16.05.2026
Dzieje się… W Polsce odpowiednie ministerstwo rusza z akcją przyznawania polskiego obywatelstwa obcokrajowcom, ludziom którzy chcą otrzymać polskie obywatelstwo. Określone zostały twarde warunki: odpowiednio długi (osiem lat) czas pobytu w Polsce, praca i płacenie tu podatków, podpisanie odpowiednich dokumentów, zdanie egzaminu z wiedzy o Polsce, jej historii, kulturze…
To są standardowe procedury, mnie chodzi o klimat, o język którym posługują się polskie urzędy, język wielkich słów a nawet patosu…
Mamy w Polsce kilka milionów obcokrajowców, w tym ponad milion Ukraińców którzy mieszkają, pracują, płacą podatki, żyją wśród nas. Z tych kilku milionów Ukraińców, którzy uciekli z kraju gdy Putin napadł na ich kraj, większość albo wyjechała do Niemiec albo wróciła na Ukrainę. Zostali ci co znaleźli tutaj pracę – patrz lekarze i personel medyczny ale również podjęli inne prace, do których Polacy nie specjalnie się garneli. Z danych budżetowych jasno wynika, że wkład tych ludzi do polskiego budżetu jest dodatni – oni więcej wnoszą do naszego budżetu niż z niego otrzymują. Tu rachunek jest prosty – nam to się po prostu opłaca!
Teraz, po kilku latach, gdy sytuacja wielu tych ludzi została już wyraźnie określona, polskie państwo zaczyna procedury, w wyniku których wielu starych i schorowanych ludzi zostaje pozbawionych opieki lekarskiej a nawet przerywane zostają im procedury ratujące życie.
W Polsce nie ma prawa do eutanazji, sam się o tym przekonałem, ale chyba zaczyna obowiązywać prawo eksterminacji starych, chorych i bezbronnych – mówią o tym tacy wspaniali ludzie jak ta znana zakonnica prowadząca dom dla bezdomnych i chorych, czy inni przedstawiciele organizacji pomocowych.
No to jak to jest – czy bycie Polakiem to zaszczyt, czy wstyd jaki ogarnia wielu, w tym mnie, gdy słyszy co państwo zamierza wobec tych ludzi, którzy uciekli przed wojną i spotkali się z tak wielką pomocą i sympatią kilka lat temu, a teraz traktuje się ich jak rzeczy a nie ludzi.
Dodatkowego smaczku nabiera sprawa odbierania prawa wykonywania zawodu ukraińskim lekarzom, którzy dostali takie prawo i pracują w polskich placówkach opieki zdrowotnej, a teraz cofa się im to prawo w sytuacji, gdy nadal mamy duży deficyt lekarzy w przeliczeniu na ilość mieszkańców. A to, że dzieje się tak z powodu starań polskich lekarzy, którzy chcą zmniejszyć ilość lekarzy aby zwiększyć swoje szanse na podwyższenie i tak już wysokich zarobków przekracza już wszystkie granice świństwa i obrzydliwości – to kropla, która przepełnia czarę goryczy.
No to jak – czy bycie Polakiem to naprawdę taki zaszczyt, czy może wprost przeciwnie ?
W pełni rozumiem potrzebę regulacji prawnych dotyczących prawa bycia obywatelem polskiego państwa, a nawet potrzebę budowania polskiej świadomości i przynależności – ale czy to musi odbywać się w atmosferze, której nie powstydziłby się polski faszysta z jakiejś tam Konfederacji?
Procedury nie mają twarzy, nie mają sumienia, ale czy ludzie je stosujący też ich nie mają?
Czy można nazwać państwo wprowadzające w praktyce zasady eksterminacji państwem demokratycznym i nowoczesnym?
Czy można, odcinając państwową pomoc dla najsłabszych liczyć na spontaniczne akcje i zbiórki, które tak dobrze wychodzą Polakom – przypomnę te wielomilionowe kwoty nazbierane na chore dzieci w kilka dni i jednoczesne systemowe ograniczanie państwowej pomocy dla tych samych grup ludzi.
Jeżeli tak jest, a jest, to wniosek nasuwa się sam – to nie jest państwo rozumiane jako wynik społecznej umowy realizującej wartości leżące u podstaw, a firma działająca na zmiennym rynku, na którym obowiązuje prawo podaży i popytu.
No to jakie jest polskie państwo ?
Kim my jesteśmy jako jego obywatele i jako po prostu ludzie ?

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Felieton Pana Szczypińskiego ma w sobie coś bardzo polskiego: mieszaninę moralnego niepokoju, rozczarowania państwem i tego charakterystycznego tonu człowieka, który jeszcze wierzy, że instytucje powinny mieć serce, choć od dawna wyglądają raczej jak infolinia banku połączona z automatem do wydawania numerków. I trudno mu odmówić racji w wielu punktach. Zwłaszcza tam, gdzie przypomina, że za statystykami migracji stoją konkretni ludzie — lekarze, opiekunki, pracownicy budów, kierowcy, kobiety sprzątające biura o piątej rano i mężczyźni rozwożący jedzenie podczas listopadowej ulewy. Państwo bardzo lubi mówić o nich słowem „zasób”. Człowiek jako „zasób” brzmi mniej więcej tak romantycznie jak „jednostka magazynowa”.
Ale jednocześnie warto uważać z tą retoryką o „faszyzmie”, „eksterminacji” i moralnym upadku państwa, bo wtedy rozmowa zaczyna przypominać polski internet po trzech kawach i dwóch podcastach politycznych. Państwo naprawdę ma prawo regulować obywatelstwo, kontrolować system świadczeń i sprawdzać, kto, na jakich zasadach i jak długo korzysta z publicznych usług. Inaczej bardzo szybko obudzilibyśmy się w kraju, w którym jedyną polityką migracyjną byłoby hasło: „jakoś to będzie”, czyli od wieków najdroższy program administracyjny Europy Środkowej.
Problem nie polega więc na samych procedurach. Problem polega na tym, że polskie państwo od lat cierpi na klasyczną chorobę urzędniczej cywilizacji: potrafi znakomicie produkować formularze, ale fatalnie komunikuje sens własnych działań. Wszystko brzmi albo jak wojskowy rozkaz, albo jak przemówienie wygłoszone przez androida z ZUS-u. W efekcie nawet racjonalna regulacja zaczyna wyglądać jak akcja deportacyjna z filmu Kena Loacha.
Pan Szczypiński trafnie punktuje jeszcze jedną rzecz: Polska bardzo lubi pomagać emocjonalnie, ale znacznie gorzej wychodzi jej pomaganie systemowe. Kiedy trzeba zebrać milion na chore dziecko — naród rusza jak husaria. Kiedy trzeba stworzyć sprawny model opieki długoterminowej albo sensowną politykę integracyjną — wszyscy nagle zaczynają patrzeć w sufit i udawać, że „to skomplikowane”. Bo jest. Państwo opiekuńcze nie daje tyle dopaminy co zbiórka na Facebooku i zdjęcie z serduszkiem.
Jest też w tym tekście ciekawy paradoks. Autor pyta: „czy bycie Polakiem to zaszczyt czy wstyd?”. Tymczasem odpowiedź jest dużo mniej efektowna i przez to bardziej prawdziwa. Bycie Polakiem to najczęściej po prostu życie w kraju, który ciągle próbuje jednocześnie być nowoczesnym państwem europejskim i emocjonalnym folwarkiem zarządzanym przez panikę, sondaże oraz sezonowe histerie medialne.
Raz jesteśmy narodem świętej solidarności. Innym razem narodem podejrzliwych księgowych liczących, kto ile dostał z NFZ. Rano wzruszamy się losem uchodźców, wieczorem pytamy w komentarzach, czy „przypadkiem nie żyją za nasze”. Polska debata publiczna przypomina momentami rodzinę przy wigilijnym stole: wszyscy deklarują wartości chrześcijańskie, po czym zaczynają się kłócić o karpia i mieszkanie po babci.
Najuczciwszy fragment tego felietonu brzmi chyba nie tam, gdzie padają wielkie oskarżenia, lecz tam, gdzie pojawia się zwykła ludzka niepewność. „Kim my jesteśmy jako ludzie?” — pyta autor. No właśnie. I to jest pytanie dużo ciekawsze niż wszystkie internetowe wojny o obywatelstwo.
Bo państwo zawsze będzie miało procedury. Taka jego nudna, biurokratyczna natura. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy obywatele zaczynają mylić procedury z sumieniem albo oczekiwać, że urzędnik zastąpi społeczeństwu moralny kręgosłup. A urzędnik, umówmy się, zwykle ma energię człowieka, który od dziewięciu lat walczy z drukarką marki Brother i już dawno utracił metafizyczny kontakt z człowieczeństwem.
Mam wrażenie, że stosunek Polaków do wszelkich problemów, niestety także do tych, o których Pan pisze ma podłoże czysto polityczne. Politycy nie mają za grosz empatii ani szerzej – nie „bawią się” etyką, a robią to co im przyniesie zysk w najbliższych wyborach.
Stosunek do Ukraińców (choć nie tylko) pokazuje to doskonale. Kto dziś pamięta nasze ciężkie czasu za komuny, gdy za granicą pomagano naszym emigrantom? No tak, ale „nam się należało” za ’39 (autentyczna wypowiedź jednego z polityków, nie pamiętam już którego.
Dziś władza odbierze ostatni kawałek chleba z miski człowiekowi, którego nie lubią jego wyborcy. To czy jego obecność nam się opłaca czy nie, nie należy do ulubionych tematów rozważań przeciętnego Polaka. Wręcz przeciwnie – wielu daje sobie wmówić, że 2×2=5 i to jest zwykle tzw. żelazny elektorat partii (obojętnie jakiej).
Politycy określają również to o co Pan pyta : co to znaczy być Polakiem.
Budują nawet wzorce Polaka. No i potem mamy – gość nie umiejący wysłowić się po polsku bez błędów gramatycznych, złodziej kradnący z państwowej kasy, uciekający od płacenia podatków należy do „partii patriotycznej”, bo tak rzekł jej lider. I jest święcie przekonany, że inni nie są ani Polakami, ani patriotami.
Mamy to na co dzień.