Andrzej C. Leszczyński: Postuniwersytet

sports-science-22016-10-04.

[dropcap]C[/dropcap]oraz częściej trzeba rozstawać się z czymś, co wydawało się stanem normalnym i trwałym. Pojawiają się jakieś nowe stany, odcinające się od poprzednich za pomocą przedrostka „post”. Mamy więc postdramatyczny teatr, postmodernistyczną kulturę, postpolityczne rządy. Współczesne pojęcie człowieczeństwa określa się mianem posthumanizmu, a sam człowiek to postczłowiek, który żyje w epoce postprawdy.

Chyba rzeczywiście przemija postać świata, aż chce się powiedzieć za Okudżawą: „A wsio-taki żal…”. Tym bardziej, że dotyczy to także uniwersytetu, który stał się postuniwersytetem.

Idea

[dropcap]U[/dropcap]niwersytecka idea może być respektowana w szkołach różnego stopnia. Nie musi też być obecna w placówkach noszących to miano (co właśnie obserwujemy). Uniwersytet  ma w swej nazwie powszechność (universitas) obejmującą i łączącą to, co odmienne. Jest miejscem dialogu, który bierze się ze świadomości, że całość jest niedostępna dla indywidualnego podmiotu. Oto niektóre ze stron tego dialogu.

  1. Odmienne poglądy i stanowiska teoretyczne. Słynne zdanie Ernsta Gombricha, mówiącego że nie ma sztuki, są tylko artyści, można odnieść do dyscyplin naukowych. Nie ma fizyki, matematyki, psychologii, filozofii itd. – są fizycy, matematycy, psychologowie, filozofowie pojmujący po swojemu daną dziedzinę, tworzący szkoły itp. Jeszcze przed wojną studiowano nie tyle na kierunku, co u profesora, który miał katedrę i własne poglądy naukowe. Guy Sorman w pracy „Prawdziwi myśliciele naszych czasów” (1993) zestawia ze sobą najwybitniejszych przedstawicieli poszczególnych nauk pokazując, że różnią się zasadniczo we wszystkim co istotne.

W postuniwersytecie zanika różnorodność, lokalność, specyficzność. Ma to zapewne związek z biurokratycznymi wymogami unijnymi, z centralizacją programów, kryteriów i form oceny (testy, kwantyfikacja ocen [ECTS – European Credit Transfer System]). Ale i sami  wykładowcy chyba łatwiej wpadają w dogmatyczne samouwielbienie, uznając swe poglądy za jedynie słuszne. Kiedy tłumaczyłem dziekanowi, że w ramach tego samego przedmiotu każdego roku mówię trochę inne rzeczy, inaczej je rozumiem, więc sylabus jest biurokratyczną fikcją, usłyszałem: napisz co trzeba i rób co chcesz. – Proszę bardzo, odpowiedziałem – mam w tym praktykę, trzydzieści lat temu w ramach materializmu dialektycznego porównywałem św. Augustyna i Pascala.

  1. Nauka (badania) i nauczanie (dydaktyka). Klemens Szaniawski w dawnej rozmowie z Andrzejem Łapickim mówił o analogii między sceną teatralną i uniwersytecką katedrą w sali wykładowej. W obu wypadkach ważna jest obecność widzów i słuchaczy. Dzięki nim rodzi się niejednokrotnie myśl, która w innych warunkach by nie powstała. Dość wspomnieć, że wiele znaczących dzieł naukowych i filozoficznych to zapisy wykładów, które – nie utrwalone – nie przetrwałyby może próby czasu. Oto co mówi o swej „Epistemologii” prof. Jan Woleński: „Książka ta zapewne nie powstałaby, gdyby nie wykłady i seminaria. Nie tylko dlatego, że trzeba je przygotowywać, ale także z powodu uwag studentów. Dlatego przedmowa zawiera podziękowanie dla nich, nie tylko jako zdawkowy ornament”. Wspominał już o tym Seneka Młodszy, który w „Liście 7” zapisał: Docendo dicimus (nauczając, uczymy się).

Postuniwersytet nie wiąże awansu zawodowego z jakością dydaktyczną. Dlatego dominują tu najprostsze formy podawcze, czyli wykłady (powtarzane w niezmienionej formie od lat), encyklopedyzm i kult skryptu.

  1. Profesorowie i studenci. To chyba najczęściej przywoływana formuła: universitas magistrorum et scholarium – powszechność studentów i profesorów. Obydwie te grup są gospodarzami uniwersytetu. W krótkim okresie po przemianach politycznych z jesieni 1980 roku w ciałach kolegialnych większości uczelni polskich zasiadali w porównywalnych proporcjach przedstawiciele profesury, pracowników pomocniczych i studentów. Stan wojenny przywrócił strukturę kastową, która utrzymuje się do dzisiaj. Głos decydujący przypada korporacji profesorskiej, która dba przede wszystkim o własne interesy.

A przecież studiowanie, w przeciwieństwie do nauczania, zawsze łączyło się z dorosłością i samodzielnością; bardziej z myśleniem niż z wiedzą (studeo to m.in. dążyć do czegoś, łaknąć czegoś, poszukiwać). Student szuka profesora, który odpowiada jego oczekiwaniom – w uczelniach krajowych albo zagranicznych. Ma prawo określić swoje oczekiwania (tzw. dydaktyka interaktywna). Zdaniem Karla Jaspersa, profesor uniwersytecki sprawdzianu dla siebie szuka w młodzieży, „która zgodnie ze swoją naturą więcej ma zrozumienia dla prawdy niż pokolenie starsze”. Jaspers przywołuje zdanie, jakie zapisał Juda ha-Nasi (II/III w.): „Nauczyłem się wiele od swoich mistrzów, więcej od moich kolegów, najwięcej od moich uczniów”.

Użyteczność

[dropcap]K[/dropcap]arl Jaspers już w latach 40. ubiegłego wieku pisał, że uniwersytet umiera z powodu instytucjonalizacji badań i podporządkowania ich sponsorom. Tyczy to głównie uniwersytetów anglosaskich, które stały się posłuszne wobec mocodawców („czyj chleb jem, temu pieśń śpiewam”). Ale i niemieckich, odchodzących od tradycyjnej, wywodzącej się od Humboldta i negującej natychmiastową użyteczność idei Bildung. Zdaniem Jaspersa rozwój wiedzy nie może być ograniczany celami, jakie stawia jej instytucja (sponsor), wystarczy, gdy źródłem dociekań będzie ciekawość badacza. Niestety, rządzą dziś pragmatyści zamieniający kulturę w cywilizację, a uniwersytet w szkołę zawodową. To jedna z tych paskudnych rzeczy, które wzmacnia przynależność do UE.

Jeszcze w latach 80. czytałem artykuł dwóch trzydziestokilkuletnich amerykańskich profesorów na temat walki z chorobami nowotworowymi. Ich wypowiedź brzmiała horrendalnie: jeśli chcemy zlikwidować raka, winniśmy zapomnieć że on istnieje. Trzeba rozwijać podstawowe badania w naukach biologicznych i chemicznych. Dzięki nim powstanie wiedza, którą – dopiero wtedy! – będzie można skutecznie wykorzystywać. To wyraz uniwersyteckiego teoretyzmu chroniącego przed uzawodowieniem i technologizacją (inna jest, dajmy na to, chemia uniwersytecka, inna politechniczna).

Coś podobnego mówił wcześniej o walce z rakiem James D. Watson, współodkrywca (wraz z Francisem CrickiemMauricem Wilkinsem) struktury DNA. Zamiast leczyć za wszelką cenę pacjentów – trzeba także zrozumieć, czym jest rak, prowadzić podstawowe badania w biochemii. Pogląd ten był zresztą powodem wyrzucenia go z utworzonego przez Richarda Nixona federalnego komitetu walki z rakiem. Leon Ledermann (fizyk, noblista) pisał o politykach wymuszających na nauce rozwiązywanie bieżących potrzeb. „Ale większość wynalazków, które wpłynęły na jakość życia, pochodzi z abstrakcyjnych badań napędzanych ciekawością”. Znany oksfordczyk David Teutsch podstawową skazę dzisiejszej nauki widzi w stawianiu pragmatycznego pytania „jak?” i szukaniu recept pozwalających przewidywać skutki założonych działań. Potrzebne jest pytanie „dlaczego?”, prowadzące do wyjaśniania, a nie przewidywania.

Trwała okazuje się pułapka interesowności myślenia, w którym wszystko musi być „po coś”, oraz pułapka niecierpliwości w formułowaniu celów aż do bólu konkretnych. Dobrze znają tę pułapkę ekonomiści. Pytani, dlaczego kraje zacofane pozostają coraz bardziej z tyłu za krajami rozwiniętymi i mogą liczyć jedynie na ich wykalkulowaną pomoc, odpowiadają, że właśnie dlatego, że dysponując niewielkimi środkami, przytłoczone podstawowymi dolegliwościami, wątłe te środki przeznaczają wyłącznie na cele praktyczne. Państwa bogate znaczną część posiadanych dóbr mogą przeznaczyć na profesorskie fanaberie, nie służące niczemu poza zaspokajaniem ich ciekawości. Z takiej rozrzutności bierze się jednak prawdziwe bogactwo.

Postuniwersytet nie zna nauki rozumianej jako bezinteresowna przygoda umysłu. Nauka została podporządkowana interesom ekonomicznym i politycznym, stała się narzędziem technicznych, ideologicznych i wyznaniowych manipulacji. Trudno tu spotkać twórców wyrazistych, intelektualnych skandalistów porywających się na zastygłe formy myślowe. Dominuje pseudotwórczość związana z kultem erudycyjności i cytatologii. Przeżuwa się cudze myśli i korzysta z nie swoich dokonań, co jest cnotą i stanowi warunek kariery.

Najgorsze jest chyba to, że ulega się administracyjnym absurdom (krytykowanym w rozmowach prywatnych), wykorzystując je dla własnych korzyści. Obowiązek publikowania (publish or perish: publikuj albo giń) omija się poprzez tzw. technikę salami polegającą na dzieleniu jednego tekstu na kilka artykułów, a także przez dopisywanie jako współautorów znajomych, którzy zrewanżują się w podobny sposób. Źródłem korupcji jest też kryterium cytowalności – autorzy wymieniają poglądy po to przede wszystkim, by mnożyć cytaty i podnosić swą pozycję w punktacji. Przeciw zabójczemu dla humanistyki uprzywilejowaniu języka angielskiego, a także anglojęzycznych czasopism (tzw. lista filadelfijska, ignorująca tak znakomite tytuły, jak np. francuskie „Annales. Histoire, Sciences Sociales”), zaprotestował, jeśli pamiętam, jedynie Instytut Filologii Polskiej UAM.

Tytuły

[dropcap]J[/dropcap]ohn Fowles („Aristos”) pokazuje arystokratyzm jako stan ducha. Termin „szlachetni” (aristoi) nie oznaczał bynajmniej szlachetnego urodzenia. To znaczenie pojawiło się później w związku z potrzebą uzasadnienia prawa do sprawowania władzy „panów”. Wyrazem tego prawa stała się tytulatura, której magiczna moc nie osłabła do dzisiaj. Tytularne sakralizacje akademików wykpiwał Andrzej Mleczko. Oto ktoś przedstawia się na rysunku: – Jestem Magister. Dla przyjaciół Megi. Na innym obrazku Henry M. Stanley wypowiada słynne zdanie: – Doktor Livingstone, jak sądzę? – Nie! – słyszy w odpowiedzi. Oddala się w popłochu, a Livingstone mruczy do siebie: – Nie wiedział, że dostałem docenta?  Prof. Andrzej Jajszczak łączy naukową tytułomanię z tradycją sarmacką: już szlachta lubowała się w tytułach zwalniających ją z wielu obowiązków. „Profesor tytularny czy doktor habilitowany może w obecnym systemie zaniedbywać latami obowiązki dydaktyczne i badawcze”. Prof. Andrzej Walicki zwracał uwagę, że na najbardziej prestiżowych uniwersytetach widać ostentacyjną pogardę dla formalnych tytułów akademickich – prawdziwie wielkich uczonych rozpoznaje się bowiem po nazwisku, a nie po przyznanych im tytułach. Bertrand Russel (Cambridge), Isaiah Berlin (Oksford) zadowalali się tytułem magistra.

Podczas debaty, jaka toczyła się pięć lat temu w związku z planowaną reformą szkolnictwa wyższego, dość zgodnie wskazywano na dwie rzeczy wymagające poprawy. Pierwsza, to podporządkowanie uczelni instancjom centralnym (Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Państwowa Komisja Akredytacyjna). Andrzej Walicki pisał, że

…polski centralizm biurokratyczny w nauce jest nie do pomyślenia na Zachodzie. W USA sama myśl o rządowych regulacjach życia naukowego natychmiast skojarzona by była z socjalistycznym totalitaryzmem. Absolwent Harwardu, Paweł Dobrowolski pisze o systemie amerykańskim, w którym profesorem może zostać każdy, kogo na stanowisko profesora zatrudni uczelnia. „Nie ma tam ani ministerstwa uniwersytetów, ani ustawy o szkołach wyższych, ani nawet ustawy o stopniach naukowych. Jest za to w USA największa na świecie liczba najlepszych na świecie uniwersytetów.

Drugą cechą szkodzącą szkołom akademickim jest utrzymywanie niespotykanego gdzie indziej wymogu habilitacji. Minister Bożena Kudrycka mówiła w listopadzie 2011 roku: „Nie zlikwidowaliśmy habilitacji, której w Europie właściwie już nigdzie nie ma. […] w przyszłości jednak będziemy musieli ją zlikwidować, dostosowując się do poziomu systemu stopni naukowych uzyskiwanych w tych krajach, które mają najwyższy poziom nauki. Niedawno zrobiono to na Litwie. Choć trudno dziś powiedzieć, kiedy to nastąpi”.

Łacińskie habilitas oznacza zdatność (umiejętność), a także korzyść (pożytek). Wygląda na to, że drugie znaczenie góruje dziś nad pierwszym. Prof. Jerzy Marcinkowski nie owija słów w bawełnę: „Na uczelni nie mają znaczenia względy merytoryczne. Pracownik może być idiotą, byle miał doktora habilitowanego”. Prof. Stanisław Karpiński, który po 20 latach na Zachodzie wrócił do kraju, pisze: „W systemie zachodnim najwyższy stopień naukowy to doktorat, a w Polsce habilitacja, i to ona jest głównym hamulcowym. […] Przecież wiadomo, o co tu chodzi. O konserwę! Habilitacja to coś takiego, jak przynależność do partii w komunistycznych czasach: «Ty jesteś mój, namaszczony przeze mnie»”. Andrzej Dobosz (niezapomniany Filozof z „Rejsu” Marka Piwowskiego) także nie przebiera w słowach, mówi o „półinteligentach z tytułami naukowymi”. Sądzi, że wywodzą się z marca 1968 roku. Nominowano wtedy ponad siedmiuset tzw. marcowych docentów, „którzy następnie nawzajem się habilitowali i awansowali, praktykując to dziś jeszcze”.

Zmieniona (od 1.X.2013)  procedura nie przyczyniła się do podniesienia rangi intelektualnej habilitacji. Zwraca uwagę fakt, że szczególnie często uzyskiwana jest w uczelniach artystycznych, co rodzi wątpliwości związane z istotową odmiennością sztuki i nauki: doktor habilitowany to stopień naukowy. Zaciera się w związku z tym różnica kontekstów, w jakich używa się określenia „profesor” – etatystycznego (mieć stanowisko), etykietalnego (mieć tytuł), ontologicznego (być profesorem).

Profesor w sensie ścisłym (ontologicznym) to człowiek kulturalny. Oznacza to najpierw, że umie słuchać, a kiedy mówi lub pisze, posługuje się dobrą polszczyzną. Poczytuje sobie za obowiązek równie ważny, jak prowadzenie własnych badań, chodzić na wystawy, przedstawienia teatralne i koncerty. Wielu przedstawicieli nauk ścisłych znało na pamięć twórczość największych poetów, często w oryginalnych językach; niektórzy sami pisali wiersze (myślę teraz o prof. Grzegorzu Białkowskim, fizyku, matematyku, poecie, autorze esejów filozoficznych). Profesor był nauczycielem i znawcą (professor); kimś, kto niezależnie od tytułu i stanowiska potrafi sprostać takim powinnościom, jak otwartość i jawność (professe) sądów, które są głoszone (profiteri) zgodnie z przekonaniami.

Używam czasu przeszłego, co nie znaczy, że nie dostrzegam wszystkich tych cech u profesorów postuniwersyteckich. Nie jest ich jednak wielu.

PS. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę orędownikiem Jarosława Gowina. Za jego plany ograniczenia tłumności studiowania (niejeden polski uniwersytet przyjmuje na pierwszy rok studiów dobrze ponad tysiąc osób, co zapewnia odpowiednią pulę funduszy ministerialnych) warto trzymać kciuki.

Andrzej C. Leszczyński

Print Friendly, PDF & Email

7 komentarzy

  1. j.Luk 2016-10-04
  2. hazelhard 2016-10-04
  3. PK 2016-10-05
  4. Corvallis 2016-10-06
    • j.Luk 2016-10-07
  5. hazelhard 2016-10-07
  6. PK 2016-10-07
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com