Stwierdziłem niedawno, że właściwie wszystko, co już miałem do powiedzenia (czyli napisania), to już w Studiu Opinii powiedziałem (czyli napisałem).
Dlatego, zanim wymyślę coś nowego, będę przeprowadzał wywiady z ciekawymi ludźmi. Najciekawszą osobą, jaką znam, jest prof. dr hab. Michał Leszczyński, fizyk z wykształcenia, biurokrata z zawodu, a do tego autor infantylnej książeczki „Przygody Dzielnego Wojaka Fizyka”. Profesor przyjął mnie w swoim domu, jednocześnie pisząc jakiś raport, oglądając TVN 24, słuchając TOK FM, jedząc kolację z dużą ilością wina, udając, że rozmawia przez telefon z Barakiem Obamą, a osobiście rozmawiając ze swoją Żoną, no i ze mną.
Oto ten wywiad:
H: Coś pan, panie profesorze, jakiś markotny?
ML: Bo czuję się bojowo, ale ch…owo.
H: Coś w pracy nie tak? Lasery nie świecą?
ML: Te, co my robimy, świecą bardzo dobrze. Jako ciekawostkę powiem, że niedawno założyliśmy w Glasgow spin-off z TopGaNu o ambitnej nazwie TopGaN Quantum Technologies. Założyliśmy tę firmę w Szkocji, bo w UK-eju mają wielki program „Quantum Technologies” i zaprosili nas, żebyśmy dostarczali wyspecjalizowane lasery do zegarów atomowych. Co ciekawe, założenie firmy, napisanie wniosku kilkustronicowego, rozpatrzenie tego wniosku i przyznanie grantu zajęło 3 tygodnie. Gdybyśmy w Unii Europejskiej potrafili tak działać, pewnie by do Brexitu nie doszło.
H: A po co komu taki zegar atomowy?
ML: Do komunikacji satelitarnej, różnych GPS-ów. Jak można czas zmierzyć superdokładnie, to ta komunikacja może być szybsza, a określanie pozycji na Ziemi dużo precyzyjniejsze. Już teraz bezzałogowa maszyna rolnicza może orać z dokładnością do 1 cm dzięki tym GPS-om.
H: Czyli przed polskimi niebieskimi laserami świetlana przyszłość?
ML: Może być świetlana, bo fioletowe, niebieskie i zielone lasery naprawdę spowodują rewolucję technologiczną porównywalną z wprowadzeniem białych LED-ów, zresztą także opartych o półprzewodniki azotkowe (GaN-AlN-InN). W niektórych przypadkach lasery zastąpią LED-y; na przykład, nowe modela Audi i BMW mają już światła drogowe oparte o lasery. Są one jeszcze koszmarnie drogie, ale na początku wszystkie takie wynalazki są drogie. Zastosowań azotkowych laserów jest bardzo duże – np., projektory laserowe, także trójwymiarowe, małe do montowania w komórkach, większe zaś zastąpią telewizory, a jeszcze większe będą billboardami i projektorami kinowymi. Ale to tylko przykład, lasery azotkowe znajdą zastosowania w przemyśle, w wojsku, medycynie, telekomunikacji. Jak będę miał kiedyś trochę czasu, to ci napiszę artykuł o tym.
H: Czyli jest dobrze?
ML: W dwóch słowach tak. „Jest dobrze”. Ale już w trzech słowach: „Nie jest dobrze”. Uruchomienie produkcji high-high-tech o większej skali nie jest w Polsce łatwe. Firmy high-tech (jedno high) typu Solaris, czy PESA są jeszcze za małe, aby inwestować w high-high-tech, a wielkie firmy typu Orlen, czy KGHM nie dojrzały jeszcze do stania się polskimi czebolami. Zresztą obecni prezesi takich państwowych firm żadnych ryzykownych inwestycji nie będą robić ze strachu, że ktoś ich kiedyś posadzi.
H: Czyli raczej pójdziecie w rynki niszowe?
ML: Na razie tak, ale marzeń o wielkim polskim przemyśle opartym o półprzewodniki azotkowe nie straciłem. Nie straciłem, bo technologia jest bardzo trudna, a w Polsce jest sporo absolutnie unikatowego know-how i zmarnowanie go byłoby głupotą przy bardzo rzadkiej sytuacji, kiedy jeszcze wielkiego rynku nie tylko na azotkowe lasery, ale i tranzystory, jeszcze nie ma, i nie jest za późno, żebyśmy na tych nowych rynkach zaistnieli.
H: Zmieniając temat, przeczytałem z przerażaniem, ale i z rozbawieniem, że wstąpiłeś do partii Nowoczesna. Znając cię już tyle lat, w życiu bym cię do swojej partii nie przyjął, bo z twoimi poglądami raczej będziesz odstraszał wyborców, a nie ich przyciągał. No więc, dlaczego wstąpiłeś do partii, i dlaczego cię przyjęli?
ML: Hazelhardzie kochany! Wstąpiłem pod wpływem twoich artykułów, w których pisałeś, że za obecny syf każdy z nas jest odpowiedzialny. W szczególności dotyczy to ludzi nauki, którzy dopuścili do upadku edukacji, no i teraz młodzi ludzie wybrali to, co wybrali.
H: No i co teraz w tej Nowoczesnej będziesz robił?
ML: W głowie mam trzy priorytety: Po pierwsze primo, przekonać Zarząd Nowoczesnej, że stworzenie innowacyjnej gospodarki to nie jest program na 4 lata; to jest bardzo wielowymiarowy problem, który wymaga i wielkiej mądrości, i cierpliwości, i dużych pieniędzy. Po drugie primo, chciałbym doprowadzić do spotkania środowiska nauczycielskiego i świata nauki, abyśmy potrafili zmienić szkołę tak, aby przygotowywała dzieci do życia w roku 2040, a nie, jak teraz, w roku 1956. Po trzecie primo, chciałbym przygotować przyszłego Ministra Nauki i Ministra Gospodarki z Nowoczesnej, aby wiedzieli, w jakie dziedziny nauki powinni inwestować. Możemy się natrząsać z baraku kompetencji Minister Kudryckiej, Leny Kolarskiej-Bobińskiej, czy obecnego Ministra Gowina, ale naprawdę, rozsądzić, czy lepiej inwestować w polski grafen, czy polskie lekarstwo na raka wątroby, jest niesamowicie trudno. A nie można inwestować we wszystko, bo na to pieniędzy nie mamy. Dlatego, mam nadzieję, że przez najbliższe trzy lata uda się nam zdobyć wiedzę o obecnych polskich atrakcyjnych technologiach oraz o światowych rynkach przewidywanych na następne dziesięciolecia.
H: Przyznam się, że nazwa partii „Prawo i Sprawiedliwość” zawsze mnie wpieniała, bo ani prawo, ani sprawiedliwość. Do nazwy „Nowoczesna” też miałem zastrzeżenia, bo nie widziałem w tej partii nic nowoczesnego. Z tego, co Ty mówisz, to faktycznie nazwę „Nowoczesna” bierzesz na serio. Ale, czy twój agresywny antyklerykalizm i skłonność ku żartom pornograficzno-klozetowym nie będą balastem dla twojej partii? Jak ktoś przeczyta twoje wpisy na Facebooku, to w życiu nie zagłosuje na Nowoczesną.
ML: Myślę, że nigdy nie będę kandydował na żadne stanowiska, więc partii nie zaszkodzę. Ale moja główna myśl jest taka, że chciałbym, aby na temat religii, zarówno od strony organizacyjnej, jak i merytorycznej, można było swobodnie dyskutować w szkole i w mediach. Religia jest obecna w naszym świecie i warto wiedzieć na jej temat jak najwięcej. Przykładowo, jak rozmawiam z różnymi religijnymi ludźmi, a oni nie wiedzą, kiedy zmieniono dekalog z oryginalnej wersji biblijnej na obecnie używaną, albo nie wiedzą, kiedy wprowadzono pojęcie otchłani i czyśćca, to mnie diabli biorą, bo uważam, że jak ktoś przynależy do jakiejś organizacji, to powinien podstawową wiedzę na jej temat mieć. Natomiast Kościół robi wszystko, a nasze władze państwowe to popierają, żeby nikt podstawami wiary się nie interesował.
H: Diabli cię biorą, w które podobno nie wierzysz. Ale w zasadzie mówisz to samo, co ja piszę.
ML: Zawsze staram się zrobić przyjemność ludziom i mówię to, co oni myślą. A przynajmniej, wydaje mi się, że wiem, co myślą. Przykładowo, jak rozmawiam z kimś z Białegostoku zachwycam się Jagiellonią, a jak z kimś z Madrytu, to Realem. Chociaż jestem kibicem Barcelony! Dlatego też mówię to, co ty napisałeś.
H: Czyli jesteś zwyczajnym hipokrytą?
ML: Tak, hipokrytą, hipolitą, hipochondrykiem, hipopotamem, hiphopowcem, hiperbolą, a nawet hipergleukemią.
H: Bardzo dziękuję w takim razie za rozmowę.
Hazelhard


Jeszcze jak profesor powie, że ma kota to uznam, że poznałem ideał naukowca 🙂 Hazelhardzie, zapytaj go, koniecznie!
A tak serio, to zastanawiam się czy nie dałoby się gadać ze środowiskiem nauczycielskim z pominięciem wszelkich ich dziwnych ZZ i przekonywać ich do „wzięcia się w garść” i zabranie się do uczenia w warunkach jakie mają w sposób przydatny Twojej dacie 2040?
Chciałem zacząć u siebie od nauczycieli historii, ale muszę chwilowo się wstrzymać ze względu na czekające nas reorganizacje, bo nie wiem gdzie, jakie i ile szkół będzie w mojej wiosce.
Panie J.Luku, niech się Pan śpieszy. Forpoczty „historyków” ipeenowskich już szkolą nauczycieli historii, prowadzą pogadanki i obdarowują słuchaczy materiałami propagandowymi. To chyba groźniejsze niż ich akcje w przedszkolach.
Wiem o tym, jest jeszcze gorzej. Z rekomendacji (z naciskiem na „mendację”) prowadzą takie zajęcia ludzie spoza branży historycznej, za to odpowiednio zideologizowani. Niektórych nawet znam.
Nasze działanie świeżo założonej organizacji ma właśnie temu przeciwdziałać.
Proponuje profesorowi ogladac TVN i TVP info symultanicznie ( najlepiej komentarze tych samych wydarzen ) i rozpoczac jakas oddolna inicjatywe w partii N w celu wybrania rzecznika prasowego wypowiadajacego sie bardziej zbornie i logicznie niz szef.
Mam w planach spotkania z Nauczycielami. Opiszę swoje wrażenia, ale do tej pory, jak słuchałem debat o edukacji, miałem smętne wrażenie, że nie potrafią Oni być showmanami, raczej są nudni, nawet jak mądrze mówią.
Masz rację, ale to Twoje zadanie dostarczyć im takiego materiału, przy którym mogą się poczuć showmanami.
Tak to przynajmniej rozumiem i tak przygotowuję materiał na te spotkania.
Większość z nich wykańcza szkolna rutyna, a więc trzeba im pokazać, że nie odchodząc na krok od programu, bo są obowiązani go realizować, można zrobić coś co zaciekawi ucznia.
mnie wprawdzie wyrzucili z fizyki przed udzieleniem wywiadu, ale pomysł z laserami przedni, jednak onegdaj redaktor Miś zwrócił naszą uwagę na nadprzewodnictwo w którym także utkwił potencjał.
Nauczyciel to nie showman drodzy Panowie.
Nauczyciel to kreator postaw społecznych a nie wyłącznie wbijacz wiedzy jakiejkolwiek do łebka od małości.
Nauczyciel to korektor domowych niedostatków wychowawczych.
Nauczyciel to osobnik co powinien być społecznikiem niezależnym od własnych poglądów politycznych.
Są jeszcze tacy.. ponoć są.. trzeba ich szukać i zwyczajnie szanować.
Nauczyciel, Mistrz, Metr, Guru…. to zawsze ta sama postać której mamy powierzyć nasze potomstwo
aby było lepsze od nas. Jeśli to jest celem naszego życia.
Michał użył słowa showman w przenośni wskazując to o czym Pan pisze. Aby nie był wyłącznie wbijaczem wiedzy. Czasem cały pic polega na atrakcyjności przekazu.
W szkole na lekcjach historii słodko zasypiałem kiedy mi truli np. o folwarkach, które mnie guzik obchodziły. Jako student stwierdziłem, że temat wcale nie jest taki nudny. Jako dorosły zobaczyłem w tym temat, którym można zaciekawić studenta, ucznia i w zasadzie każdego. Przetestowałem – da się! I jak najbardziej nadaje się do kształtowania postaw społecznych, o których Pan mówi.
Najsłuszniejsza idea polegnie w szkole jeśli zmierzy się z nauczycielską rutyną, a sam nauczyciel nie będzie do niej przekonany.
słyszałem, że istnieją takie kraje, np. Szwajcaria, w których nauczycielom płaci się rozsądne pieniądze za pracę, być może z tego względu żeby doceniając wagę zawodu ułatwiać samorozwój jednocześnie zapewniając sobie możliwość weryfikacji i wyboru najlepszych, niewykluczone jednak, że Szwajcarzy mają już po prostu zbyt dużo kasy i opuścił ich rozum, alternatywna teoria głosi bowiem, że dopiero trzymany na lekkim głodzie nauczyciel ujawni w pełni swoje możliwości.
Nie wiem jak w Szwajcarii, ale w Chinach na przełomie lat 70/80 pensja nauczyciela była ponad dwukrotnie wyższa, niż robotnika przemysłowego. W Polsce proporcje bardziej, niż odwrotne.
Dawniej bywało różnie. Komisja Edukacji narodowej w XVIII wieku zalecała, by płaca nauczyciela była „godna”. I była. 300 złp na rok to wtedy było sporo.
Pod zaborami już nie, ale też zależy jaka szkoła i w jakiej miejscowości. Mam fajne materiały z Galicji i zaboru pruskiego. Są tam m.in. porady co i jak ma hodować nauczyciel, by dorobić do pensji 🙂
Nauczyciele w miastach miewali lepiej, ale bez szału.
Natomiast status nauczyciela jako urzędnika państwowego był zupełnie inny, niż dziś. Niestety, współcześni wolą Kartę Nauczyciela broniącą kiepskich belfrów, niż wysoki status dla dobrych.
Szwajcaria jest pod takim względem zdaje się przykładowa w Europie, natomiast w biedniejszych krajach postępująca dywersyfikacja rynku edukacji, tj. szkoły także prywatne i społeczne, miałaby taką zaletę, że włączyłaby skuteczniej pozytywne zasady weryfikacji także budując status zawodowy, w konsekwencji pozytywnie oddziaływując na dominujący sektor publiczny. Należałoby to oczywiście przeprowadzać rozsądnie nie prowadząc do pauperyzacji publicznej edukacji tak jak np. do pewnego stopnia stało się w Stanach Zjednoczonych.
Ma pan rację, ale dla nas to wciąż pieśń przyszłości. Teraz w szkołach prywatnych (większości) decydują nienajmądrzejsi, ale za to bogaci rodzice. „Płacę i wymagam” Sęk w tym, że on wymaga na ogół dobrego świadectwa, a nie wiedzy u dziecka. Koło mnie jest „szkoła amerykańska” gdzie posyła swe dzieci bratanica największego polskiego patrioty, Martusia.
Co bardziej normalni nauczyciele uciekają stamtąd najdalej po roku.
Jezuici próbowali stworzyć szkołę niezależna od rodziców. Utrzymała się – fakt, że na wysokim poziomie – trzy lata.
Wyobraźmy sobie nauczyciela kontrowersyjnego, ale showmana, który opowiada o traktacie ryskim jako koszmarnym błędzie Piłsudskiego, przez który Polska nie odzyskała pozycji mocarstwa, przez który mieliśmy II wojnę światową i okupację sowiecką (tezy redaktora Zychowicza). Uczeń po takiej lekcji leci do internetu, pisze do Luka, pyta rodziców, czyta inne książki, i wyrabia sobie zdanie na ten temat.
Wyobraźmy sobie teraz nauczyciela niezwykle kompetentnego, ale nudziarza, który tak przynudza, że żaden uczeń po tygodniu nie pamięta, o co chodziło w tym traktacie.
Który z nich jest lepszym nauczycielem? Ja nie mam wątpliwości. Nauczyciel ma pobudzać do myślenia, do szukania prawdy na własną rękę, a nie przekazywać wiedzę.
„Uczeń po takiej lekcji leci do internetu, pisze do Luka, pyta rodziców, czyta inne książki, i wyrabia sobie zdanie na ten temat.”- Panie Profesorze ! Pan teoretyzuje ! ( Oczywiście kłaniają „Fachowcy” Kofty i Friedmana .) Ilu uczniów tak postąpi ? Dla ogromnej większości wystarczy wiedza, że wszystkiemu winni są Żydzi. Czy wśród nastolatków biegających w koszulkach sławiących „żołnierzy wyklętych” spotka Pan choć jedną osobę, która powie cokolwiek o ofiarach tych „żołnierzy” ? Zgodnie z zapowiedzią „prezydenta ” Dudy nawet na lekcjach fizyki ( po co nam jakieś tam lasery, czy fale grawitacyjne, których nie widać w Juracie ) i matematyki będą uczyć się życiorysów „żołnierzy wyklętych”.
OK, „winę” Żydów też powinniśmy w szkole prześledzić przy okazji traktatu w Rydze. Pytanie do Luka: czy Żydzi przyczynili się do tego traktatu?
Młody człowiek biega w koszulce z Żołnierzami Wyklętymi, bo nikt mu nie zasugerował, że bieganie w koszulce z kotem Schroedingera jest dużo bardziej „sexy”.
Tego typu bzdury dość łatwo jest ośmieszyć, a młodzież jest bardzo podatna na śmiech. Ośmieszenia boi się bardziej, niż czegokolwiek więcej. Ale nauczyciel musi to wiedzieć i zrobić. Czy mu się będzie chciało? To już pytanie o stan kadr.
Panowie, spokojnie. Tu są dwie różne sprawy, jak rozumiem. Hazelhard teoretyzuje? Tak, ale to coś w rodzaju wskazówek, programu na przyszłość, tylko musi on być opracowany całościowo. Na dziś mamy tak, że nauczyciel ma niewielkie pole manewru, bo jego obowiązkiem jest realizować program i od tego nie ucieknie czy nam się to podoba czy nie. Na dziś należy więc dostarczyć mu „amunicji” w ramach istniejącego programu (o ile on istnieje, bo od pani Zalewskiej wiele się nie dowiemy).
Drogi Profesorze.
„Nauczyciel ma pobudzać do myślenia, do szukania prawdy na własną rękę, a nie przekazywać wiedzę.”
To jest ten cholerny stereotyp powielany przez szacowne grono ludzi zasiadających na jakichś tam katedrach.
Pełna zgoda, ale to zaczyna działać od momentu kiedy pojawia się myślenie abstrakcyjne u młodego człowieka.
Kiedy ten człowiek posiada zasób słów i synonimów kontekstowych pozwalający mu ma głębsze zainteresowanie czymś tam, a wtedy coś staje się pasją, głodem poznania.
Stale słyszę, że obecnie studenci prezentują sobą poziom pierwszych klas liceum z przed lat wielu.
Edukacja zaczyna się w wieku przedszkolnym, to nauczyciele w przedszkolu uczą zachowań, tworzą nawyki i poszerzają słownictwo i rozumienie słowa w zależności od kontekstu. To w przedszkolu dzieci nabierają nawyku brania książki do ręki. To w przedszkolu uczą się podstaw empatii i to trwa lat trzy. Potem idą w kierat szkolnej edukacji gdzie nauczyciel ma w pojedynkę
do okiełznania dwa razy liczniejsza grupę dzieci od tej w przedszkolu.
Efektem jest brak dozoru i powolne zanikanie nawyków wyniesionych z przedszkola.
Powstaje regres kompensowany przez zamożniejszych rodziców dodatkowymi zajęciami które mają przynosić dochód prowadzącemu czy też instytucji która organizuje zajęcia.
Od małego, dziecku tłoczy się do głowy bajki związane z religią wyznawaną przez rodziców i otoczenie. I nie jest istotne jaka to wiara, dziecko nasiąka specyficzną kulturą związaną z własnym środowiskiem i rodziną która kształtuje tradycyjne postawy ludzkie uważające wyznawców innych religii za obcych, gorszych ludzi.
To jest ten pierwszy podstawowy etap edukacji człowieka na całym świecie.
To jest baza wszystkiego a nie budzenie zainteresowania dzieci abstrakcjami których nie są w stanie pojąć.
Wybitne jednostki przechodzą przezeń obronna ręką, szkopuł w tym że to są jednostki.
Podstawą rozumienia czegokolwiek jest słownictwo i jak napisałem rozumienie danego słowa w kontekście.
Dziecko ze swej natury nie posiada dużego zasobu słów z czym mam w mojej pracy żywe dowody od lat.
Rozwój emocjonalny też nie idzie w parze z wiekiem co nie jest tajemnicą.
Dlatego do absurdalnych zadań można poderwać wyłącznie młodych ludzi którzy jak to sie mówi pozbawieni są wyobraźni.
No to do roboty, proszę budować tę wyobraźnię, najlepiej od małego.
A wtedy dwunastolatek potrafi powiedzieć szkolnemu psychologowi. Dlaczego podejmowała sie pani tego zadania o którym wiedziała pani że nie będzie zrealizowane bo zabraknie na to czasu?
Kocham takie dzieci… i w nich pokładam nadzieję na przyszłość.
Pozdrawiam Panów Edukatorów
To co pan napisał potwierdza tezę, że nie można się brać za to co nam akurat dziś wpada w oczy, ale opracowywać system całościowy. Od przedszkolaka do studenta. Każdy inny będzie nie dość, że ułomny to jeszcze bezskuteczny.
Hazelharda rozumiem tak, że równolegle trzeba pracować nad nauczycielami, bo wyjątkami są niestety ci, którzy potrafią „poderwać ucznia do lotu” . A jest to możliwe jeśli mamy do czynienia z dzieciakiem o jakim pan pisze.
Dlatego obecna reforma oświaty jest tak kiepska, bo ona w ogóle nie dostrzega ludzi. Ani ucznia ani nauczyciela. Pozbawiony sensu i wyraźnego celu schemacik z cyferkami dla etapów edukacji to nie jest reforma.
a ja z uporem swoje, żeby ludzie zmieniali się na lepsze powinni chcieć (i potrafić) się zmieniać; o ile sobie dobrze przypominam reform edukacji w sensie programowym mieliśmy już całkiem sporo, w zasadzie mam wrażenie, że jesteśmy ciągle zanurzeni w czymś na kształt pełzającej reformy, raz to sobie przyspiesza to znowu zwalnia, w zależności od tego komu i (niestety) po co zachce się przy szkołach pomajstrować; oczywiste intuicje są takie, że program szkolny powinien od pewnego wieku opierać się na profilowaniu specjalizacji i jednocześnie zachować wysoki poziom matury ogólnokształcącej – to jak takie cele godzić powinno wychodzić od praktyków, tj. nawet nie w drodze konsultacji, lecz zaczynać się od identyfikacji potrzeb przez nauczycieli i ich woli zmian, i tak wróciliśmy do poziomu merytorycznego oraz motywacji wśród kadry, ten zawsze będzie zróżnicowany lecz wartałoby dbać o to by jego rozkład w sensie statystycznym był co najmniej normalny; że problemów zdaje się całkiem sporo należałoby rozpocząć od tych które skutecznie blokują pozytywną ewolucję systemu, myślę, że do podstawowych należy niski poziom wynagrodzeń oraz ich zbyt płaski rozkład w zależności od podnoszonych kwalifikacji.
Z pewną nieśmiałością przyznam się do tego że kończyłem szkołę w PRLu. Nauka była dość schematyczna, wymagano pamiętania a nie myślenia. Na historii raczej dat i gotowego wyjaśnienia podawanego przez nauczyciela, podobnie na polskim gdzie wiadomo było że Słowacki i Krasicki to byli wieszcze – bez wnikania dlaczego itp. Studia wyglądały podobnie, tyle że niepotrzebnego mi materiału miałem do zdania o wiele więcej no i mówiono mi per pan. Jakoś nie wyrosłem na tępaka (choć mama mi mówiła że rozwijam się powoli i wszystko w swoim czasie).
Podejrzewam że podobną edukację przeszli nasi starsi koledzy ze Studia Opinii. I jakoś się nie wykoleili.
Myślę że dużo zależy od uczniów. „W iskier krzesaniu żywem materiał to rzecz główna” jak powiedział Boy. Kto ma iskierkę ciekawości świata po tym głupoty spłyną jak woda po gęsi.
głupoty spłyną ale gąska może czym należy nie nasiąknąć, edukacja powszechna skomplikowała się chyba przede wszystkim o tyle, że aby przygotować dostatecznie dobrze do większej ilości kierunków studiów technicznych powinna mieć możliwość robić to na odpowiednim poziomie, tymczasem zdaje się, że jest odwrotnie.
Przejęzyczenie! Znakomitego Krasickiego zaliczyłem do mętnych wieszczów, a chodziło mi o Krasińskiego.
„Podejrzewam że podobną edukację przeszli nasi starsi koledzy ze Studia Opinii. I jakoś się nie wykoleili.”
Może jeszcze nie, ale ja np. wciąż się staram 🙂
znam ten ból, nie jest to takie proste
Spędziłem prawie 30 lat jako nauczyciel akademicki i potwierdzam kilka obserwacji na które państwo zwróciliście uwagę:
– najważniejsze są cechy nauczyciela czy on sam kocha to co robi, czy przekazuje wiedzę z pasją czy „ze zwieszonym ryjem”, jedna z form zwieszonego ryja jest wyświetlanie prezentacji i czytanie smętnym głosem równoważników zdań z tejże,
– nauczyciel musi mieć w sobie coś z showmana, aktora – odrobinę próżności, ekspiacji, zmienności rytmu prowadzenia zajęć inaczej ludzie zasypiają dosłownie i w przenośni (mój ulubiony dydaktyk na którym się wzorowałem żartował onegdaj, że istnieją dwa wielkie „sukcesy” dydaktyczne – kiedy słuchacze zasną, ale jeszcze lepiej kiedy na koniec zaśnie i prowadzący,
– istnieją dwie szkoły dydaktyczne – pierwsza, kiedy prowadzący stara się do słuchaczy dotrzeć pod hasłem „zobaczcie jakie to proste”; druga kiedy prowadzący stara się słuchaczom udowodnić ” zobaczcie jaki jestem mądry”,
– z moich doświadczeń wynika, że przy najlepszym prowadzącym szczytem powodzenia jest zainteresowanie ok. 20% słuchaczy; przeciętnie nie więcej niż 5% a marnie ok. 1%; 80% zainteresowanie wywołuje wyłącznie opowiadanie dowcipów, najlepiej seksistowskich,
– masowość edukacji obniża jej poziom, ponieważ nauczyciel obiektywnie może poświęcić studentowi mniej czasu,
– kłopot współczesnej edukacji polega na tym, że percepcja słuchaczy jest coraz bardziej obrazkowo-symboliczna (ekran komputera, tv, memy) a przygotowanie prowadzących, zwłaszcza starszych, nadal zawiera się w kulturze słowa,
– dwa główne problemy przed którymi stoi współczesna edukacja w Polsce to rozbudzenie w słuchaczach skłonności do samodzielnego myślenia i poszukiwań odpowiedzi na ważne pytania, oraz zainteresowanie konkretną dyscyplina wiedzy.
W tej ostatniej sprawie moje doświadczenia z maturzystami nie są zbyt zachęcające.
Niezależnie od jakości nuczania i programów edukacyjnych, choćby najlepszych możliwych, niewiele uda się zmienić w przekroju społecznym. Nadal „wykształciuchów” czyli tych, co lubia się uczyć dla samej wiedzy, dla samego głodu poznania będzie <10%.
Choćby nie wiem, jak pasjonujące prezentacje robił j.Luk na temat przyłaczenia pomorza do Polski, choćby uczniowie oglądali to z zapartym tchem i rozdziawionymi szczękami, to może co dziesiąty zrozumie jak rewolucyjne wydarzenie to było i dlaczego.
Te opowieści o zaniżonym poziomie, o tym, że studenci obecnie prezentują poziom dawnych maturzystów – cóż – to cena umasowienia. Kiedyś studiowało znacznie mniej osób. Więc na studia przychodziła, w zasadzie z własnej woli, skondensowana grupa głodnych wiedzy pasjonatów.
Dziś przychodzi przekrój całego społeczeństwa, bo na byle jakim stanowisku w wymagania wpisuje się wyższe wykształcenie, więc takze wśród studentów grupa "wykształciuchów" zbliża się no może nie do 10%, ale do 20% – a więc i tak giną w tłumie.
Wydaje mi się, że to robi różnicę, a nie sama jakość kształcenia.
Co, nie znaczy, że nie trzeba szkoły reformować i ulepszać. Prowadzenie ciekawych zajęć, zainteresowanie uczniów – to jest ważne. Na każdych zajęciach. Szkoła powinna wykształcić w uczniach przekonanie, że wszystko może być ciekawe i godne zainteresowania. Że równie ciekawe i godne szacunku jest badanie łączliwości przyimków, jak i życia społecznego mrówek, że budowa fotonu jest tak samo godna uwagi, jak budowa skorupy żółwia caretta caretta, mostu czy staktu kosmicznego. Powinna uczyć, że każdy może mieć inne, równie dobre zainteresowania. No i powinna uczyć zadawania pytań (Że powtórzę postulat Hazelharda)
nie chodzi o to jak wielu lubi się uczyć dla samej wiedzy i jak na to wpływają cechy różnicujące pokolenia (chociaż juź edukacja powinna się do takich cech umieć dostosować) lecz aby szkoły nadążały za wymogami wyższej edukacji utrzymując przyzwoity poziom wykształcenia ogólnego, sytuacja przeciwna ma oczywiste negatywne konsekwencje społeczne; wprawdzie mrówki sobie radzą pomimo, źe pod względem szans na zmianę statusu społecznego mają zdaje się genetycznie pod kopczyk nie oznacza to jednak, że przykład wart społecznego naśladownictwa, przy czym nie poświęcałbym zbyt wiele uwagi próbom rozszczepienia fotonu.
W PRL-u miałem prywatną szkołę … języka angielskiego. Codziennie po 5 godzin lekcji z jednym albo dwojgiem dzieci. Była to dla mnie dobra nauczka, że najważniejsza jest forma nauczania. Jeżeli potrafiłem przez godzinę zadawać pytania typu:
„Have you ever pissed to the glass of your sister?” to zaśmiewając się potrafiliśmy Present Perfect nauczyć się błyskawicznie.
Natomiast jeżeli byłem zmęczony, to lekcja była zmarnowana.
(szkoła) … powinna uczyć zadawania pytań (Że powtórzę postulat Hazelharda)
Zgoda, pełna, ale odpowiedź też powinien pytający otrzymać..
Jest „taka sobie bajeczka” R.Kiplinga o Słoniątku które stale zadawało pytania otoczeniu i zamiast odpowiedzi otrzymywało klapsy. Tak działają dorośli w stosunku do dzieci.
Myślenie abstrakcyjne pojawia się najwcześniej w wieku 8-9 lat a najpóźniej 19-20.
Muzyka i jej wykonanie jest czystą abstrakcją. Dlatego nauczyciele w szkołach muzycznych wręcz zmuszają maluchy do uruchomienia wyobraźni a tytuły utworków dla dzieci są zawsze konkretem który można opisać słowami,
choćby „Marsz krasnoludków” Stałe pytanie, co widzisz?.. cisza.. jak wyglądają krasnoludki? I tu zaczyna sie problem, dziecko nie potrafi samo z siebie opisać obrazka który pojawić się powinien w głowie.
A jak maszerują? Szybko? Wolno? w bezładnej grupie? a może w parach?
Egzaminy do szkól muzycznych to tylko selekcja dzieci biorąca pod uwagę predyspozycje słuchowe plus inteligencja.
Reszty musimy nauczyć! A nie wiedzą czasem która ręka jest prawa, nie potrafią liczyć.. a tzw. kindersztuba? Związana ściśle z estradą i prezentowaniem się na niej? A poza estradą ma być podobnie!
Tego też uczymy bo bez tej kindersztuby muzyka nie istnieje.
A od samego początku nauki muzyki, dzieci mają do czynienia z ułamkami które należy zrealizować na instrumencie w określonym czasie.
To ta zbędna ponoć matematyka…
Moi adepci to rozrzut wieku od lat sześciu do dwudziestu i większość zawsze miała problemy z wyobraźnią nad czym usilnie wspólnie pracowaliśmy.
Proces wyjałowienia mózgu obecnie jest nasilony, bo wyobraźnię własną zastępują „gotowce” wszechobecne.
Ludzie zaczynają dzielić się na tych co powielają schematy i na tych co myślą.
Tych myślących nigdy nie było wielu, antycypowanie czegokolwiek stanowi obecnie większy problem niż dawniej,
a problem zwyczajnie istniał. Słowo matoł oznaczało zawsze brak wyobraźni. Popatrzcie na ludzi co rozmawiają przez telefony, nie są w stanie zrozumieć, że przemieszczanie się z z aparatem przy uchu jest potencjalnym zagorzeniem wypadkiem. Problem nie istniał jak były telefony stacjonarne. Umiejętność przewidywania to to coraz rzadsza umiejętność. To dotyczy wszystkiego!
Ludzie najpierw zaczynają działanie i nie zastanawiają się jakie to przyniesie skutki, jutro, za rok za lat dziesięć.
Przyszłość jest abstrakcją, to wszystko.
A w obecnym „nowym” systemie edukacji jakoś nie widzę rewolucji w tzw. wychowaniu muzycznym.
Jest zwyczajnie coraz gorzej, może dlatego że muzyka to też matematyka?
@ Magog:
„Jest „taka sobie bajeczka” R.Kiplinga o Słoniątku które stale zadawało pytania otoczeniu i zamiast odpowiedzi otrzymywało klapsy. Tak działają dorośli w stosunku do dzieci.”
Cóż – w tej bajeczce ewidentnie słoniątko było oduczane zadawania pytań. Odpowiedzi – to się rozumiema samo przez się. W przeciwnym razie bedzie jak w innej bajce. O chłopcu, który miał nauczyciela z kamienia. Czego uczył? Niezadawania pytań.
@ PK
Otóż mnie się wydaje, że szkoła nadąża. Tylko znów: w masie studentów, tego nie widać. Bo większość studentów nie jest zainteresowana studiowaniem. Są zainteresowani zaliczeniem i zdobyciem dyplomu. Będąc na 4 roku brałem udział w seminarium, które mi pasowało do tematu pracy magisterskiej. Na 3 zajęciach okazało się, że byłem jedynym studentem, który przeczytał omawianą lekturę. To przecież nie jest tak, że szkoła nie nauczyła tych ludzi czytać. A i niemiecki wszyscy znali. Po prostu nikt prócz mnie nie był zainteresowany tematem. Podobne relacje znam od kolegów, co i inne studia kończyli.
żeby zdobyć należy jednak studiować, mój nauczyciel algebry przywitał nas kiedyś z uśmiechem: gratuluję indeksu, przyszło was stu ode mnie was wyjdzie dwudziestu
@PK
Tak właśnie mają wyglądać studia!
Mój numer indeksu 1600 + cośtm cośtam
Numer dyplomu ciut ponad 700
Nakazu pracy bu=ie miałem, musiałem ją sobie znaleźć jak inni koledzy po fachu.
ups…
Nakazu pracy nie miałem… a swoją drogą zazdroszczono nam tego..
prawdopodobnie efekt o którym pisze MR E polega właśnie na rynku pracy pracownika, niektóre zawody np. IT istotnie potrzebują obecnie wielu pracowników których profilowaniem zawodowym i tak zajmą się pracodawcy, w gazetach piszą, że gdyby do Wrocławia wwieźć pociąg informatyków wszyscy od razu znaleźliby pracę.
https://www.facebook.com/MichaelYonFanPage/photos/a.235978145664.135781.207730000664/10153340211435665/?type=3&theater
🙂 , podobno styl myślenia rozwija się do około szóstego roku życia, potem kształtują się style działania, a propos żarcików, pewien amerykański fizyk, kiedyś mój szef, mówił mi, że na pytanie gdzie jest północ jeden z jego studentów odpowiedział: zawsze na górze. Po latach myślę sobie, że po prostu miał w iPadzie włączoną taką funkcję.
Północ u góry zawsze widział na mapach Mercatora, jakimi posługujemy się na co dzień.
Kiedyś bywały inne, np. ta mapa ma północ z prawego boku, a mapa Getkanta ma północ „na dole” 🙂
na co dzień na morzu, wykreślając kurs linią prostą zachowującą kąt z południkiem, dopłynięcie na takiej mapie do bieguna kursem innym niż północny jest wprawdzie możliwe lecz uciążliwe (Gekantowi bym zupełnie nie ufał, artylerzysta… najpierw oblegał Jasną Górę, potem Toruń… mapy to on może rysował ale na wojnie strony mu się myliły); mojemu znajomemu najprawdopodobnie właśnie o bieguny chodziło, wykładał elektromagnetyzm, ot i natrafił na trudność, stąd dowcip
Przeczytajcie koniecznie: https://zapytajfizyka.fuw.edu.pl/pytania/odwrocenie-biegunow-ziemi/