Coraz częściej trzeba rozstawać się z czymś, co wydawało się stanem normalnym i trwałym. Pojawiają się jakieś nowe stany, odcinające się od poprzednich za pomocą przedrostka „post”. Mamy więc postdramatyczny teatr, postmodernistyczną kulturę, postpolityczne rządy. Współczesne pojęcie człowieczeństwa określa się mianem posthumanizmu, a sam człowiek to postczłowiek, który żyje w epoce postprawdy.
Chyba rzeczywiście przemija postać świata, aż chce się powiedzieć za Okudżawą: „A wsio-taki żal…”. Tym bardziej, że dotyczy to także uniwersytetu, który stał się postuniwersytetem.
Idea
Uniwersytecka idea może być respektowana w szkołach różnego stopnia. Nie musi też być obecna w placówkach noszących to miano (co właśnie obserwujemy). Uniwersytet ma w swej nazwie powszechność (universitas) obejmującą i łączącą to, co odmienne. Jest miejscem dialogu, który bierze się ze świadomości, że całość jest niedostępna dla indywidualnego podmiotu. Oto niektóre ze stron tego dialogu.- Odmienne poglądy i stanowiska teoretyczne. Słynne zdanie Ernsta Gombricha, mówiącego że nie ma sztuki, są tylko artyści, można odnieść do dyscyplin naukowych. Nie ma fizyki, matematyki, psychologii, filozofii itd. – są fizycy, matematycy, psychologowie, filozofowie pojmujący po swojemu daną dziedzinę, tworzący szkoły itp. Jeszcze przed wojną studiowano nie tyle na kierunku, co u profesora, który miał katedrę i własne poglądy naukowe. Guy Sorman w pracy „Prawdziwi myśliciele naszych czasów” (1993) zestawia ze sobą najwybitniejszych przedstawicieli poszczególnych nauk pokazując, że różnią się zasadniczo we wszystkim co istotne.
W postuniwersytecie zanika różnorodność, lokalność, specyficzność. Ma to zapewne związek z biurokratycznymi wymogami unijnymi, z centralizacją programów, kryteriów i form oceny (testy, kwantyfikacja ocen [ECTS – European Credit Transfer System]). Ale i sami wykładowcy chyba łatwiej wpadają w dogmatyczne samouwielbienie, uznając swe poglądy za jedynie słuszne. Kiedy tłumaczyłem dziekanowi, że w ramach tego samego przedmiotu każdego roku mówię trochę inne rzeczy, inaczej je rozumiem, więc sylabus jest biurokratyczną fikcją, usłyszałem: napisz co trzeba i rób co chcesz. – Proszę bardzo, odpowiedziałem – mam w tym praktykę, trzydzieści lat temu w ramach materializmu dialektycznego porównywałem św. Augustyna i Pascala.
- Nauka (badania) i nauczanie (dydaktyka). Klemens Szaniawski w dawnej rozmowie z Andrzejem Łapickim mówił o analogii między sceną teatralną i uniwersytecką katedrą w sali wykładowej. W obu wypadkach ważna jest obecność widzów i słuchaczy. Dzięki nim rodzi się niejednokrotnie myśl, która w innych warunkach by nie powstała. Dość wspomnieć, że wiele znaczących dzieł naukowych i filozoficznych to zapisy wykładów, które – nie utrwalone – nie przetrwałyby może próby czasu. Oto co mówi o swej „Epistemologii” prof. Jan Woleński: „Książka ta zapewne nie powstałaby, gdyby nie wykłady i seminaria. Nie tylko dlatego, że trzeba je przygotowywać, ale także z powodu uwag studentów. Dlatego przedmowa zawiera podziękowanie dla nich, nie tylko jako zdawkowy ornament”. Wspominał już o tym Seneka Młodszy, który w „Liście 7” zapisał: Docendo dicimus (nauczając, uczymy się).
Postuniwersytet nie wiąże awansu zawodowego z jakością dydaktyczną. Dlatego dominują tu najprostsze formy podawcze, czyli wykłady (powtarzane w niezmienionej formie od lat), encyklopedyzm i kult skryptu.
- Profesorowie i studenci. To chyba najczęściej przywoływana formuła: universitas magistrorum et scholarium – powszechność studentów i profesorów. Obydwie te grup są gospodarzami uniwersytetu. W krótkim okresie po przemianach politycznych z jesieni 1980 roku w ciałach kolegialnych większości uczelni polskich zasiadali w porównywalnych proporcjach przedstawiciele profesury, pracowników pomocniczych i studentów. Stan wojenny przywrócił strukturę kastową, która utrzymuje się do dzisiaj. Głos decydujący przypada korporacji profesorskiej, która dba przede wszystkim o własne interesy.
A przecież studiowanie, w przeciwieństwie do nauczania, zawsze łączyło się z dorosłością i samodzielnością; bardziej z myśleniem niż z wiedzą (studeo to m.in. dążyć do czegoś, łaknąć czegoś, poszukiwać). Student szuka profesora, który odpowiada jego oczekiwaniom – w uczelniach krajowych albo zagranicznych. Ma prawo określić swoje oczekiwania (tzw. dydaktyka interaktywna). Zdaniem Karla Jaspersa, profesor uniwersytecki sprawdzianu dla siebie szuka w młodzieży, „która zgodnie ze swoją naturą więcej ma zrozumienia dla prawdy niż pokolenie starsze”. Jaspers przywołuje zdanie, jakie zapisał Juda ha-Nasi (II/III w.): „Nauczyłem się wiele od swoich mistrzów, więcej od moich kolegów, najwięcej od moich uczniów”.
Użyteczność
Karl Jaspers już w latach 40. ubiegłego wieku pisał, że uniwersytet umiera z powodu instytucjonalizacji badań i podporządkowania ich sponsorom. Tyczy to głównie uniwersytetów anglosaskich, które stały się posłuszne wobec mocodawców („czyj chleb jem, temu pieśń śpiewam”). Ale i niemieckich, odchodzących od tradycyjnej, wywodzącej się od Humboldta i negującej natychmiastową użyteczność idei Bildung. Zdaniem Jaspersa rozwój wiedzy nie może być ograniczany celami, jakie stawia jej instytucja (sponsor), wystarczy, gdy źródłem dociekań będzie ciekawość badacza. Niestety, rządzą dziś pragmatyści zamieniający kulturę w cywilizację, a uniwersytet w szkołę zawodową. To jedna z tych paskudnych rzeczy, które wzmacnia przynależność do UE.Jeszcze w latach 80. czytałem artykuł dwóch trzydziestokilkuletnich amerykańskich profesorów na temat walki z chorobami nowotworowymi. Ich wypowiedź brzmiała horrendalnie: jeśli chcemy zlikwidować raka, winniśmy zapomnieć że on istnieje. Trzeba rozwijać podstawowe badania w naukach biologicznych i chemicznych. Dzięki nim powstanie wiedza, którą – dopiero wtedy! – będzie można skutecznie wykorzystywać. To wyraz uniwersyteckiego teoretyzmu chroniącego przed uzawodowieniem i technologizacją (inna jest, dajmy na to, chemia uniwersytecka, inna politechniczna).
Coś podobnego mówił wcześniej o walce z rakiem James D. Watson, współodkrywca (wraz z Francisem Crickiem i Mauricem Wilkinsem) struktury DNA. Zamiast leczyć za wszelką cenę pacjentów – trzeba także zrozumieć, czym jest rak, prowadzić podstawowe badania w biochemii. Pogląd ten był zresztą powodem wyrzucenia go z utworzonego przez Richarda Nixona federalnego komitetu walki z rakiem. Leon Ledermann (fizyk, noblista) pisał o politykach wymuszających na nauce rozwiązywanie bieżących potrzeb. „Ale większość wynalazków, które wpłynęły na jakość życia, pochodzi z abstrakcyjnych badań napędzanych ciekawością”. Znany oksfordczyk David Teutsch podstawową skazę dzisiejszej nauki widzi w stawianiu pragmatycznego pytania „jak?” i szukaniu recept pozwalających przewidywać skutki założonych działań. Potrzebne jest pytanie „dlaczego?”, prowadzące do wyjaśniania, a nie przewidywania.
Trwała okazuje się pułapka interesowności myślenia, w którym wszystko musi być „po coś”, oraz pułapka niecierpliwości w formułowaniu celów aż do bólu konkretnych. Dobrze znają tę pułapkę ekonomiści. Pytani, dlaczego kraje zacofane pozostają coraz bardziej z tyłu za krajami rozwiniętymi i mogą liczyć jedynie na ich wykalkulowaną pomoc, odpowiadają, że właśnie dlatego, że dysponując niewielkimi środkami, przytłoczone podstawowymi dolegliwościami, wątłe te środki przeznaczają wyłącznie na cele praktyczne. Państwa bogate znaczną część posiadanych dóbr mogą przeznaczyć na profesorskie fanaberie, nie służące niczemu poza zaspokajaniem ich ciekawości. Z takiej rozrzutności bierze się jednak prawdziwe bogactwo.
Postuniwersytet nie zna nauki rozumianej jako bezinteresowna przygoda umysłu. Nauka została podporządkowana interesom ekonomicznym i politycznym, stała się narzędziem technicznych, ideologicznych i wyznaniowych manipulacji. Trudno tu spotkać twórców wyrazistych, intelektualnych skandalistów porywających się na zastygłe formy myślowe. Dominuje pseudotwórczość związana z kultem erudycyjności i cytatologii. Przeżuwa się cudze myśli i korzysta z nie swoich dokonań, co jest cnotą i stanowi warunek kariery.
Najgorsze jest chyba to, że ulega się administracyjnym absurdom (krytykowanym w rozmowach prywatnych), wykorzystując je dla własnych korzyści. Obowiązek publikowania (publish or perish: publikuj albo giń) omija się poprzez tzw. technikę salami polegającą na dzieleniu jednego tekstu na kilka artykułów, a także przez dopisywanie jako współautorów znajomych, którzy zrewanżują się w podobny sposób. Źródłem korupcji jest też kryterium cytowalności – autorzy wymieniają poglądy po to przede wszystkim, by mnożyć cytaty i podnosić swą pozycję w punktacji. Przeciw zabójczemu dla humanistyki uprzywilejowaniu języka angielskiego, a także anglojęzycznych czasopism (tzw. lista filadelfijska, ignorująca tak znakomite tytuły, jak np. francuskie „Annales. Histoire, Sciences Sociales”), zaprotestował, jeśli pamiętam, jedynie Instytut Filologii Polskiej UAM.
Tytuły
John Fowles („Aristos”) pokazuje arystokratyzm jako stan ducha. Termin „szlachetni” (aristoi) nie oznaczał bynajmniej szlachetnego urodzenia. To znaczenie pojawiło się później w związku z potrzebą uzasadnienia prawa do sprawowania władzy „panów”. Wyrazem tego prawa stała się tytulatura, której magiczna moc nie osłabła do dzisiaj. Tytularne sakralizacje akademików wykpiwał Andrzej Mleczko. Oto ktoś przedstawia się na rysunku: – Jestem Magister. Dla przyjaciół Megi. Na innym obrazku Henry M. Stanley wypowiada słynne zdanie: – Doktor Livingstone, jak sądzę? – Nie! – słyszy w odpowiedzi. Oddala się w popłochu, a Livingstone mruczy do siebie: – Nie wiedział, że dostałem docenta? Prof. Andrzej Jajszczak łączy naukową tytułomanię z tradycją sarmacką: już szlachta lubowała się w tytułach zwalniających ją z wielu obowiązków. „Profesor tytularny czy doktor habilitowany może w obecnym systemie zaniedbywać latami obowiązki dydaktyczne i badawcze”. Prof. Andrzej Walicki zwracał uwagę, że na najbardziej prestiżowych uniwersytetach widać ostentacyjną pogardę dla formalnych tytułów akademickich – prawdziwie wielkich uczonych rozpoznaje się bowiem po nazwisku, a nie po przyznanych im tytułach. Bertrand Russel (Cambridge), Isaiah Berlin (Oksford) zadowalali się tytułem magistra.
Podczas debaty, jaka toczyła się pięć lat temu w związku z planowaną reformą szkolnictwa wyższego, dość zgodnie wskazywano na dwie rzeczy wymagające poprawy. Pierwsza, to podporządkowanie uczelni instancjom centralnym (Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Państwowa Komisja Akredytacyjna). Andrzej Walicki pisał, że
…polski centralizm biurokratyczny w nauce jest nie do pomyślenia na Zachodzie. W USA sama myśl o rządowych regulacjach życia naukowego natychmiast skojarzona by była z socjalistycznym totalitaryzmem. Absolwent Harwardu, Paweł Dobrowolski pisze o systemie amerykańskim, w którym profesorem może zostać każdy, kogo na stanowisko profesora zatrudni uczelnia. „Nie ma tam ani ministerstwa uniwersytetów, ani ustawy o szkołach wyższych, ani nawet ustawy o stopniach naukowych. Jest za to w USA największa na świecie liczba najlepszych na świecie uniwersytetów.
Drugą cechą szkodzącą szkołom akademickim jest utrzymywanie niespotykanego gdzie indziej wymogu habilitacji. Minister Bożena Kudrycka mówiła w listopadzie 2011 roku: „Nie zlikwidowaliśmy habilitacji, której w Europie właściwie już nigdzie nie ma. […] w przyszłości jednak będziemy musieli ją zlikwidować, dostosowując się do poziomu systemu stopni naukowych uzyskiwanych w tych krajach, które mają najwyższy poziom nauki. Niedawno zrobiono to na Litwie. Choć trudno dziś powiedzieć, kiedy to nastąpi”.
Łacińskie habilitas oznacza zdatność (umiejętność), a także korzyść (pożytek). Wygląda na to, że drugie znaczenie góruje dziś nad pierwszym. Prof. Jerzy Marcinkowski nie owija słów w bawełnę: „Na uczelni nie mają znaczenia względy merytoryczne. Pracownik może być idiotą, byle miał doktora habilitowanego”. Prof. Stanisław Karpiński, który po 20 latach na Zachodzie wrócił do kraju, pisze: „W systemie zachodnim najwyższy stopień naukowy to doktorat, a w Polsce habilitacja, i to ona jest głównym hamulcowym. […] Przecież wiadomo, o co tu chodzi. O konserwę! Habilitacja to coś takiego, jak przynależność do partii w komunistycznych czasach: «Ty jesteś mój, namaszczony przeze mnie»”. Andrzej Dobosz (niezapomniany Filozof z „Rejsu” Marka Piwowskiego) także nie przebiera w słowach, mówi o „półinteligentach z tytułami naukowymi”. Sądzi, że wywodzą się z marca 1968 roku. Nominowano wtedy ponad siedmiuset tzw. marcowych docentów, „którzy następnie nawzajem się habilitowali i awansowali, praktykując to dziś jeszcze”.
Zmieniona (od 1.X.2013) procedura nie przyczyniła się do podniesienia rangi intelektualnej habilitacji. Zwraca uwagę fakt, że szczególnie często uzyskiwana jest w uczelniach artystycznych, co rodzi wątpliwości związane z istotową odmiennością sztuki i nauki: doktor habilitowany to stopień naukowy. Zaciera się w związku z tym różnica kontekstów, w jakich używa się określenia „profesor” – etatystycznego (mieć stanowisko), etykietalnego (mieć tytuł), ontologicznego (być profesorem).
Profesor w sensie ścisłym (ontologicznym) to człowiek kulturalny. Oznacza to najpierw, że umie słuchać, a kiedy mówi lub pisze, posługuje się dobrą polszczyzną. Poczytuje sobie za obowiązek równie ważny, jak prowadzenie własnych badań, chodzić na wystawy, przedstawienia teatralne i koncerty. Wielu przedstawicieli nauk ścisłych znało na pamięć twórczość największych poetów, często w oryginalnych językach; niektórzy sami pisali wiersze (myślę teraz o prof. Grzegorzu Białkowskim, fizyku, matematyku, poecie, autorze esejów filozoficznych). Profesor był nauczycielem i znawcą (professor); kimś, kto niezależnie od tytułu i stanowiska potrafi sprostać takim powinnościom, jak otwartość i jawność (professe) sądów, które są głoszone (profiteri) zgodnie z przekonaniami.
Używam czasu przeszłego, co nie znaczy, że nie dostrzegam wszystkich tych cech u profesorów postuniwersyteckich. Nie jest ich jednak wielu.
PS. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę orędownikiem Jarosława Gowina. Za jego plany ograniczenia tłumności studiowania (niejeden polski uniwersytet przyjmuje na pierwszy rok studiów dobrze ponad tysiąc osób, co zapewnia odpowiednią pulę funduszy ministerialnych) warto trzymać kciuki.
Andrzej C. Leszczyński



Jeśli chodzi o publikowanie to w znanej mi dziedzinie miałem do czynienia z kolejnym przejawem „korupcji”. Profesor dzwonił do kolegi redagującego periodyk naukowy, a ten na jego prośbę zamieszczał u siebie pracę doktoranta. I tylko tak to działało. Doktorant nawet gdyby wymyślił proch nie miał najmniejszych szans na publikację w „uznanych” czasopismach. Lista filadelfijska nie była dla niego nawet gdyby był geniuszem.
Przecież to chore.
Inna rzecz, że profesor PAN, wybitny znawca swej tematyki jedne z najciekawszych swoich tekstów puszczał w „Dzienniku Bałtyckim”, nie chce mi się nawet domyślać dlaczego 🙂
Punkty za cytowania to zabójstwo dla nauk humanistycznych, nie tylko ze względów językowych.
Jakie szanse na cytowania ma historyk Pomorza? Oczywiście poza kolegami po fachu? Jeden – dwóch niemieckich historyków być może zauważy publikację, a kto jeszcze i po co? Kogo poza naszym kręgiem geograficznym to będzie interesowało?
Szkoda, bo czasem właśnie te „lokalne” badania bywają i ciekawe i dające całkiem nowy obraz stosunków międzyludzkich w całości, ale mało kto to doceni.
Bardzo ciekawy tekst, ale… Zawsze jest jakieś ale.
Podstawowy zarzut dotyczy ilości poruszanych spraw. Prawdopodobnie moje teksty też są tak odbierane, ale lepiej byłoby napisać kilka notek na dobrze określony temat, bo wtedy łatwiej dyskutować.
Co do meritum…
Publikowanie ma sens w pracy naukowej zasadniczy. Bez spisania wyników wiedza znika, a sam proces pisania pozwala wiele rzeczy przemyśleć i przeanalizować. Najczęściej przy pisaniu pracy znajdujemy lukę i musimy jeszcze jakiś eksperyment dodatkowy zrobić. Później dostajemy recenzje, które niemal zawsze są merytoryczne, jeżeli pismo jest na wysokim poziomie.
W badaniach naukowych zawsze chcemy zrozumieć dlaczego wynik eksperymentu jest taki, a nie inny. Problem w tym, że przestrzeń parametrów wpływających na ten wynik jest tak duża, że musimy iść na skróty i przyjmować wyniki eksperymentalne bez zrozumienia. Bez takiego podejścia nie mielibyśmy laserów, tranzystorów, czy szyb, które się nie brudzą.
W notce brakuje też odniesienia do szkolnictwa przedakademickiego, a ono w dużej mierze wpływa na działanie uczelni.
wiele z tu komentowanej negatywnie strukturalizacji świata naukowego znajduje pewne uzasadnienie w wymogach wynikających z rozwoju dziedzin i co za tym idzie potrzeb klasyfikacji formalnej chociażby ze względu na ograniczoność zasobów, a że w tak powstające struktury najdzie zwykle sporo wykorzystującego je niecnie tałatajstwa to trochę inna sprawa; że różne środowiska są na różny sposób samoweryfikowywalne, albo i niestety nie, to także trochę inna sprawa, ja zawsze bałem się prowincji, także intelektualnej, i to mi zostało.
Z rezygnacją z habilitacji sprawa nie będzie taka prosta. Zamiast wyłuszczania powodów, ja opowiem może o dwóch rozmowach z pewnym Kolegą o imieniu Andrzej (Hazel byc mozed sie domyśli, o kogo chodzi — ale nazwiska ja nie podam, bo „nomina sunt odiosa”, jak słusznie powiadają Eskimosi).
.
Otóż nieco ponad ćwierć wieku temu ja mieszkałem pod Waszyngtonem. Ów Andrzej odwiedził mnie, pobył pare dni, po czym razem pojechaliśmy samochodem do Bostonu na konferencję, na której obaj akurat mieliśmy „invited talks”. Po drodze mielismy dużo czasu na pogaduchy, zeszło m. in. na instytucję habilitacji. Ja mówiłem o uldze, którą mi przyniosły przenosiny do Ameryki — że już nie musiałem przechodzić przez ten kolejny „etap wyświęcania”, który, moim zdaniem, stał się juz nikomu nieprzydatnym archaizmem, który nalezałoby jak najszybciej zlikwidować. Mój przyjaciel gorliwie sie ze mna zgodził. Jako uzasadnienie przytoczył przykład ze swego własnego życia — mianowicie, że instytucja habiltacji może słuzyć do uprawiuania praktyk feudalnych przez starsze wiekiem generacje naukowców. Opowidział, ze przygotował swoja prace habilitacyjną, wszystko zapiete miał na ostatni guzik (ten kolega był i jest naprawdę bardzo dobrym naukowcem) i wręczył ją kierownikowi zakładu — na co usłyszał, ze na razie jego habilitacja musi odczekać, bo on sie wpycha oprzed kolejke, w której są inni o dłuższym stazu pracy.
.
Po dokładnie dziesieciu latach tenże sam kolega odwiedził mnie na Zachodnim Wybrzeżu, gdzie ja sie w miedzyczasie przeniosłem. I podobnie, jak za poprzednim razem, po paru dniach wsiedlismy w samochód i pojechaliśmy na konferencję — tę samą, co przedtem, tylko teraz juz nie mielismy „invited”, a zaledwie „contributed talks”. Kolega już od kilku lat był doktorem habilitowanym. Ja w czasie jazdy chciałem nawiazać do naszej rozmowy sprzed 10-ciu laty, więc zacząłem: „Słuchaj, czy nastąpił jakis postęp w sprawie habilitacji, czy jest nadzieja, że wreszczie ją w Polsce zlikwidują?” — na co mój kolega sie wręcz żachnął: „Co? Zlikiwdować? Habilitację? Mowy nie ma, habilitacja jest w Polsce czyms bardzo potrzebnym!”.
.
Akurat przejeżdzałiśmy koło jakichś wybitnie spektakularnych skał na wybrzeżu Pacyfiku, wiec ja skorzystałem z okazji i szybciutko przeskoczy łem z tematem rozmowy własnie na te skały — i później, starannie, już do tematu habilitacji nie wracałem. Nie było żadnej potrzeby. To jedno zdanie, które mój kolega wypowiedział, wystarczyło, zeby dla mnie wszysto sie stało jasne.
.
Na koniec, dla rozluźnienia, cos „lżejszego” o habiltacjach, z zasobu anegdot rodzxinnych. Otóz, sto lat temu na UJ wykład habilitacyjny wygłaszał brat mojej prababki, Wacław Sobieski (później, w czasach II RP, dał sie poznac jako gorliwy anty-piłsudczyk — przy czym zbieżność nazwiska z nazwiskiem Króla Jana była przypadkowa). Zwyczajowo wtedy na UJ wykłady habilitacyjne przezrywano po około dziesięciu minutach sakramentalnym: „No to koledze juz dziekujemy…”, po czym komisja udawła sie na zaplecze dla dalszej dyskusji w swoim własnym gronie. Sobieski przygotował sie wiec na mniej wiecej kwadrans wykładania. Ale ten wykład okazał sie „zbyt interesujący”, komisja wcale sie nie kwapiła, by przerywać… Sobieski juz zaczał wpadac w panike, bo doszedł do końca tego materiału, który przygotował… A należał on do takich, o których się w tamtych czasach mówiło, że mają „choleryczny temperament”. No i ten dał znac o sobie, bo Sobieski nagle przerwałm wykrzyknał: „A mam was wszystkich w dupie!” — i wybiegł z sali, trzesnąwszy drzwiami. Koniec opowieści jest jednak optymistyczny, bo komisja zaraz wybiegła za nim przez te same drzwi, złowiła go i po dopełnieniu reszty formalności ostatecznie wszysto zakończyło sie tradycyjnym obiadem u Hawełki.
Mam wśród znajomych identyczny przypadek 🙂 Przeciwnik habilitacji do momentu gdy ten szczebel osiągnął. Tyle, że ja nie zmilczałem jak pan, ale dręczyłem go pytaniami co chwila (miał pecha, mieszkaliśmy drzwi w drzwi). Muszę przyznać, że stosy argumentów za habilitacją jakie przygotowywał na mój kolejny atak były imponujące 🙂
Ale z tego wynika, że to jest jakaś reguła 🙂
W procesie habilitacyjnym bardzo podobało mi się, że habilitant miał przygotować wykład o swojej pracy i trzy wykłady o dziedzinach zupełnie „z boku”. Ja, o ile pamiętam, przygotowałem: „Gotowanie jajek pod ciśnieniem”, „Strój rekina dla pływaków zawodowych”, „Porównanie kosztów kilowatogodziny z różnych źródeł energii”. Komisja wybrała ten pierwszy temat. Wydaje mi się, że tego rodzaju „habilitację” każdy naukowiec powinien mieć raz na rok. Przynajmniej z jednym wykładem o swojej pracy i jednym o ciekawym zagadnieniu spoza swojej specjalności.
być może rzecz dotyczy nie tyle samej habilitacji co środowiska w którym się ją składa, określenie wystarczalności napotkać może wtedy na co najmniej parę problemów, jednak z reguły w tych ambitnych materiał będzie mógł być uznawany za niewystarczający, podczas gdy mniej ambitne go zaakceptują, i faktycznie byłby to argument przeciw habilitacji jako miernikowi uniwersalnemu, a takim wydaje się być jako, że fakt jej przyznania w zasadzie decyduje o możliwości kontynuacji kariery zawodowej. Jeśli miałbym się rewanżować czymś dla rozluźnienia: kiedyś byłem w pokoju u znajomego kiedy ktoś zapukał i oddał grubą kopertę ze swoim doktoratem, znajomy uprzejmie podziękował i zapytał tylko czy to ostateczna wersja, po wyjściu młodszego kolegi zważył ją na ręku z uśmiechem mówiąc do nas „heavy enough”, i generalnie chyba na tym to przeważnie polega, kto waży. Tylko żebyście sobie nie wiadomo co nie pomyśleli, koperta była z wydrukiem pracy, znajomy był świetnym specjalistą na niezłym uniwersytecie, a żart oznaczał że do jego obowiązku należy ocena, w tamtym kraju mówili „science can be fun” bo przecież i tak zarabiasz wtedy dziesięć razy mniej niż dentysta lub prawnik.