Andrzej C. Leszczyński: Prasówka

gazety2016-09-13.

Oto kilka słów o tekstach, które niedawno przeczytałem. Może zachęcą do własnej, pełnej lektury? Ukazały się w czasopismach dość niszowych, niewykluczone, że nie wszędzie dostępnych.

„Akcent”, nr 3 (145), 2016 r.

W lubelskim kwartalniku rozmowa Łukasza Janickiego z prof. Jerzym Bralczykiem zatytułowana „Bez stwierdzeń niepodważalnych”. Sporo w niej rozważań na temat determinizmu językowego, w tym wpływu języka na postawy społeczne. Jerzy Bralczyk wiąże na przykład teorie natywistyczne Noama Chomskiego z jego lewicową żarliwością. Od siebie dodaje, że jest po stronie amerykańskiego lingwisty: „Chciałbym, żeby Chomsky miał rację […] z tej przyczyny, iż jego ogląd świata jest mi bliski”.

Zdaniem Bralczyka dominują dziś w Polsce cztery wzorce językowe: [1] romantyczno-kościelny, podniosły, operujący takimi wyrażeniami, jak „naród”, „hańba”,, „zdrada”, „chwała”, „żołnierze wyklęci” – język kapłanów, ale też kiboli; [2] europejski – nie pozbawiony pychy, wyrażający poprawność polityczną i idee oświeceniowe, oparty na pełnej anglicyzmów terminologii z zakresu projektowania i zarządzania; [3] populistyczno-tabloidalny język ulicy – życzeniowy, obsceniczny, epatujący sensacyjnością. Posługiwał się nim Jerzy Urban, widoczny był w Samoobronie, później u Janusza Palikota, dziś używa go Paweł Kukiz; [4] język sukcesu, reklamy, PR-u – jest narzędziem korporacji. Widać z powyższego, że wszystko rozgrywa się między Kościołem, urzędem, ulicą i firmą. Czyli – zauważa Łukasz Janicki – prawie między panem, wójtem a plebanem? Jerzy Bralczyk: „Po części tak, przy czym wójt mówi w tej chwili językiem plebana i jest panem. […] do tego doprowadziła hegemonia Prawa i Sprawiedliwości. Mamy już nie tylko unię ołtarza i tronu, ale chce się dołożyć do tego także sąd”.

W tym samym „Akcencie” szkic Sergiusza Sterna-Wachowiaka o poezji Wacława Oszajcy. Jego tytuł – „Między śmiercią małej Ali a tańcem Zorby” – nawiązuje do dwóch wierszy jezuity, odmiennych od siebie tak, jak odmienne są bezradna rozpacz i beztroski śmiech. Sterna-Wachowiak widzi w tej poezji trwałe, co nie znaczy że łatwe i oczywiste, przeświadczenie o sensie ukrytym w rzeczywistości, o świecie, który oczekuje na apokalipsę by dostąpić stanu apokatastazy, ostatecznego odnowienia. Myślę, że najlepiej samemu czytać te wiersze, znajdować w nich własne wyobrażenia i emocje.

„Didaskalia”, nr 133-134 (czerwiec-sierpień), 2016 r.

Prof. Krystyna Duniec z Instytutu Sztuki PAN w artykule pt. „Książę niezłomny, czyli Polak-katolik” pisze o teatrze Juliusza Osterwy i jego międzywojennych inscenizacjach „Księcia Niezłomnego” Calderona/Słowackiego. Szukając tła społecznego zwraca uwagę na rozdarcie religijne, światopoglądowe i etniczne państwa, które szybko i dość ostentacyjnie związało się z największym spośród wielu istniejących w nim Kościołów (katolicyzm, pisał Roman Dmowski, to nie dodatek, ale istota polskości). Polacy stanowili niespełna dwie trzecie ówczesnej ludności, zaś linie podziałów przebiegały nawet przez rodziny (głośnym przykładem są bracia Szeptyccy – jeden metropolita grekokatolicki, drugi polski generał). Autorka, wspominając o kolonizacyjnych praktykach Kościoła, przywołuje fragment „Dzienników” Marii Dąbrowskiej: „[…] na Wołyniu ma być zastosowana do Ukraińców polityka pruska, policyjno-eksterminacyjna, taka jaka była w Poznańskiem za czasów niewoli. Bóg ciężko Polskę za to ukarze! […] Biedny Wołyń. Zostaną za nim tylko Hrynki (o których już głośno w Europie) i wojsko w roli polskich Krzyżaków, nawracających postrachem i przekupstwem z prawosławia na katolicyzm. Moralnie – ohyda; politycznie – kliniczna głupota, obłęd, za który Polska ciężko płacić będzie”. (Hrynki, o których pisze Dąbrowska, to wołyńska wieś, w której w 1937 roku z pomocą wojska rozpoczęto nawracanie z prawosławia na katolicyzm).

Kultura teatralna dwudziestolecia przesycona była mesjańską tradycją romantyczną, która upatrywała w Polsce zbawcę wszystkich ciemiężonych narodów. Janusz Jędrzejewicz (poseł, senator, minister wyznań i oświecenia publicznego) pisał o duchach Mickiewicza i Słowackiego, które „[…] rzucają na ekran dziejów nową koncepcję dziejów Polski i na przyszłość wyznaczają Polsce rolę wybranego narodu”. Częste są wielkie widowiska funeralne (m.in. sprowadzenie i pogrzeb na Wawelu prochów Juliusza Słowackiego, pogrzeby na skałce Jacka Malczewskiego i Karola Szymanowskiego, pogrzeb na Wawelu Józefa Piłsudskiego, sprowadzenie relikwii Andrzeja Boboli). Kiedy nie było pogrzebów – budowano pomniki (m.in. Mickiewicza w Wilnie i Chopina w Warszawie).

Inscenizacje „Księcia Niezłomnego” – a przygotował ich Osterwa wiele, poczynając od Teatru Polskiego Arnolda Szyfmana (1918) do wielkiego widowiska na Wawelu podczas Kongresu Eucharystycznego (1934); zamierzona na 1938 rok nie odbyła się – mieściły się bez reszty w takim właśnie, narodowym i mesjanistycznym paradygmacie. Krystyna Duniec pisze, że Książę Niezłomny, Ferdynand, to w inscenizacjach Osterwy Chrystusowy rycerz zapowiadający swe zmartwychwstanie, reprezentant wybranego narodu obdarzony misją wybawicielską.

„Znak”, nr 9 (736), 2016 r.

Głównym tematem numeru jest piękno. Piszą o nim m.in. Zygmunt Bauman i Anna Arno, w rozmowach wypowiadają się Anda Rotteenberg oraz Semir Zeki (który wspomina o pięknie struktur matematycznych i o matematykach, którzy mają w sobie coś z artystów).

Chcę odnieść się do innego tekstu, do rozmowy Urszuli Pieczek z prof. Grzegorzem Motyką z Instytutu Studiów Politycznych PAN, zatytułowanej „Wołyń 1943: rzekoma symetria win”. Prof. Motyka mówi o zbrodni wołyńsko-galicyjskiej – dla Polaków jednym z najbardziej krwawych doświadczeń ostatniej wojny – jako realizacji planu antypolskich czystek powstałego jeszcze w latach 30. (jednym z jego autorów był Stepan Bandera).

Dominująca dziś tzw. narracja ukraińska neguje zorganizowany charakter zbrodni, odpowiedzialność za nią sprowadzając nawet nie do całych formacji OUN i UPA, lecz do niektórych ich przedstawicieli. Mówi nie o zbrodni (tym bardziej nie o ludobójstwie), lecz o walkach między UPA i AK, w trakcie których obie strony dopuszczały się podobnych zbrodni wojennych. Walki te były tragedią, którą trzeba sobie wybaczyć.

Grzegorz Motyka odrzuca taką symetrię. Przyznaje, że II Rzeczpospolita dyskryminowała Ukraińców, którzy byli obywatelami drugiej kategorii, że takie zjawiska, jak zniszczenie ponad stu cerkwi na Lubelszczyźnie (1938) były hańbą. To jednak nie usprawiedliwia antypolskiej akcji UPA zakładającej wypędzenie bądź wymordowanie ponad 1,5 miliona Polaków (zamordowano  100 tys., wypędzono 300-400, pozostałe 800 tysięcy wysiedlili komuniści). Podobnie zresztą  – wołyńska hekatomba nie usprawiedliwia zbiorowej odpowiedzialności, jaką była powojenna akcji „Wisła”.

Zdaniem autora pozytywnym aktem był list biskupów rzymskokatolickich i grekokatolickich (2013), szanujący wrażliwość obu stron, lecz nie budujący fałszywej symetrii win. Dokument ten został przemilczany zarówno przez nacjonalistów polskich, jak i ukraińskich.

„Odra”, nr 9, 2016 r.

Miesięcznik otwiera rozmowa z prof. Andrzejem Wiszniewskim (był ministrem nauki w rządzie Jerzego Buzka). Jej tytuł – „Ludzie pragną wolności, dopóki nie zdobędą władzy” – odnosi się do uwag dotyczących narkotycznej mocy władzy, której ulegają także ludzie walczący o demokrację. Formą monopolizacji władzy był już Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie (późniejszy sejmowy Klub Obywatelski „Solidarności”). „To była idea Bronisława Geremka. […] Jest przedstawiany jako wielki demokrata – był nim tak długo, dopóki nie miał władzy. Kiedy ją osiągnął, skończyła się demokracja”.

Nawiązując do deklaracji Beaty Szydło mówiącej: „damy radę”, prof. Wiszniewski przyznaje że, istotnie, dali radę skłócić społeczeństwo, spowodować utratę przez Polskę dobrego imienia, obsadzić swoimi ludźmi wszystkiego co możliwe, obrazić przedstawicieli UE, zafałszować polską historię. Autor swój opór wobec PiS-u uzasadnia racjami bardziej estetycznymi, niż politycznymi („Ta partia zupełnie nie ma klasy”). Do jej zwycięstwa, dodaje, przyczyniło się sympatyzujących z nią dwadzieścia tysięcy kapłanów. „To księża najsilniej oddziaływali na ludzi, zwłaszcza na mieszkańców polskiej ściany wschodniej. Tam, co powie ksiądz podczas kazania, jest święte, to słowa pochodzące wprost z nieba”.

Kaczyński jest chory na władzę („Trudno się temu dziwić: nie ma żony, dzieci, rodziny, samochodu, nie jeździ za granicę…). Człowiekiem, który mógłby coś w Polsce zmienić, jest Andrzej Duda, niestety, pozbawiony charakteru. Mimo wszystko, sądzi Wiszniewski, rządy PiS-u skończą się po jednej kadencji.

Daje do myślenia niedługi tekst Hermanna Langbeina zatytułowany „Ostrzeżenie przed politycznymi uwodzicielami” (jest to fragment przygotowywanej do polskiego wydania książki pt. „Menschen in Auschwitz”). Autor – były więzień Oświęcimia – pokazuje, jak mało było trzeba, by stać się oprawcą, narzędziem totalitarnej władzy („odrobina oportunizmu i radość z pięknego munduru wystarczały, żeby człowiek wkroczył na drogę, z której odwrót stawał się z każdym krokiem trudniejszy […]”). Zaczyna się od oddania się partii, identyfikowania się z nią, pogardzania instytucjami demokratycznymi i proklamowania nieomylności Fűhrera. „Dopiero wtedy z rozkazu nieomylnego wodza czy wszystkowiedzącej partii udało się zabić wszelkie odruchy naturalnego poczucia winy i odpowiedzialności”. (Coś bardzo podobnego mówił w Auschwitz-Birkenau Benedykt XVI w maju 2006 roku – że jest synem narodu, nad którym, mamiąc go obietnicami i zastraszając terrorem, grupa zbrodniarzy zdobyła władzę „by posłużyć się narodem jako narzędziem swej żądzy zniszczenia i panowania”. A Lew Tołstoj porównywał wielkiego wodza do barana z dzwonkiem na szyi, za którym podąża stado).

I jeszcze obszerny szkic Urszuli Kozioł pt. „Europa to ja”. Tekst bardzo osobisty, podszyty rozpaczą związaną z wymykaniem się, oddalaniem, znikaniem kultury, w której wzrastało się, którą się oddychało, nasączało. Nic tu do streszczenia bądź zacytowania, trzeba przeczytać. A został napisany, niesamowite, już dwa lata temu. W zamian przytoczę coś sprzed roku, fragment wzięty ze stałego kącika poetki „W poczekalni” („Odra”, nr 7-8, 2015). Urszula Kozioł uprzedzała tam, co zrobi  w razie wygranej PiS w jesiennych wyborach: „[…] wyjdę na centralny deptak miasta i – choć nie fałszuję patriotycznych pieśni tak wzruszająco jak ichni Prezes, zaintonuję: »Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie«, i będę tak śpiewać do skutku, choćbym miała śpiewać solo, ale tuszę, że zgromadzi się wokół nieprzebrany tłum chórzystów. Więcej! Zażądam od PiS-u natychmiastowego przemianowania ulicy Wiejskiej na ulicę Tuska, ale i na tym nie skończę, ponieważ Tuskowi należy się pomnik ustawiony na placu Zamkowym, nawet kosztem kolumny Zygmunta! A kiedy Pan powoła Tuska do grona aniołów, wymuszę na narodzie, by referendum żądało dla niego pochówku na Wawelu. Jak rewanż, to rewanż”.

„Czas Kultury”, nr 2 (189), 2016 r.

Niemal cały numer (ok. 200 stron) wydawanego w Poznaniu pisma poświęcony jest teoriom spiskowym. We mnie wzbudza mieszane uczucia. Fascynujące są same tematy poszczególnych materiałów – wyrażone, niestety, w języku bardzo naukowym. Pomyślałem od razu o Arystotelesie, który we wstępie do „Etyki nikomachejskiej” pisał, że nie we wszystkich wywodach należy szukać tego samego stopnia ścisłości”. Niby znam znaczenie większości użytych terminów, a jednak męczy mnie ta lektura, wolałbym formę choćby zbliżoną do eseju. Taką, w której mniej byłoby rzeczowości i przypisów, a więcej gramatyki pierwszoosobowej. Ale to może tylko moje kaprysy…

Andrzej C. Leszczyński

 

 

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Obirek 2016-09-13
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com