2016-05-03.
Jest to krok typowy dla osób i instytucji, które niczego nie chcą załatwić, tylko próbują zmienić warunki gry. Od pierwszej dekady marca okoliczności są jasno określone, zarówno przez wyrok Trybunału w sprawie K 47/15, w którym ustawa tzw. naprawcza została uznana za niezgodną z Konstytucja, jak i z Opinii Komisji Weneckiej, która stwierdziła, że ponad wszelką wątpliwość wyrok ów musi zostać opublikowany (przez rząd), a sędziowie z październikowego wynosu – przez prezydenta zaprzysiężeni.
Nic w tym względzie się nie zmieniło. Wyrok wciąż czeka na publikację (następne również), trzej sędziowie zaś czekają na zaproszenie przez pana prezydenta.
Rozpoczynanie debaty nad kolejnym projektem ustawy o Trybunale, który posłowie PiS wnieśli do marszałkowskiej laski jest więc zabiegiem czysto politycznym i propagandowym, ma wytrącić krytykom rządu i Prawa i Sprawiedliwości argument o uporczywej odmowie współpracy większości parlamentarnej z opozycją i przerzucić na nią odpowiedzialność za fiasko tej inicjatywy.
Przed opinią zagraniczną zaś uruchamia się spektakl, w którym parlamentarna większość będzie udawać, że jest poddawana nieusprawiedliwionej krytyce, naciskom oraz że jest ona obrażana przez przeciwników, a także przez polityków zagranicznych, którzy, durni, nic z tej polskiej specyfiki nie kapują.
Wielotorowe działanie obozu rządowego: z jednej strony projekt nowej ustawy, z drugiej – przed kilku dniami zaprzysiężenie prof. Jędrzejewskiego, wybranego niezgodnie z obowiązującą ustawą (z 25 czerwca) na sędziego Trybunału, w sposób obrażający inteligencję obserwatorów i żenująco poniżający osobę zainteresowanego, wreszcie – z trzeciej strony – zapowiedź przez prezesa Kaczyńskiego przygotowania reformy konstytucji (z pogróżką w stronę opozycji sejmowej przez zapowiedź przeprowadzenia referendum konstytucyjnego) mają zdezorientować opinię publiczną krajową i zagraniczną oraz w tym szumie hybrydowej wojny domowej umożliwić przeprowadzenie tak dobrej zmiany, że po niej nieposłuszni władzy obywatele już się nie pozbierają. Zaś władza – w rękach jednej osoby, za nic nieodpowiedzialnej, umożliwi wreszcie zrealizowanie projektu budowy nowego państwa, nowego społeczeństwa, nowej, może tysiącletniej rzeczypospolitej, w skrócie – Czwartej Rzepy.
Okoliczności są sprzyjające, świat wciąż bardziej skupia się na kwestii uchodźców, wojnie w Syrii, zagrożeniu przez Rosję; peryferia Europy schodzą na plan dalszy.
Takie są rachuby prezesa i jego kamaryli. Może się jednak w tym omsknąć, bo dyspozycji Komisji Weneckiej euroatlantycki świat polityczny słucha, a są one wyłożone np. w Raporcie z 2010 roku pt. „Constitutional provisions on amendments of the constitution”, który Komisja przedstawiła w dwóch wersjach językowych, co ułatwi niewątpliwie zapoznanie się rekomendacjami. Nie są one skomplikowane, sprowadzają się, przy reformie konstytucji, do konieczności dysponowania większością konstytucyjną do niespiesznej realizacji tej reformy, by wszyscy obywatele mieli szansę zapoznać się z projektem. Który także dlatego powinien być sformułowany jasno, zaś procedura winna być przejrzysta tak, by nie stwarzać problemów i nie wywoływać sporów.
Ciekawa jest dyspozycja nr 247 Raportu, którą przytoczę tu w wersji francuskiej: „Les constitutions qui ont été adoptées à l’origine par des régimes non démocratiques devraient être ouvertes au débat démocratique, à la réévaluation et à une révision relativement souple.” Po polsku mówiąc „zmiana konstytucji przyjętej w kraju uprzednio niedemokratycznym powinna być otwarta na demokratyczną debatę, ponowne oszacowanie i względnie elastyczną rewizję”.
Komisja Wenecka słusznie stwierdza, że jawność, uczciwy dialog i wzajemne poszanowanie poglądów to fundament zmiany ustawy zasadniczej. Niestety, nie bierze ona pod uwagę przypadku, gdy wewnątrz pastwa toczy się to, co nazwano hybrydową wojną domową, w której nie chodzi o pozytywną naprawę usterek systemu państwa, ale o wzięcie jego obywateli za mordę i wtłoczenie ich w ramy, które dużej części z nich nie odpowiadają.
Odbywa się ten proceder w ogłuszającym jazgocie „wziętych” mediów publicznych, przekształcanych właśnie w media narodowe, przy tłumieniu parlamentarnej krytyki, sparaliżowaniu Trybunału Konstytucyjnego, który jest ostatnim szańcem obrony wolności i praw obywatelskich, wyposażeniu superministra w narzędzia nieznane w starych demokracjach, a policji w bezkarną możliwość podsłuchiwania i śledzenia oraz, wreszcie, szykowaniu przepisów, pod płaszczykiem walki z terroryzmem, nieobecnym w naszym kraju, dla rozprawienia się z opozycją pozaparlamentarną, a kto wie, czy w końcu nie z opozycją parlamentarną.
Nie mam najmniejszych złudzeń, że ku temu właśnie idzie. Bo powstanie szerokiego, bardzo zróżnicowanego pozaparlamentarnego obozu oporu z jednej strony, a z drugiej jednak żywe i krytyczne zainteresowane świata zewnętrznego tym, co dzieje się w Polsce i sympatia oraz wsparcie sił zewnętrznych dla oporu wobec zamachu na prawa i wolności obywatelskie, stanowi dla obozu władzy nie lada problem. Można go rozwiązać – próbuje to robić Jarosław Kaczyński i jego podręczni – oszukując opinię chęcią dokonania oczekiwanych koncesji, ale tylko w sferze deklaracji, bo w rzeczywistości „nie cofniemy się przed nikim”. W swoim przemówieniu 2 maja mówił (relacja za NaTemat) o praworządności, której nie można zadekretować. Jego zdaniem warunki do jej tworzenia powstały w Polsce dopiero dzisiaj. Płynnie przeszedł do konfliktu wokół Trybunału Konstytucyjnego. – PiS jest za przestrzeganiem konstytucji w całości – stwierdził.
– Nie możemy się pogodzić z tym, że TK to lekceważy. To jest stawianie się nad konstytucją, to mówienie, że nie naród jest suwerenem, a Trybunał. Na to się nie zgodzimy – mówił Prezes. – Ale w innych sprawach jesteśmy gotowi do daleko idących kompromisów, bo prowadziliśmy rozmowy. Ale to prezes Rzepliński go odrzucił – mówił Jarosław Kaczyński.
Lider PiS zapowiedział rozwiązanie kryzysu. – Nie zgodzimy się na anarchię, nawet jeśli wprowadzają ją sądy. Załatwimy tę sprawę, pójdziemy własną drogą – stwierdził i zebrał największe oklaski w całym przemówieniu.
Pójście własną drogą oznacza odrzucenie konstytucji. Skoro prezes Kaczyński zarzuca Trybunałowi łamanie konstytucji, bo ten „stawia się ponad suwerenem” (prezes jest twórcą mody na słowa: imposybilizm, model polaryzacyjno-dyfuzyjny, wstawanie z klęczek, teraz – suweren ponad wszystko), to sam winien się tej konstytucji trzymać jak pijany płotu, ale nade wszystko przeczytać ją uważnie, zwłaszcza artykuł 188, który mówi, że Trybunał orzeka o „zgodności przepisów prawa, wydawanych przez centralne organy państwowe, z Konstytucją, ratyfikowanymi umowami międzynarodowymi i ustawami” (ustęp 3). Nigdzie nie jest w Konstytucji powiedziane, że ustawy, uchwalone przez wybrańców suwerena, są święte i nie wolno o nich orzekać, tylko wziąć uszy po sobie i posłuchać prawdziwego suwerena, wróć! – hegemona. Wart lektury jest też ustęp 1 artykułu 190: „Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego mają moc powszechnie obowiązującą i są ostateczne.”
Tako rzecze konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, przyjęta w referendum i od 1997 roku obowiązująca w naszej ojczyźnie.
Zgrywanie się przez najważniejszego chwilowo w Polsce polityka na obrońcę ustawy zasadniczej nie jest śmieszne, choć jest groteskowe: ta postawa świadczy o lekceważeniu konstytucji, wypinaniu się na opinię krajową i zagraniczną oraz o dążeniu do oszukania publiczności, by łatwiej zrealizować swojej mroczne cele. One mnie nie interesują, martwi mnie postawa wielu dawniej, zdawałoby się rozsądnych ludzi, którzy przyjęli świat wartości PiS, a więc i środków do ich realizacji, za własny, którzy zrezygnowali ze swej wolności na rzecz poddaństwa i dziś klepią wyuczone wierszyki bez sensu, bez dystansu do siebie i politycznego dysponenta, bez szans na szacunek w ich dawnych środowiskach.
No cóż, to jest ich świadomy wybór. Nie ma co litować się nad ludźmi, którzy z zapałem wzięli się do rujnowania tego, co sami budowali przez 26 lat. Rolą obywateli jest pamiętać o tym dziele niszczenia i nie ulegać mirażom, maskowanej obłudzie i atmosferze medialnej przemocy.
Obóz władzy nabroił, będzie kiedyś za to rozliczony. Jakkolwiek by chciał rzeczywistość i współobywateli oszukać – się nie wykręci. Zapamiętane będą czyny i rozmowy…
Piotr Rachtan


Nie wierzę, by Kaczyński był tak tępy, aby sądzić, że da się zmienić obowiązującą Konstytucję nie mając odpowiedniej, prawem przewidzianej większości. Co więc oznacza to ciągłe ględzenie o jej zmianie? Czy nie jest to kolejny temat mający wytłumaczyć niemożność spełnienia oczekiwań elektoratu? Wskazanie winnego (zła Konstytucja i niechętna zmianie opozycja)? To dość wygodne, bo elektorat PiS nie grzeszy nadmiarem bystrości i da sobie wmówić, że prezes już dawno by zmienił Konstytucję, tylko mu opozycja nie daje (choćby ta opozycja miała raptem jednego posła w sejmie).
Ten co ocalał nie jest tępy ale warto przypomnieć
Quote;
Dawno, dawno temu bracia Kaczyńscy zagrali w filmie. Potem długo nic. Działali w Solidarności, ale bez jakichś większych sukcesów. Jarosław próbował kariery naukowej. W PAN szło mu tak sobie, a na UW jeszcze mniej tak sobie, więc go wysłano do filii w Białymstoku, jako że filii we Władywostoku UW nie posiada. W 1980 roku był pierwszym sekretarzem, a ponieważ było to za czasów komuny, więc źle się kojarzyło i o tym woli nie wspominać.
http://stara.alternatywa.com/modules.php?name=News&file=article&sid=902
Prawie sto lat temu pewien klasyk stwierdził że system polityczny państwa powinien być tak prosty żeby kucharka mogła nim rządzić. Od tego czasu wiele „inteligentnych inaczej” kucharek, całkowicie pozbawionych kompetencji w roli przywódcy kraju, marzyło o takiej roli, a nawet niektóre podejmowały jakieś wysiłki w tym kierunku. Obecnie mamy w kraju właśnie dwie kucharki które mocno się zaangażowały. Kucharka numer jeden, otoczona gronem kolesiów i ochroniarzy, marzy o monarchii absolutnej rodem ze średniowiecza, ale udaje że chce zdobyć władzę legalnie, a ciemny lud w ilości ok. 40 procent elektoratu bezgranicznie jej w te kłamstwa o nowej Konstytucji wierzy. Pozatem kucharkę nr 1 charakteryzuje paniczna obawa, żeby nikt niepowołany nie poznał jej peselu, wiec nie ma ani prawa jazdy, ani konta w banku, a dowodu nikomu nie pokazuje, bo nie musi. Kucharka numer dwa, z zawodu klezmer, po zakończeniu kolejnego odwyku, doznała Objawienia iż potrafi sama napisać Konstytucję oraz stworzyć zupełnie nowe bezpartyjne państwo, oparte na JOW -ach i wprowadzaniu ustaw poprzez referenda, bez względu na ich frekwencję. Wygląda na to, że obie kucharki zabrały się już do wspólnej pracy kreatywnej i po dokooptowaniu jeszcze czterech kucharek w roli ekspertów, niedługo poznamy rezultat. Przy okazji dowiemy się, czy ludowe przysłowie o sześciu kucharkach, sprawdzi się w centrum Europy, w XXI wieku, między Bugiem a Odrą.
Wyrósł nam taki mały żoliborski hitlerek.
Oby nie było za późno, żeby go sprowadzić do parteru…
Smoleńsk, Smoleńsk, Smoleńsk… List emerytowanego pilota
http://wyborcza.pl/1,95891,7906622,Dlaczego_nikt_ich_nie_oduczyl_takiego_latania____list.html
I inaczej nie będzie..