw. „wsie potiomkinowskie” mimo że minęło niemal 300 lat wciąż siedzą w umysłach ludu żyją sobie w najlepsze w jego wyobrażeniach o świecie.
Jeszcze ciekawsze były reakcje Rosjan na filmy Wiaczesława pokazujące i wsie i miasta, osiągnięcia techniczne (szczególne zaciekawienie budziły … drogi, autostrady itd.)
Jeden z jego komentatorów przyjął wprawdzie fakty z filmu za rzeczywistość, ale nie potrafił się z nią pogodzić.
– Jakim prawem (!!!) oni mają tak dobrze, a my nie?!
I uwaga , tu najlepsze: – Przecież oni nie cierpieli tak jak my!
Czyli: to co masz nie jest wypracowane lub stworzone przez ciebie, ale darowane ci przez siłę wyższą (chan, car, I sekretarz, prezydent) w zamian za przebyte cierpienia.
Straszne to naprawdę. Wyjaśnia po trochu dlaczego Rosja nie jest najbogatszym społeczeństwem na świecie, mimo że ma do tego warunki.
Musi być car, muszą być książęta – oligarchowie i lud, który po przebytych cierpieniach dostanie bułkę, czasami nawet z masłem.
Jak rozmawiać z takimi ludźmi? Przecież ci sami kiedyś mogą znaleźć się na wysokich stanowiskach państwowych. Da się z nimi dogadać?
Jest jedna rzecz, która nas mimo wszystko łączy. Podatność na propagandę.
U nas kiedy prezes mówi, ze Magyar piekł w mikrofali pieska, to znaczy, że piekł.
Mamy co najmniej kilkadziesiąt procent wyborców, którzy uwierzą w to bez zastrzeżeń.
W Rosji, w czasie gdy Polska postanowiła wzmocnić ew obronę tzw. przesmyku suwalskiego, propaganda przedstawiała to jako zapowiedź ataku polskich sił zbrojnych na Królewiec. Wiaczesław twierdzi, że większość do dziś w to wierzy.
Pytanie zasadnicze: czy rozumujący w ten sposób ludzie mogą w ogóle wypracować jakieś wspólne cele? Jakieś drogi, którymi pójdą w pokoju, nie atakując jedni drugich?
Rosja jak dotąd potrafiła dowodzić swej wielkości jedynie siłą. Amerykański pajac robi to zresztą dokładnie na jej wzór i nie ma się co dziwić – rosyjskie jedynowładztwo imponuje ludziom o charakterze przestępczym.
Kiedy spotkamy gdzieś Rosjanina, spróbujmy z nim porozmawiać. Uda się czy nie – zawsze będzie to jakieś doświadczenie, które przydać się może w przyszłości.
Jerzy Łukaszewski

To jest felieton, który zaczyna się jak próba antropologii politycznej, a kończy jak rozmowa przy stole po trzeciej herbacie i jednym zbyt szczerym zdaniu.
Autor bardzo chce być przenikliwy — i chwilami mu się udaje — ale co chwila wpada w tę samą pułapkę, którą sam opisuje: upraszczanie świata. Rosjanin myśli tak, Polak tak, propaganda tu, propaganda tam, a człowiek siedzi między tym wszystkim i wygląda jak statysta w spektaklu, w którym nikt nie zna scenariusza, ale wszyscy są pewni swojej roli.
Najlepszy fragment? Ten o cierpieniu jako walucie. Naprawdę celny — bo pokazuje mentalność, w której dobrobyt nie wynika z pracy, tylko z bosko-państwowego „należy się”. Szkoda tylko, że autor nie zauważa, jak blisko jesteśmy tego myślenia, tylko z innym brandingiem i lepszym PR-em.
Najsłabszy? Ten, gdzie nagle pojawia się „amerykański pajac”. To moment, w którym tekst z felietonu robi się komentarzem z sekcji pod artykułem, tylko lepiej zredagowanym.
Podsumowując: mądry tekst, który co kilka akapitów sam sobie podkłada nogę — jak ktoś, kto trafnie diagnozuje chorobę, ale nie może się powstrzymać, żeby nie dodać: „a ja przecież od dawna mówiłem”.