2016-07-10.
Kilka dni temu CBA zatrzymało byłego szefa Narodowego Centrum Badań i Rozwoju z podejrzeniami o korupcję przy przyznawaniu grantów. Co ciekawe, Profesor ten był też ministrem w rządzie PiS+LPR+Samoobrony. Zatrzymanie odbyło się o 6 rano, a o 18-tej NIK podał wyniki kontroli dotyczącej komercjalizacji badań naukowych w Polsce.
Nie będę się wypowiadał na temat zatrzymania, bo nic nie wiem, natomiast o kontroli NIK może sobie każdy przeczytać:
NIK o komercjalizacji badań naukowych
Zakładane przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju nakłady na wsparcie komercjalizacji badań naukowych nie przyniosły oczekiwanych rezultatów w przyjętej perspektywie czasowej. Dofinansowane programy i przedsięwzięcia nie były finansowane w stabilny sposób, opóźniały się i były słabo nadzorowane.
i wyrobić zdanie osobiście.
Po przeczytaniu samemu można skonfrontować własną opinię z moją przedstawioną poniżej, albo wręcz przeciwnie, najpierw przeczytać to, co ja myślę, a potem sprawdzić w tekście źródłowym, czy nie ściemniałem.
W raporcie NIK czytamy:
„W latach 2011-2015 Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz narodowe Centrum Badań i Rozwoju zaangażowali blisko 3,4 mld zł na wsparcie komercjalizacji badań naukowych”.
3,4 mld na 5 lat to daje circa 700 mln złotych rocznie, czyli jakieś 170 mln Euro. Volkswagen wydaje 7 miliardów Euro rocznie na B+R, inne koncerny technologiczne też podobne sumy. A my chcemy wszystkie polskie technologie skomercjalizować za sumę kilkadziesiąt razy mniejszą. To jakieś kpiny z ludzkiej inteligencji.
Jeżeli więc NIK bierze się za kontrolę procesu komercjalizacji badań naukowych, to przede wszystkim powinien skomentować tę sumę 170 mln Euro, bo cała reszta wniosków wyciąganych przez NIK jest tylko powierzchniowo prawdziwa.
Jakie to są uwagi i wnioski NIK-u:
„W rankingach innowacyjności Polska zajmuje 24 miejsce na 27 krajów europejskich”.
Tu wyjątkowo nie będę polemizował!
„Dofinansowywane programy i przedsięwzięcia nie były finansowane w stabilny sposób, opóźniały się i były słabo nadzorowane”.
Z tym bym się nie zgodził. Czasem NCBiR opóźniał się z przekazywaniem pieniędzy, ale rzadko. Na tle innych agencji tego rodzaju, na przykład we Włoszech, czy Hiszpanii, NCBiR funkcjonował fantastycznie, oczywiście gospodarując pieniędzmi, które miał. A miał ich, niestety, dziesięć razy za mało.
„Główne bariery komercjalizacji to: a) niskie zainteresowanie przedsiębiorców innowacjami”, b) struktura gospodarki, w której 95% stanowią mikroprzedsiębiorstwa, c) słabe umiejętności współpracy sektora naukowego z biznesem.
Ad a) Przedsiębiorców mamy dwojakiego rodzaju: i) prywatnych, czyli takich, co zbudowali sami swoje firmy, ii) państwowych, czyli takich, których nominowała partia rządząca w danym momencie. Co do pierwszych, to patrząc na poczynania Zygmunta Solorza (Polsat), czy Kazimierza Olszewskiego (Solaris), zarzut NIK-u należy uznać za chybiony. Natomiast ci drudzy najczęściej nominację dostają nie dlatego, że mają wizję rozwoju nowoczesnej technologii w danej firmie, tylko zupełnie z innych przyczyn. Raport NIK-u o tym nic nie wspomina, a jest to sprawa kluczowa. Kluczowa, bo opowiadanie (ad b), że 95% polskiej gospodarki to mikroprzedsiębiorstwa jest zwyczajną demagogią. Ilościowo tak, ale mamy w Polsce ponad 100 firm, które mają sprzedaż powyżej miliarda złotych. Co do nieumiejętności współpracy sektora naukowego z biznesem (ad c), to jest taki sam zarzut, jak do Macieja Gajosa (piłkarz Jagiellonii Białystok), że jest gorszy od Christiano Ronaldo.
„NIK stwierdza nieprawidłowości, które wskazują na słabość nadzoru. Przygotowane przez Centrum plany ewaluacji strategicznych programów naukowych nie zawierały wszystkich elementów wnioskowanych przez Ministra”.
Zdanie to ilustruje doskonale jak to biurokraci uważają, że za pomocą najrozmaitszych wskaźników są w stanie doprowadzić do komercjalizacji jakiejś technologii. Następna opinia NIK-u świetnie ilustruje to podejście:
„NIK zwraca uwagę na brak zintegrowanej bazy danych, zawierającej kompletną informację na temat projektów badawczych i wdrożeniowych dofinansowywanych ze środków publicznych. Utworzenie takiej bazy danych umożliwiłoby identyfikację podobnych inicjatyw badawczych i wdrożeniowych oraz zmniejszyłoby ryzyko podwójnego finansowania badań”.
Dokładnie tak samo moglibyśmy zrobić bazę danych piłkarzy i wszystkich meczy w naszej ekstraklasie. Wtedy poziom naszej klubowej piłki nożnej osiągnie poziom ligi hiszpańskiej czy niemieckiej. Natomiast następny punkt jest zgodny z moją opinią:
„NIK wskazuje, że jeden ze słabych punktów komercjalizacji badań naukowych leży w słabości dokumentów strategicznych, które nie określają polskiej specjalizacji w poszczególnych dziedzinach nauki”.
Szkoda, że ten punkt nie został nieco dokładniej przeanalizowany, bo faktycznie, jako biedne niezbyt duże państwo, nie możemy inwestować we wszystkie dziedziny nauki i technologii, tylko w te najbardziej atrakcyjne. Kto ma określać, co jest atrakcyjne, a co nie? To jest kwestia niezwykle istotna, ale NIK od tak trudnych pytań ucieka jak najdalej.
Dokument kończy się tak:
„W celu zwiększenia skuteczności wsparcia komercjalizacji wyników badań naukowych NIK wnosi do:
Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego o wzmocnienie nadzoru nad NCBiR w zakresie realizowanych przez Centrum programów i przedsięwzięć w obszarze wsparcia komercjalizacji badań naukowych, oraz podjęcie działań w celu utworzenia bazy projektów badawczych,
Dyrektora NCBiR o realizowanie programów i przedsięwzięć zgodnie z obowiązującymi harmonogramami lub dokonywanie ich aktualizacji w związku ze zdiagnozowanymi potrzebami,
Rektorów szkół wyższych o zintensyfikowanie działań mających na celu tworzenie własności intelektualnej o wysokim potencjale komercjalizacyjnym i zapewnienie przestrzegania procedur wewnętrznych dotyczących zarządzania własnością intelektualną”.
Czytając dokument NIK-u mam ochotę zadać pytanie zasadnicze:
PO KIEGO GRZYBA NIK TAKĄ KONTROLĘ PRZEPROWADZA?
Sprawa komercjalizacji badań jest dla sprawą dla Polski jedną z najważniejszych, bo bez tego „wpadniemy w pułapkę średniego dochodu”, jak pisze NIK w swoim sprawozdaniu. Jest to jednak materia tak skomplikowana, że wymaga znacznie szerszej debaty, w której przedyskutowane byłyby następujące kwestie:
- Jak podnieść żenujący obecnie poziom nauczania matematyki i przedmiotów przyrodniczych od przedszkola do doktoratu?
- Jak podnieść żenujący obecnie poziom finansowania naszych badań naukowych?
- Jak stworzyć mechanizmy, które mogłyby spowodować koncentrację obecnie rozproszonych badań (grupki 3-5 osobowe powinny się połączyć w kilkudziesięcioosobowe z jednym liderem)?
- Jak odciążyć naukowców od zadań biurokratycznych zajmującymi obecnie kilkadziesiąt procent ich niezwykle cennego czasu?
- Jak spowodować, aby wybór na stanowiska decyzyjne w organach państwowych i w spółkach skarbu państwa odbywał się ze względu na kompetencje i wizję wprowadzania nowych technologii, a nie z zupełnie innych powodów?
- Jak uzupełnić brak w Polsce ludzi, którzy naprawdę wiedzą, w jakie dziedziny nauki warto inwestować, aby nasz przemysł stał się bardziej innowacyjny?
Kwestią jednak najważniejszą jest to, że zrobienie z Polski kraju bogatego dzięki nowym własnym technologiom nie jest zadaniem na rok, ani na cztery lata. Zadanie to wymaga porozumienia ponadpartyjnego, porozumienia z nauczycielami (kilkadziesiąt procent do zwolnienia), z naukowcami (kilkadziesiąt procent do zwolnienia), z przedsiębiorcami prywatnymi, a także z dziennikarzami, którzy ludziom powinni umieć wytłumaczyć dlaczego zamiast 1000+ inwestujemy w edukację i badania naukowe, zmieniając radykalnie dyskurs medialny prowadzony obecnie w Polsce.
Warto przy okazji przypomnieć, że dzięki funduszom europejskim w ostatnich latach wybudowaliśmy bardzo wiele wspaniałych laboratoriów za wiele miliardów Euro. Odnoszę wrażenie, że nikt w sferach rządowych i sferach akademickich tak naprawdę nie wie, jak sfinansować wykorzystanie tych laboratoriów. Bez natychmiastowego dwukrotnego podniesienia budżetu Polski na naukę wszystkie te laboratoria staną się pięknym przykładem wyrzucenia pieniędzy unijnych w błoto.
W latach 2008-2015 wzrost nakładów na B+R był dwukrotny: z ok. 8 mld do tych 16 mld (ok. 0,9% PKB). Dowcip jednak polega na tym, że wzrost ten w dużej mierze był sfinansowany przez UE, która nam zafundowała nowe laboratoria. Ilość pieniędzy przeznaczanej na pensje i zakup materiałów pozostała niemal niezmieniona. Poprzedni Rząd deklarował, że do 2020 zwiększy wydatki na B+R do 1,7% PKB, czyli prawie do 30 mld zł (do poziomu Volkswagena!). Wycofując się z tych zamierzeń skażemy nowe laboratoria na śmierć jeszcze przed uruchomieniem.
Hazelhard



W kraju, w którym na IPN Partia wydaje więcej, niż na PAN, żadnej nauki ani technologii być nie może.
.
IPN to jest zasób kadrowy nie dla laboratoriów naukowych, tylko obozów koncentracyjnych. W tym kierunku podążają myśli i zamiary Partii i Wodza. Polski rząd (oby rządził wiecznie, amen) do realizacji swoich planów potrzebuje fabryk kajdanek, a nie fabryk tranzystorów.
Zgadzając się z Autorem artykułu należałoby szerzej zastanowić się nad wyborem strategii wzrostu. Moim zdaniem przy obecnym stanie rzeczy – wielkość kraju, jakość edukacji na wszystkich szczeblach, umiejętność i skłonność współpracy między przedsiębiorstwami a środowiskami naukowymi właściwsza byłaby w większości obszarów strategia imitacji niż strategia innowacji. Strategią taka umożliwiałaby lepsze oraz szersze możliwości rozwoju przedsiębiorstw. Strategię innowacji należałoby ograniczyć do przypadków wyjątkowych, bądź bardzo starannie wyselekcjonowanych kilku obszarów.
@Slawek:
pozostając z szacunkiem, oraz mając doświadczenie jak to działa w praktyce, nie mogę się zgodzić z Pana wpisem. Co prawda doświadczenie zdobywałem w USA, ale w dziedzinie innowacji Polska może się uczyć od USA, a nie odwrotnie. Więc po pierwsze primo: innowacją może być wszystko. Innowacja może być wielka, a może być drobna. Nie ma tak drobnej innowacji, żeby nie warto było się po nią schylić. Każde ulepszenie, nawet drobne, to innowacja. Szybciej działający ekran, lepsze kolory, wygodniejsze przyciski, nowa architektura komputera, lepszy protokół transmisji, albo lepsze wykorzystanie powszechnie dostępnej informacji, to wszystko są innowacje. Wszystko, co jest choć trochę lepsze, tańsze, albo szybsze od tego, co robi konkurencja.
.
Ja się domyślam, ze NIK, rząd, etatowi naukowcy, i długoletni dyrektorzy (oraz Pan) zapewne myślą, ze innowacja to coś wielkiego. Komputer kwantowy. Latający talerz. Materiał do produkowania samolotów latających w brzozowym lesie. Związek chemiczny, po zażyciu którego islamista od razu zgoli brodę. Lekarstwo na brak miłości do prezesa. Nowa metoda ściągania podatku, która w pięć minut zamieni pięćset na tysiąc-pięćset.
.
Oczekując na takie wielkie innowacje, i posyłając siepaczy, żeby karali za ich brak, Polska stanie się skansenem naukowym, technologicznym, oraz intelektualnym. Jedyne, co klasa rządząca zdoła takimi metodami wyprodukować, to zakutopałowatosc.
Wyraz „innowacja” jest niebezpieczny. W Raporcie NIKu czytamy, że polskie firmy wydają 26 mld zł na innowacje, czyli znacznie więcej niż cała Polska na badania naukowo-technologiczne. Rozumiem, że bierze się to stąd, że jeżeli zmieni się kolor butelki z zielonej na czerwoną to już uznaje się za innowację. Jest taki stary kawał o rabinie, który dwóm kłócącym się powiedział: „Abram, masz rację. I ty, Icek, masz rację”. „Ale o niemożliwe!”- krzyknął Mosze. „I ty masz rację, Mośku”- skomentował rabin. Tak jest też z dyskusją Sławka z Wojtkiem. Polska nauka to taka Legia. Jeżeli chcielibyśmy z Niej zrobić klub na miarę FC Barcelona, to potrzeba byłoby setek małych innowacji, ale i różnych zmian zasadniczych.
Na szczęście się na tym nie znam, więc mogę się wypowiedzieć.
Wydaje mi się, że po trosze każdy z panów ma rację.
Hazelhard wspomniał o „Solarisie”, a ja znam zakłady biorące od niego produkty. Okazuje się, że innowacyjność bywa „zaraźliwa”, bo widząc co można poprawić w środkach transportu, warsztaty odbiorcy kombinują jak koń pod górę i dodają do autobusów swoje wynalazki. Czasem drobne, jak pisze @Narciarz2, ale w skali kilku lat znaczące do tego stopnia, że już firmy z Europy kupują licencje na te „drobiazgi”. Państwa w tym w ogóle nie ma. To dobrze czy źle? Obawiam się, że przy dzisiejszym traktowaniu wszystkiego państwo jedynie wydłużyłoby proces wdrażania.
To o czym pisze p. Sławek na razie u nas w ogóle nie zadziała, bo politycy w najlepszym wypadku mają wizję od wyborów do wyborów, a więc nikłe szanse by powstała strategia na lat kilkanaście/dziesiąt (a taka jest potrzebna w przypadku ukierunkowania kraju w jakimś strategicznym kierunku)
Z tego co wiem, niektóre uczelnie na własną rękę nawiązują kontakty z biznesem, co jednak jest obarczone dość dużym ryzykiem w przypadku podejrzeń o „czerpanie korzyści”, ponieważ nasza narodowa filozofia uznaje jakąkolwiek korzyść za dzieło szatana.
A innowacje, jak pisze @Narciarz, to może być dosłownie wszystko. Na swoim skromnym poletku od mniej więcej września będę próbował czegoś takiego w dziedzinie edukacji. Czy będzie z tego „zysk” wymierzalny w jakimś urzędowo ujętym przedziale czasu? Nie mam pojęcia, ale próbował będę.
Nawiasem mówiąc, w naszym Pomorskim Parku Naukowo Technologicznym jest coś takiego, jak Centrum Innowacji Społecznych, z którym wejdę w komitywę by zrealizować swoje pomysły.
W każdym razie innowacyjność trzeba zacząć od samego siebie, tzn. chcieć, zamiast tradycyjnego „o, panie… za granicom to.. a u nas … łe….”
Być może wtedy i państwo wtedy zacznie inaczej wyglądać, bo tak rozumujący wyborcy je do tego zmuszą.
Solaris duże dofinansowanie dostał od NCBiR na hybrydowe autobusy, a może i na całkiem elektryczne też.
Niestety także się na tym nie znam więc także się mogę wypowiedzieć. Rozumiałbym, że skonsolidowana baza danych przydałaby się przede wszystkim recenzentom, którzy nie mogą się połapać w zalewie innowacyjnych pomysłów (rzuciłem przy okazji okiem na możliwości bazy grantów NSFu, są istotnie większe niż naszych agencji rządowych). Istotnie istnieje znaczące prawdopodobieństwo, że różni ludzie mogą wpaść na podobny pomysł, oczywiście innowacyjny, w podobnym czasie, przy czym, o zgrozo, może to także dotyczyć różnych krajów. Nie jestem więc pewien, czy baza danych sprawę rozwiąże. Ja bym jednak zaproponował aby w takiej naszej, już doskonałej, bazie umieszczać także recenzje wstępne oraz streszczenia sprawozdań. Pomysł prowadzenia jednej bazy dla agencji proponujących publiczne pieniądze, może się natomiast brać stąd, że pewnie trudno się połapać, gdzie by się załapać.
Nie znając się zawędrowałem kiedyś na sympozjum jednego z KICów zorganizowane w Polsce (Knowledge and Innovation Community), interesowało mnie wtedy kilka rzeczy, w tym darmowy bankiet, niepamiętam już czy mieliśmy tam różnokolorowe napitki (co oczywiście w tak szacownym miejscu brałoby się z różnej wielkości w nich nanocząstek), kiedy jednak przypadkowo rozmawiałem z jednym z organizatorów w języku przepraszam za wyrażenie obcym, pamiętam powiedział mi, że jest fajnie ale cienko z pomysłami. Do tego wydawało mi się, że przyjechał aby pomagać więc sytuacja stała się odrobinę niezręczna. Brało się to jednak pewnie stąd, że po prostu nie znaliśmy się na rzeczy. A propos notatki o raporcie, w sumie taki druzgocący nie jest, interesowałoby mnie jednak, czy NIK zapotrzebował Dyrektora NCBiR jeszcze w piżamie, czy już w podkoszulku, no i czy przez dziurę w ścianie.
Właściwie do dobrego tonu należy tutaj wzmiankować, że się na tym nie znam.
@ NARCIARZ2 ma pan rację, jeżeli termin „innowacja” potraktujemy jako każdą nowość; również racja, że Polska może się uczyć od Amerykanów innowacyjności. Równie innowacyjni, choć w innej strukturze społecznej są Niemcy i Holendrzy czy Skandynawowie. Mam wrażenie, iż w artykule Hazelharda chodziło o coś innego – o te wielkie innowacje właśnie, na które koncerny światowe wydają miliardy EURO lub USD a które to innowacje stanowią istotny czynnik przewagi konkurencyjnej dla danego promotora prac B+R. Moje prywatne rozróżnienie, prawda że rodem z komunizmu, jest następujące. Duża lub istotna zmiana, nowość to innowacja. Zmiana niewielka, której poziom istotności może być różny, ale raczej niewielki to racjonalizacja. Ważne są obydwie kategorie zmian, ale te drugie nie wiążą się z miliardowymi nakładami. Przykład polski sprzed 1939 r. : Polacy kupili od Szwedów licencję na działko przeciwlotnicze na początku lat 30-tych. Po kilku latach Polacy sprzedali Szwedom licencję na to samo działko tylko udoskonalone. Inna przestrzeń: opowiadał mi inżynier z Ericssona, że kiedy dali fabrykom chińskim jeden z najlepszych aparatów telefonii komórkowej sprzed ery Smartfonów, z prośbą o wycenę kosztów produkcji, oraz informację o czasie potrzebnym do oprzyrządowania produkcji. Chińczycy po trzech tygodniach dostarczyli prototyp tego modelu wyprodukowany przez nich. Jakie było zdziwienie działów konstrukcyjnych w Sony i Ericssonie (telefon był wspólny), gdzie okazało się po miesiącu badań, że prototyp chiński był znacznie udoskonalony technicznie w stosunku do pierwowzoru.
*
@J.Luk
Strategia imitacji nie jest czymś gorszym niż strategia innowacji. Jest przede wszystkim łatwiejsza bo tańsza i bardziej dostępna dla nas. Takie strategie stosowały i stosują kraje dalekiej Azji w nadrabianiu zapóźnienia cywilizacyjnego w relacji do Zachodu. M.in. Japonia, Korea Płd., Tajwan, Singapur, Hongkong, Tajlandia, Malezja, a ostanie 2o lat Chiny Ludowe czy Indie.
Strategia imitacji nie wyklucza racjonalizacji idei, technologii, procesów, czy produktów. Przeciwnie zakłada innowacje.
Ma pan naturalnie rację w odniesieniu do polityków – Gowin i Morawiecki z pewnością niewiele przedsiębiorstwom (innowacjom) pomogą a jest prawdopodobne, że bardzo zaszkodzą. Kiedy słyszę ich pomysły, mam nadzieje, że ich nie zrealizują bo od tego gospodarka może bardzo ucierpieć.
rozumiem, że zapanował consensus, strategię opieralibyśmy na mocnych stronach, raczej własnych niż konkurentów. Z tym, że podobno kiedy Harvard zaczął oferować kursy online, i na jeden z pierwszych zapisało się więcej kandydatów niż było ich w dotychczasowej historii tego kursu, najlepsze noty na koniec otrzymał student z Mongolii. Także podlewałbym innowacyjność, że tak się wyrażę no matter what, może coś wyrośnie.
Maciej Gajos od prawie roku jest piłkarzem Lecha Poznań! 😉
Sławek słusznie zwraca uwagę że każde ulepszenie jest godne uwagi. Jednakże tematem są wydatki państwa na badania i naukę. Jeśli państwo ma coś sponsorować to nie badanie nowego sposobu gotowania bobu, ale jakiś konkretny kierunek. Opracowywanie produkcji grafenu na przykład. Podczas takich badań można dokonać setek odkryć, drobnych ulepszeń, które mogłyby być wykorzystane w zupełnie innych dziedzinach.
Wszystkich dyskutantów, którzy się na tym nie znają, namawiam do postudiowania tematu SBIR. Wystarczy wstukać to słowo w wyszukiwarkę, a potem postarać się zrozumieć, w jaki sposób rzad USA tym programem wspiera drobne firmy. (Uwaga: drobna w rozumieniu rządu USA ma nie więcej niż 500 pracowników.) SBIR to nie jest jedyny program wspierania innowacyjności, bo są jeszcze laboratoria narodowe i uniwersytety, które nie są objęte SBIRem. Ale przestudiowanie SBIRu pozwoli zrozumieć ogólne zasady. Zwracam tez uwagę, ze oprócz programów rządowych jest jeszcze sektor prywatny, o którym tez warto by coś wiedzieć.
.
Przykro mi to napisać, ale powyższa dyskusja pomiędzy osobami nie znającymi się na rzeczy wygląda kuriozalnie. „Jeśli państwo ma coś sponsorować to… Opracowywanie produkcji grafenu na przykład.” To samo państwo, dla którego najważniejszym priorytetem jest produkcja łgarstwa na każdy możliwy temat, byle dokopać przeciwnikom i odmóżdżyć wyborce. A tutaj to samo państwo ma sponsorować grafen? A na czele tego lukratywnego przedsięwzięcia będzie stal kolejny PiSowski niedouk, któremu prezes da zarobić dla wzmocnienia jego lojalności? Przecież każde przedsięwzięcie „tego państwa”, czyli prezesa, służy tylko obsadzeniu kolejnego urzędu jakimś swoim przydupasem.
.
To państwo obsuwa się w odmęty satrapii, paranoi, i dyktatury. Nie czas na dobre pomysły jak wspomagać innowacje. Potrzeba pomysłów, w jaki sposób odsunąć psychopatów od władzy. Juz niedługo będą potrzebne innowacyjne metody składania zeznań na przesłuchaniach w neo-ubecji. To jest główna innowacja, która będzie potrzebna. O innych można będzie mówić po odsunięciu paranoików od władzy.
Trudno polemizować z twierdzeniem, że lepiej nic nie robić bo i tak PiS wszystko przejmie i rozpieprzy. Mówimy o sponsorowaniu badań naukowych i najlepszym ulokowaniu środków w tym celu. Sens ma to wtedy gdy się wybrane już wyspecjalizowane instytucje, ośrodki badawcze sponsoruje (wszystko możliwe, ale póki co trudno mi sobie wyobrazić by PiS miał swojego mianowanego przez JK rektora politechniki np.) wyznaczając konkretne kierunki badań. Inaczej właśnie innowacjami zacznie zajmować się rektor Rydzyk itp. I każdemu będzie się grant należał.
@ Narciarz2,
Wojtku, masz rację, ale… Zawsze jest jakieś „ale”. Pamiętasz fantastyczny serial „Najdłuższa wojna współczesnej Europy” autorstwa Stefana Bratkowskiego? Pamiętasz paranoiczny PRL? W ekstremalnie niesprzyjających warunkach Ludzie ocalili wiele istotnych memów, i stworzyli nowe. Teraz też chodzi o to, abyśmy nie popadli w depresję i zniechęcenie (taka atmosfera, niestety, panuje), tylko za Mlynarskim powtarzali „Róbmy swoje”.
Przykład amerykańskiego programu SBIR (Small Business Innovation Research program) wydaje się o tyle zasadny, że powstał w celu pomocy w komercjalizacji w prywatnym sektorze małych firm innowacji wynikających z programów R&D finansowanych przez państwo.
Warto jednak zastanowić się nad liczbami: na budżet SBIR składają się duże federalne agencje przeznaczając 3% budżetu finansującego badania (zwraca uwagę duży udział Departamentu Obrony (DOD): 44% i Departamentu Zdrowia (HHS): 33%, DOE 8% , NSF 6%, NASA 5% ). Jednak budżet SBIR, dane z 2013 roku, jakkolwiek w wysokości ok. 1,8 mld USD stanowił jedynie ok. 0.4% amerykańskiego budżetu R&D.
do szczegółów nt. takich amerykańskich programów pomostowych można odesłać do raportu NSB, poniżej str. 4.97-4.101, który cytowałem przy okazji poprzedniej notatki Hazelharda
http://www.nsf.gov/statistics/2016/nsb20161/#/