Nie ma co ukrywać — zdrowie podupada z wiekiem. A w skrajnych przypadkach nie ma go już nawet od otaczanego obecnie specjalną troską poczęcia. Służba zdrowia jest więc czymś o kapitalnym znaczeniu dla istnienia i funkcjonowania sprawnego, zdrowego społeczeństwa.
A tu grzeszków w tym pałacowaniu pana Konstantego co niemiara. We wszystkich chyba przynależnych dziedzinach. Począwszy od najbardziej opłacalnej nie tylko z ekonomicznego punktu widzenia profilaktyki, poprzez opiekę prenatalną, łagodzenie i likwidowanie łagodniejszych przypadków, do wyprowadzania z ciężkich skrajności, przewlekłości i powikłań, że o opiece paliatywnej jeszcze wspomnę. Bo pan minister, jak i poprzednicy, nie całkiem chyba panuje nad podległą mu materią administracyjno-medyczną. Konstruktorem dobra Polski nie jest i najprawdopodobniej nie zostanie, nie będąc ewenementem w siedemnastopokoleniowej historii własnego rodu sięgającego udokumentowanymi korzeniami początków piętnastego stulecia. Jak i w przeszłości jego „wielcy” imiennicy, żeby bez zastanowienia wymienić Wielkiego Księcia Konstantego lub marszałka Rokossowskiego. Branżowym konfliktom nie jest w stanie zaradzić, patologii nie potrafi (nie chce?) ukrócić. Za to skonstruował bardzo wielodzietną rodzinę ku chwale prokreacji. Nic by mi do tego, prywatna to wszak sprawa, w wielu przypadkach godna podziwu, gdyby swoimi „sukcesami” nie obciążał już naszego wspólnego imienia i budżetu.
Ciekawy i — jak sama to określiła — subiektywny obraz polityki zdrowotnej ukazała pół roku temu na portalu naTemat.pl Anna Kaczmarek. Autorka, nie skupiając się zbytnio nad nepotyzmem stosowanym, wymienia tam osiem grzechów głównych pana ministra. Nie będę powielał uznając za swoje, sam artykuł podlinkowałem, gdyż długawy a wart zgłębienia. I oto już w trakcie pisania dowiedziałem się ze strony koduj.24, jakby na potwierdzenie jednego z tam wymienionych grzechów, że cukrzycy będą mieli do dyspozycji zagraniczną insulinę produkowaną przez giganty farmaceutyczne. Ta polska, państwowej Polfy Tarchomin, przepadła, choć 27 razy tańsza (sic!). To tylko jeden kwiatek i jego cień w osobie pewnego odpowiedzialnego wiceministra.
Gdzieś w głębokim tle tego medycznego bałaganu rozmydla się przysięga Hipokratesa, a tworzone przez lata na jej kanwie kodeksy etyczno-deontologiczne ledwo widoczne są zza zasłony dymnej narodowo-katolickości. Dziś klauzula sumienia w parze z indywidualnym wyważaniem problemu są wyznacznikami wszelkich działań medycznych tłumiąc skutecznie „Po pierwsze nie szkodzić”. Daje to spore pole manewru w sytuacjach wymagających niejednokrotnie szybkich decyzji i działań. I stoją za tym habilitowane i profesorskie tuzy. A lekarze, co wynikało chociażby z przyjacielskich rozmów przeprowadzanych lata temu z nieżyjącym już etykiem dr. n. med. Aleksandrem Tulczyńskim, którego miałem zaszczyt znać osobiście, nie zawsze miewali czyste intencje i sumienia. Zwłaszcza ci w służbie ideologiczno-religijnej. Takie to podwórko pana ministra szlachetnie urodzonego dla szlachetnej zmiany, który i poczucia humoru pewnie nie ma takiego jak niejaki Ildefons, od którego mógłby dostać prztyczka w nos sentencją: Nie jesteśmy, by spożywać urok świata, ale po to, by go tworzyć i przetaczać przez czasy jak skałę złotą.
Ubawiło mnie setnie kilka dni temu Waldemara Mystkowskiego z koduj.24 określenie miny jaśnie nam niepanującego nad własną nicością po ciemnej stronie mocy, imć Pana P-rezydenta, jako Pi Er Kwadrat. Bomba! Chciałbym kiedyś ujrzeć ogłupiałe miny wymalowane na buźkach panów Konstantych, Antonich i Joachimów stających przed ludowymi trybunałami. Ogłupiałe, no bo przecież tak dobrze żarło, a zdechło. Proponuję dla nich określenie Pi Er Kwadrat Do Kwadratu. W kwestii praw autorskich dogadam się z redaktorem Mystkowskim.
I ciekawostka ostatnia. Nasz pan Konstanty po dziesięciu latach bojów odzyskał rodową posiadłość w Jadwisinie nad Zalewem Zegrzyńskim. Rok zwlekał z formalnym jej odbiorem, by za pięć dwunasta przed wejściem w życie pisowskiej ustawy o obrocie ziemią sprzedać ją w ciągu kilku dni. Wydobyłem stąd nieśmiertelną prawdęradę, której zresztą hołduje cała nowa zmiana: choć przy korycie na dwoje babka wróżyła, bo można się uchlapać, ale i nachłapać też. Ryzyko jak widać po frekwencji opłacalne. Tylko jak się tu dopchać, skoro całe familie depczą sobie po piętach. Toż mi Wujcio Dobra Rada. No to ja teraz, nabijając się z PRL-owskiego gomułkowego matołectwa typu: „Syjoniści do Syjamu”, doradzam skromnie: „Konstanty do Konstantynopola”.
Dziś losy Polski zależą również od tego, ilu jest w kraju chętnych, by postępować jak Konstanty radził był.
WaszeR Londyński



Kościół już chyba wszystko odzyskał z naddatkiem, dostając jeszcze, w odróżnieniu od chamów, przywilej nieograniczonego handlu ziemią. Kresowe książęta i inni dobrze urodzeni, jak widać, są w trakcie. Jeszcze trochę, a wojsko znowu będzie śpiewać: „A pułk piąty rusza w pole po majątki na Podole”.