25.01.2026
(Poświąteczna reminiscencja)
Jak oni to zrobili, do dziś nie wiem żyjąc przypuszczeniami. A chodzi mi o efekt magii połączonych pierwiastków czasu, miejsca i więzi. O wywołany tym w mojej podświadomości miraż, uchwycone pierwszym strzałem wzroku złudne istnienie czegoś mistycznego na kanwie tego najzwyczajniej realnego, ludzkiego, co też – notabene – było gołym okiem widać po chwili.
Abrakadabra jakaś, ani chybi!
*
Święta Bożego Narodzenia już takie są, że ludziska wloką się nieraz z końca jakiegoś rodzinnego świata w drugi jego kraniec, bez względu na dzielący te dwa punkty dystans, nie oglądając się na atmosferyczne przeszkody, choć to czas zimowego armagedonu, co drzewiej bywało regułą, niejednokrotnie machając ręką na problemy zdrowotne lub chwilowe nienajlepsze samopoczucie. Ważne było przecież doznanie rodzinnej więzi wyższego szczebla, jego potwierdzenie w uroczystym i obszerniejszym, tak nieczęsto występującym, gronie. Czasami nawet o spotkanie z duchami antenatów chodziło, kiedy podążało się do rodowego sprzed lat siedliska. Dorośli wzruszali się na myśl o pogaduchach w kręgu świątecznego miru – z kim to jeszcze da się tym razem, dzieciarnię najbardziej frapowały te spodziewane, podchoinkowe pakunki, mniejsze lub większe, kanciaste bądź zaoblone, kształtne, nieforemne, wszystkie zamaskowane zdobnym papierem i obwiązane wstążkami zakończonymi finezyjnymi nieraz kokardami. Młodzież zaś, w gotowości na zawołanie, próbowała być pomocna starając się jakoś odnaleźć w tej tym razem podniosłej śluzie między z lekka pogardzanym już dziecięctwem, a nie całkiem jeszcze rozumianą dorosłością. Ale ani nawet podekscytowanie, ani silne wzruszenie tudzież irracjonalna czasami niechęć nie były w stanie zamglić radości i zadowolenia z biesiadowania przy wspólnym stole pośród niecodziennych smakołyków wyczarowanych wyłącznie na tę jedyną okazję. Niepodzielnie królowała nieobojętność na bożonarodzeniowe bodźce.
*
Wspomniana wyżej „abrakadabra” była ułamkosekundową iluzją, omamem, jakim narząd wzroku – oko, permanentnie karmi obszar kory potylicznej mózgu, zmuszając ów biologiczny komputer do błyskawicznej analizy, weryfikacji i przedstawienia właściwego obrazu postrzeganego detalu bądź kompozycji. Tak było i tym razem. A ponieważ czas był wigilijno-świąteczny, tedy…
Widok w zwartym przytuleniu grupy rozradowaniem okraszonych osób siedzących łukiem za niewysokim stolikiem do deserowych propozycji, ze strojnym iglakiem w tle i pląsającym w kominku płomieniem, skąpanych w ciepłych, żółto-złotych ugrowych barwach oświetlenia, natychmiast wywołał wrażenie stajenki z jej podniosłym choć naturalnym, wzruszającym i tonującym wpływem. Gwałtownie, oczywiście, wróciła świadomość wtłaczająca w oczy bezsens takiej interpretacji. No bo jak osobom z fotografii przypisać obiegowe mitologiczne role z czasów narodzin Zbawiciela w „przepychu” stajenkowej scenografii? Nie do wykonania w tym wypadku! Jedynie Józef dał się od biedy rozszyfrować jako szczęśliwy patriarcha rodu, jako ten symboliczny rzemieślnik, mistrz słowa, swoją pracą utrzymujący rodzinę i roztaczający nad nią pieczę.
Rodzina kompletna – co ja mówię! – nadkompletna nawet, a przynajmniej, by nikogo nie urazić, wyjątkowo rozbudowana, chociażby o czarnego, filozoficznie usposobionego osobnika wabiącego się PanKot Freud, który pono dobrodusznie zignorował rokroczną, wigilijną dla zwierząt dyspensę od miauczenia.
Zagłębiając podekscytowany nos w komputeropis stwierdzałem z niemałym zdziwieniem i ukontentowaniem, że na tym nie kończą się tajemnice i niespodzianki z zasobów tej rozpromienionej radością świętej-nieświętej familii. O wszystkim nie sposób, bodaj z tego powodu, by niektóre elementy rodzinnej enigmy, choć tam przedstawione, tu pozostały nieujawnione dla zaostrzenia apetytu potencjalnych czytelniczych szperaczy. O jednym jednak wspomnieć muszę z powodu przezabawnego przedstawienia rzeczy i zaskakującego finału. Otóż najważniejszy, według Józefa, prezent świąteczny przyleciał z Kanady, nieuszkodzony, choć nieopakowany, składał się z dwóch bliźniaczopodobnych „elementów”; prezent, który rozbrajającym działaniem wprawił w euforię całą rodzinę, a zaraz po świętach powrócił tam, skąd przybył. Intryga nie do końca wyjaśniona dała kuksańca domysłom. No, Agatha Christie pewnie w pas się kłania!
*
Dom był. Jest. Ta współczesna symboliczna stajenka dająca bezpieczne schronienie i rodzinne ciepło ludziom w symbiozie z przyjaciółmi ze świata zwierząt. Było wesoło, zwyczajnie, bez napięć i bez ideologicznych zapasów sumo przy stole (…). By na koniec, nad wibrującymi jeszcze emocjami i zapachami, mgielnymi, szerokimi pasmami zaciągnęła woal błoga cisza. Nie ta niezręczna, tylko ta dobra, domowa, miękka jak koc, pod który można się wsunąć bez tłumaczeń. Dopiero teraz mogło na jej spokojnych falach przybyć z tamtej strony wspomnienie Rodziców i tak przecież, wbrew pozorom, obecnych w domowej, nie tylko uroczystej, codzienności. Wigilia i dni świąteczne nie potrzebują fajerwerków. Wystarczy, że dom nie jest pusty, nawet kiedy robi się cicho. Wystarczy, że ktoś jest obok. Albo był. Albo będzie.
*
Brzmi to prawie jak baśń, ale nią nie jest, na potwierdzenie pisane kursywą cytaty. A com napisał wiem z komputerowych manuskryptów Józefa odnalezionych dziwnym zbiegiem okoliczności w czeluściach internetowych jaskiń. I na jego też prośbę, jam – usłużny skryba – umieścił na zakończenie przekazu następującą enigmatyczną inskrypcję:
Tu byłem – Jezus Zapodziany, grudzień 2025
WaszeR d. Londyński

Na szczęście są takie kulturowe przytułki, w których niezależnie od naszego stosunku do religijnej proweniencji tychże „mieszkamy” przez rok cały, a w dni takie szczególne nawet fizycznie, co traktujemy nieomal jako ziszczenie się cudu, który rok cały nieśmiało błąkał się po naszych myślach. I dobrze! Bez nich nie bylibyśmy sobą.
Co zaś do dyspensy dla zwierząt, to …
https://www.youtube.com/watch?v=yMj_So-JevY&list=RDyMj_So-JevY&start_radio=1
Wesołego po Świętach 🙂
Wesołego!