Po wojnie moja rodzina zamieszkała w Bystrej Śląskiej koło Bielska. Przed wojną istniało tam znane wówczas sanatorium przeciwgruźlicze. Mój ojciec pracował w nim od skończenia medycyny na UJ aż do wybuchu wojny. Potem sanatorium zagarnęli Niemcy. Po wyzwoleniu przejęły je wojskowe władze radzieckie, które zorganizowały tam obóz przejściowy dla jeńców wojennych, głównie Włochów. W marcu 1945 r. mój ojciec, na polecenie odtworzonego ZUS, miał to sanatorium ponownie uruchomić. I poprowadzić już jako dyrektor, z pomocą byłego, a teraz ponownie mianowanego, dyrektora administracyjnego.
Zadanie odzyskania sanatorium początkowo okazało się dość karkołomne. Kierownictwo obozu odmówiło jakichkolwiek rozmów na ten temat. Rosjanie za nic nie chcieli opuścić wygodnych kwater. Pomógł dopiero rozkaz „z góry”. Rosyjskie dowództwo przysłało ciężarówki i oficera, który przypilnował wykonania rozkazu. Na samochody załadowano jeńców. Do szoferek wsiedli ich strażnicy. Mojej matce powiedzieli, że zawiozą jeńców do obozu aż na Sybir. Odjechali.
Ale szybko okazało, że nie wszyscy. Na miejscu zostało ok. dwudziestu żołnierzy. Zadekowali się wygodnie w jednym z pawilonów. I nadal nie wpuszczali polskiego personelu, który zebrał już mój tato.
Znowu trzeba było prosić o pomoc wyższe dowództwo. Delegacja polskiego personelu podobno pojechała aż do gen. Rokossowskiego. Po kilku dniach do Bystrej znów przyjechało kilku bardzo ważnych rosyjskich wojskowych. Nakazali żołnierzom opuszczenie sanatoryjnych pawilonów. Po czym wyjechali. Po ich wyjeździe, szef rosyjskiej dwudziestki pokazał mojemu tacie to, co u nas dzisiaj nazywa się gestem Kozakiewicza i powiedział, że nie dostał rozkazu na piśmie, więc się stąd nie ruszą. I tak by pewnie zostało, gdyby nie to, że owi bardzo ważni wojskowi, najwyraźniej dobrze znając swoich, wkrótce zawrócili z drogi. I do końca przypilnowali, aby wygodniccy maruderzy się w końcu spakowali i wynieśli.
Sanatorium okazało się całkowicie zdewastowane. Powyrywane klamki, kaloryfery, krany, potłuczone kafelki. Powyrywane parkiety, które służyły do rozpalania ognisk na podłodze, w salach. Brakowało sprzętu i mebli. Wiele z tego było rozrzuconych po okolicy. Ojciec z grupą dwunastu pracowników, którzy zgłosili się dobrowolnie do pracy, pracowicie je odszukiwali i zwozili. Udało się tak odzyskać mnóstwo wyposażenia. W jakimś gospodarstwie znalazła się nawet aparatura rentgenowska i kilka innych urządzeń, które na początku wojny zaufani pracownicy tam ukryli.
I zaczęto remont. Prace posuwały się błyskawicznie. Z raportu, który znalazłam w papierach ojca wynika, że już w październiku 1945 roku otwarto pierwszy pawilon. Dwa następne – styczniu 1946. A 1948 rozpoczęto przyjmować pacjentów w największym czwartym pawilonie, którego budowę zaczęto przed wojną i właśnie zakończono.
W swoim raporcie w 1949 mój ojciec napisał: „ Sanatorium dysponuje 500 łóżkami podzielonymi na sześć oddziałów, każdy prowadzony przez lekarza ordynatora, plus siódmy oddział operacyjny na 40 łóżek. Personel lekarski składa się z ośmiu lekarzy, dwóch absolwentów medycyny, dwudziestu pielęgniarek, siedemnastu pomocnic sanitarnych.” Od samego początku przeprowadzano wszystkie podstawowe zabiegi, jak odma płucna, brzuszna, punkcje… Stopniowo zaczęto wykonywać też bardziej skomplikowane operacje. Uruchomiono dział chirurgii. Jego kierownictwo objął jeden z nielicznych wtedy jeszcze chirurgów klatki piersiowej. Sanatorium miało już też własną kuchnię i własną szklarnię, dzięki której w menu pacjentów nie brakowało świeżych warzyw..
Poza tym mój ojciec wprowadził w pracy sanatorium niezwykle ważny zwyczaj; co tydzień osobiście spotykał się z pacjentami, aby wysłuchać ich uwag i ewentualnych skarg. Początkowo, gdy pacjentów było jeszcze niewielu, spotykał się w dużej sali ze wszystkimi, którzy chcieli przyjść. Gdy chorych było już pięciuset, na spotkanie z dyrekcją przychodzili delegaci – po dwóch z każdego oddziału. Mój tato chciał mieć pewność, że pacjenci otoczeni są właściwą opieką, że nikt z personelu nie zaniedbuje swoich obowiązków.
Te pierwsze lata po wojnie były dla wszystkich czasem wielkiej ulgi i radosnej nadziei na przyszłość. Wszystkim chciało się znów żyć. Pamiętam, że w sanatorium ciągle działo się coś miłego. Niemal w każdym tygodniu dla pacjentów odbywał się jakiś koncert, przedstawienie, lub choćby wieczór recytatorski, ewentualnie wystawa plastyczna. W życiu artystycznym uczestniczyła moja matka – malarka i pianistka. Często akompaniowała śpiewakom i skrzypkom. Artyści potem często zatrzymywali się i koncertowali w naszym rodzinnym domu
Na pamiątkę po tamtych czasach na terenie sanatoryjnego parku do dziś pozostała niewielka sztuczna grota, w której stoi zabytkowy posążek Matki Boskiej. Grotę, na prośbę pacjentów, moja matka zbudowała razem ze znanym rzeźbiarzem Edwardem Piwowarskim.
W 1947 roku, latem, pracownicy sanatorium przeżyli niemały szok. Pewnego dnia, gdy mój ojciec wyjechał na jakąś naradę do ZUS-u w Warszawie, ktoś wytruł wszystkie okoliczne psy. Padła wtedy także nasza ukochana jamniczka. A dzień później na sanatoryjne magazyny z żywnością napadła liczna grupa, jak ich określili pracownicy magazynu, obszarpańców. Okazało się, że są to chłopcy „z lasu” – byli partyzanci, którzy nie oddali broni i teraz przebijali się do południowej granicy. Zabrali z sanatorium wszystkie zapasy jedzenia, cztery konie i dwa wozy, którymi te zapasy wywieźli. Administracja sanatorium przez dwa dni cudem zdobywała prowiant dla nakarmienia pięciuset pacjentów i całego personelu. Konie potem same wróciły do stajni. Wozy znaleziono gdzieś za Żywcem.
Nadszedł rok 1948. Grudzień. Kongres zjednoczeniowy PPR i PPS. Wszyscy pracownicy sanatorium , którzy należeli albo do jednej, albo do drugiej partii, automatycznie znaleźli się w PZPR. Sekretarzem nowo powstałej komórki partyjnej w Bystrej został miejscowy szewc, szczycący się wykształceniem podstawowym oraz tym, że nie stronił od kieliszka. Nowa partia, nowi ludzie. I nowe zadania. Pierwszym było znalezienie wrogów ustroju i wymienienie ich na swoich ludzi. Nowy sekretarz energicznie zabrał się do dzieła. Całe lata reperował buty. Teraz nareszcie dorwał się do władzy. Tylko lokalnej, ale zawsze…
Mój ojciec, dyrektor, inteligent, były pepeesowiec, do roli wroga ustroju pasował idealnie. Dostał zaproszenie na posiedzenie egzekutywy powiatowej komórki PZPR. Razem z nim zaproszono także dr. Niżygorodcew, dyrektorkę prewentorium dla dzieci w Jaworzu. Oboje poszli, nie mając pojęcia o co chodzi. Potem ojciec opowiedział nam o przebiegu tego spotkania. A więc na miejscu usłyszeli wpierw przemówienie, które wygłosił bardzo ważny przedstawiciel Komitetu Powiatowego. Powiedział on, że teraz nowa władza w imieniu ludu pracującego miast i wsi wprowadza nowe, lepsze porządki. Wszelkie miazmaty burżuazyjne muszą zostać odrzucone i zniszczone. Dla ukrytych i jawnych wrogów nowego ustroju nie ma teraz miejsca wśród ludzi pracy socjalistycznej. Usiadł, a głos zabrał sekretarz bystrzańskiej organizacji partyjnej. Jego przemówienie było bardziej konkretne. Oświadczył ni mniej, ni więcej, tylko że do obojga dyrektorów partia straciła zaufanie. Bo wcześniej należeli do wrogiej PPS. A poza tym, zdaniem partii, źle prowadzą swoje sanatoria i nie umieją leczyć ludzi. Więc nie nadają się na swoje stanowiska. Mój ojciec, który żył dla pacjentów i od początku uruchomiania sanatorium nie wziął nawet jednej godziny urlopu, podobno osłupiał i całkowicie zaniemówił. Ale dyr Niżygorodcew, jak to kobieta, okazała się godną przeciwniczką partyjnych specjalistów od leczenia. Po pierwsze, zwymyślała ich. Po wtóre, pogadała z nimi na ich poziomie. Zarzuciła np. sekretarzowi-szewcowi, że nie umie reperować butów. Ten się oburzył, bo przecież pani doktor na naprawach butów się nie zna. Na to pani doktor odparła, że z kolei ani pan sekretarz, ani inni zebrani tu panowie nie znają się na leczeniu, więc niech nie zawracają głowy. Zagadała ich całkowicie.
Na tym posiedzenie egzekutywy się skończyło. Ale nagonka na mojego ojca niestety nie.
Pojawiły się nowe zarzuty. Że mój ojciec był w spisku z partyzantami, którzy przed rokiem napadli na sanatorium. Że pozwolił postawić w sanatoryjnym parku nielegalną kapliczkę. Że nie zabronił zorganizowania obchodów rocznicy 3 Maja. Że przyjmuje prywatnych pacjentów. To był najcięższy zarzut. Prywatna praktyka była traktowana jako poważne przestępstwo gospodarcze, zagrożone wielkimi karami. Mój ojciec istotnie, w razie potrzeby, pomagał ludziom na wsi, tak jak i w czasie okupacji. Ale nigdy nie wziął za to ani grosza. Wszyscy mieszkańcy wsi to potwierdzili.
Płatnej praktyki na razie nie dało się udowodnić. Władze partyjne postanowiły więc te dowody wyprodukować. Zamknięto nam na kłódkę przed domem furtkę prowadzącą na ulicę. Żeby wydostać się za ogrodzenie wszyscy domownicy musieli przechodzić przez portiernię ze strażnikiem. Ten, wszystkim wchodzącym wydawał bezimienne przepustki, które oddawało się przy wychodzeniu na zewnątrz. Ja np. takie przepustki dostawałam przy powrocie ze szkoły. Oddawałam je rano, gdy wychodziłam na lekcje. I te przepustki potem miały być dowodem na to, że do ojca przychodzą prywatni pacjenci.
Burza wzbierała i wzbierała. Wybuchła na całego, gdy okazało się, że jedna z sióstr kradnie klisze rentgenowskie, które wtedy były na wagę złota i komuś je sprzedaje. Sprawę namierzyli funkcjonariusze UB z Bielska. I przyjechali do sanatorium na rewizję. Owa złodziejka broniła się twierdząc, że złodziejem i handlarzem klisz jest mój ojciec. Zarzut był absurdalny. Mimo to do sanatorium co chwilę przyjeżdżali panowie z UB i wzywali mojego ojca na przesłuchania. Nawet nocami. Stawiali też inne zarzuty – te o nielegalną prywatną praktykę, o spisek z partyzantami itp. Wkrótce pojawił się też prokurator.
Cała sprawa zapewne skończyłaby się długoletnim więzieniem dla mojego taty. Uratowała go od tego jedna z zaprzyjaźnionych z nami mieszkanek Bystrej, Julcia Maślankowa. Julcia prowadziła wtedy jedyną we wsi restaurację, wówczas powszechnie znaną jako knajpa „U Pawlusia”. Któregoś dnia przyszedł tam na kolację prokurator, prowadzący dochodzenie w sprawie mojego ojca. Julcia się do niego przysiadła i zaczęła częstować wódeczką na koszt firmy. A głowę miała mocną. W odróżnieniu od pana prokuratora. Gdy on już był mocno wstawiony, Julcia zaczęła go wypytywać; „czemu niszczycie tego doktora Bujaka? To taki świetny dyrektor, dobry lekarz, tak dobrze prowadzi to sanatorium. I pacjenci go kochają. Uczciwy. O co chodzi? Czego od niego chcecie?”
Prokurator, pewnie dlatego, że był już mocno podcięty, odpowiedział szczerze: „To prawda. Nie ma się o co do doktora przyczepić. Ale musimy coś znaleźć. Takie jest polecenie. Bujak jest z PPS. A dyrektorem ma zostać ktoś z naszych. Przecież już tu nawet jest i czeka. To dr P. Czy Bujak tego nie widzi? A jak pani myśli, ta sprawa z kliszami, to przecież podpucha. Niech mu pani to powie. Niech zrezygnuje i wyjedzie, to damy mu spokój. Jeśli zostanie, będzie siedział” .
Następnego dnia mój ojciec złożył rezygnację z pracy w bystrzańskim sanatorium. Z ZUS-u dostał propozycję pracy w kilku miejscach, do wyboru: w Krakowie, Kielcach lub w Bytomiu. Wybrał poniemiecki Bytom, gdzie tworzyła się dopiero nowa służba zdrowia. Prokurator, o dziwo, dotrzymał słowa. Sprawę przeciwko mojemu ojcu umorzono. Ale podstawowa organizacja partyjna w Bystrej uznała go za wrogi element i uroczyście wyrzuciła z partii.
Jak widać „dobra zmiana” nie jest dopiero wynalazkiem PiS. To tylko powtórka bolszewickich metod stosowanych już przez powojennych komunistów.
Ewa Maziarska


