Przeczytałem niedawno, że Wisława Szymborska, prowadząc w „Życiu Literackim”, a później w „Piśmie” i „Odrze”, przegląd utworów literackich („Lektury nadobowiązkowe”), omawiała wyłącznie te spośród nich, które poruszały problemy i jej chodzące akurat po głowie. Chyba podobnie jest z moimi prasówkami. Przedstawiam teksty, przy których zatrzymuje się moja uwaga i które dają mi do myślenia. Staram się pomijać publikacje nijakie, a także te, które nacechowane są demagogią i obcymi mi emocjami. Czyli tym, co Zbigniew Herbert nazywał „czarną pianą gazet”.
Nie do wszystkich wydawnictw udaje mi się zajrzeć, bo jest ich coraz więcej, a w nich coraz więcej autorów. Ryszard Kapuściński mówił, że dla napisania jednej strony musi przeczytać pięćdziesiąt innych. Przeglądając niektóre teksty odnoszę wrażenie, że ich autorzy więcej napisali niż zdołali przeczytać.
„Kronos”, nr 4, 2016 r.
Z obszernego objętościowo i myślowo kwartalnika wydawanego przez Fundację Augusta hr. Cieszkowskiego wybieram recenzję książki Carla Schmitta pt. „Dyktatura. Od źródeł nowożytnej idei suwerenności do proletariackiej walki klas”. Autorem omówienia jest Jacek Bartyzel, profesor dwóch toruńskich uczelni – UMK i WSKSiM (ten drugi skrót oznacza znaną szkołę Tadeusza Rydzyka).Polskie wydanie książki Schmitta z 1921 roku to, zdaniem Bartyzela, zaczernienie jednej z białych plam dotyczących fundamentalnych dzieł współczesnej filozofii politycznej. Samo pojęcie dyktatury jest, pisze autor, zdewaluowane w bieżącym słownictwie, wciśnięte „w prokrustowe łoże prostackiej, a przede wszystkim fałszywej antynomii”, w której dyktatura rozumiana jest jako tyrania i stanowi antonim demokracji. Negatywne nacechowanie tego słowa powoduje zapoznanie faktu, iż – jak ujmuje to Schmitt – jest ono naczelnym pojęciem nauki o państwie i konstytucji.
Dyktatura (dyktatorem jest ten, kto „dyktuje”) to panowanie jednostki opierające się na – wyrażonej lub domniemanej – woli ludu, czyli na demokracji. Dyktator, zdaniem Schmitta, posługuje się silnym, scentralizowanym aparatem rządzenia w sposób właściwy nowożytnemu państwu (za pierwowzór może uchodzić Napoleon Bonaparte). „Dyktatura znosi demokrację, ale bez uprzedniego uznania zasad demokratycznych za źródło autorytetu zdolnego dać dyktatorowi upoważnienie do działania […], dyktatura nie mogłaby zaistnieć”.
Dyktatura, o jakiej pisze z uznaniem Schmitt (a za nim Bartyzel), jest nie do pogodzenia z konstytucją będącą fundamentem dla państwa prawa. „Albo dyktatura suwerenna, albo konstytucja – jedno wyklucza drugie” – cytuje recenzent Schmitta. Dyktator wprowadza taki stan konstytucyjny, który uznaje za „prawdziwy”, co znaczy teraz „właściwy”, „przydatny” z praktycznego punktu widzenia. Tym też różni się od absolutnego monarchy – nie kieruje nim własna wola, ale „zadanie, które ma do wypełnienia”.
Prawda, jakie to logiczne i spójne? Jak jasno tłumaczy istotę naszej „dobrej zmiany”? Jarosław Kaczyński ma po prostu do wypełnienia zadanie wobec narodu i jego wypełnieniu nie może przeszkodzić konstytucja. Wspomniał o tym zadaniu już w 1994 roku, mówiąc, że chce być zbawcą narodu (na emeryturze). Trzeba wyjątkowej małostkowości, by psuć ten obraz demagogiczną uwagą, że Adolf Hitler również podporządkowywał swe rządy misji, jaką powierzył mu Bóg wobec narodu niemieckiego. Albo przypomnieniem nazistowskiej aktywności Carla Schmitta – cenionego przez Kaczyńskiego za realizm, choć nie za etyczność (myślę, że w tym wypadku trudno oddzielać jedno od drugiego) – który zbiorowe morderstwo polityczne (tzw. noc długich noży w czerwcu 1934 roku) określił mianem najwyższej formy prawa administracyjnego.
„Miasteczka Poznań”, nr 2, 2016 r.
W ciągu 14 lat ukazało się dwadzieścia pięć numerów tego pisma. Wydawane przez noszące tą samą nazwę Stowarzyszenie, chce przywracać pamięć o dziedzictwie kultury żydowskiej, przypominać o wielokulturowej, polsko – niemiecko – żydowskiej przeszłości miasta i regionu. Redakcja nie ma swojego lokalu, archiwum mieści się w małej piwnicy – lecz tak widać ma być, skoro klimat kulturowej bezdomności towarzyszy publikowanym tu tekstom. Nie słychać więc narzekań, raczej radość z zakorzenienia w tym właśnie mieście. „Dzisiaj Poznań – czytamy w notce redakcyjnej – staje się miastem otwartym, wolnościowym, sprzyjającym obywatelom”.Do przeczytania jest tu właściwie wszystko. Na przykład rozmowa z prof. Agnieszką Gajewską z UAM, autorką książki pt. „Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema”. Pytana, dlaczego Lem niechętnie odnosił się do swych żydowskich korzeni, opisuje powojenne losy pisarza. Po wyjeździe ze Lwowa znalazł się, w lipcu 1945 roku, w Krakowie, gdzie wkrótce doszło do pogromu Żydów. Rok później w pogromie kieleckim zginął jego krewny, dr Seweryn Kahane. Większość współziomków zginęła, ci, którzy ocaleli, emigrowali. Można zrozumieć lęk rodziny Lemów związany z odradzającym się antysemityzmem. Wiele lat później, w liście do Stanisława Obirka (wtedy jeszcze SJ), wspomina o „antysemityzmie bez Żydów”, który tkwi wciąż w powojennym polskim języku. „Jest to bardzo dziwne, ale zrozumiałe, niczym obecność trwającego w bezruchu czadu po pożarze, po którym pozostało tylko pogorzelisko”.
Cytowane zdanie pochodzi z – wydanej z inicjatywy Stanisława Obirka – książki pt. „Co nas łączy? Dialog z niewierzącymi” (WAM, 2002), do której często zaglądam.
Agnieszka Gajewska zauważa, że powrót do żydowskiej wspólnoty mogłaby umożliwić Lemowi wiara, jednak był i pozostał ateistą. W innym liście do Obirka („Przynaglany do odpowiedzi, zmuszony jestem upodobnić się do silnie wyciskanej cytryny, to znaczy mówić kwaśno”) pisze, że wszelkie jego akty myślowe dotyczą doczesności, „ponieważ neguję dowolną postać transcendencji”. Nie jest ateistą agresywnym, wspomina, że wiara rozumiana jako ufność w ostateczną nadwyżkę sensu nad bezsensem jest dla niego „bezcennym światłem”.
„Odra” nr 2, 2017 r.
Otwierają zeszyt teksty polityczne, chyba nie nazbyt odkrywcze (ale czy da się jeszcze powiedzieć o bieżącej polityce coś świeżego?). Najpierw rozmowa Beaty Polanowskiej-Sygulskiej z Johnem N. Grayem – profesorem London School of Economics, uczniem Isaiaha Berlina, dziś określającym się jako postliberał i ekokonserwatysta. Oto kilka jego diagnoz wypowiadanych z satysfakcją kogoś, kto wszystko przewidział. Brexit to ledwie incydent w sekwencji prowadzącej do rozpadu UE. „Orbanizacja” Europy stanowi efekt impotencji unijnych instytucji, których nie da się już uleczyć. Liberałowie z krajów postkomunistycznych nie mieli świadomości, że „udzielając wsparcia ultraliberalnemu projektowi, w rzeczywistości torują drogę realiom, które okażą się przeciwstawne w stosunku do oczekiwanych”. Zachód uległ opętaniu ideologią liberalną (pisał o tym już Dostojewski). Przewaga Putinowskiej Rosji będzie w Europie rosła. Zwycięstwo Trumpa może oznaczać koniec strategicznej i geopolitycznej potęgi Zachodu. Najlepszą rzeczą dla Polski jest znalezienie w Trumpie sprzymierzeńca.Marek Orzechowski („W okowach populizmu”) zwraca uwagę na dobrowolne pozbawianie się wolności przez obywateli chcących zachować poczucie bezpieczeństwa (wszechobecne kamery, inwigilacja, kontrola pasażerów; Belgowie chcą, by obejmowała także osoby podróżujące koleją i autobusami). Ma to bronić przed tymi, których wcześniej zaproszono do Europu. „Zamiast wydalić ich tam, skąd przyszli, odbieramy sobie resztki swobody, licząc, że restrykcje te dotkną także złoczyńców”. Autor powtarza tezy o wyalienowaniu się unijnych elit („szklana wieża w Brukseli”), przejęcia rządów przez technokratów, politycznym osamotnieniu rzesz społecznych („zdrada demokratów”). Jedna myśl wydała mi się oryginalna – że jednym z podstawowych motywów migracji młodych mężczyzn do Niemiec jest seks, perspektywa zaspokojenia żądz w wyzwolonym obyczajowo kraju Zachodu.
Najbardziej zainteresował mnie niedługi tekst Pawła Okołowskiego o młodzieńczym, napisanym dwa miesiące po przybyciu ze Lwowa do Krakowa, opowiadaniu Stanisława Lema pt. „Hauptsturmfűhrer Koestnitz” (także przypomnianym w tym numerze). Opowiadanie nie najlepsze literacko, przedstawia pogląd Lema na naturę człowieka, którego nie zmieni do końca życia. Jest to antropologia ciemna, czerpiąca z Schopenhauera i Dostojewskiego, najbliższa manicheizmowi (mazdaizmowi) uznającemu bytową współobecność dobra i zła (Ormuzd – Aryman). Dobro, mówi Lem, jest maską kultury; zło tkwi w samej ludzkiej naturze.
Czytając te zdania myślałem o „Łaskawych” Jonathana Littela. Bohater powieści, Maksymilian Aue – zbrodniarz i komentator swych zbrodni – wypowiada słowa przerażające.
„Jestem winny, wy nie jesteście, to świetnie. Ale przecież musicie umieć powiedzieć sobie, że na moim miejscu robilibyście to samo. […] Jeżeli urodziliście się w kraju lub w epoce, w której nie tylko nikt nie zabija waszych żon i dzieci, lecz także nikt nie każe wam zabijać żon i dzieci innych ludzi, chwalcie Boga i idźcie w pokoju. Ale w głowach niech na zawsze pozostanie wam ta myśl: macie może więcej szczęścia ode mnie, ale nie jesteście ode mnie lepsi”. Zirytowany uwagami na temat wyzbycia się przez oprawców człowieczeństwa, mówi: „Cóż, wybaczcie, nie ma czegoś takiego, jak brak człowieczeństwa. Jest tylko człowieczeństwo i raz jeszcze człowieczeństwo”.
Podobne przekonanie znajdziemy u Zygmunta Baumana („Nowoczesność i Zagłada”. Doświadczenie Holocaustu pokazuje, że istnieje gorsza możliwość od bycia na miejscu ofiar. Jest nią możliwość znalezienia się na miejscu oprawców. Cezary Wodziński („Światłocienie zła”) prawdy o człowieczeństwie szukał nie „nad”, ale „pod”: „Zanim skieruje się wzrok ku gwieździstemu niebu, trzeba się zmierzyć z transcendencją »otchłani«”.
„Więź” nr 4, 2016 r.
Zamieszczony tu (chyba jeden z ostatnich) tekst Zygmunta Baumana – zapis wystąpienia podczas otwarcia międzyreligijnego spotkania „Pragnienie pokoju” (Asyż, 19.09.2016) – zatytułowany jest „»My« bez »onych«”. Mówi Bauman o dziejach ludzkości rozumianych jako systematyczne poszerzanie się zaimka „my”. Słówko to obejmowało początkowo około 150 osób – taka grupa mogła zachowywać świadomość przynależności, wspólnie pracować, wędrować w poszukiwaniu pożywienia. Z czasem „my” zaczęło oznaczać plemiona, narody, mocarstwa. Identyfikacja z grupą zawsze opierała się na grze wykluczania i włączania – „my”, czyli nie „oni”. Dzisiaj kończy się ta gra, „my” zaczyna stopniowo obejmować całą ludzkość, co oznacza zanikanie „onych”. „Oznacza to, że cokolwiek dzieje się w jakimś odległym zakątku globu, wpływa na resztę planety. Cokolwiek robimy, wpływa to na nasze dzieci, wnuki, i nienarodzone jeszcze prawnuki. […] Zależymy od siebie!”.Bauman nie jest łatwym optymistą, mówi że światełko w tunelu jest daleko, a sam tunel niepewny i niebezpieczny. Jednym że źródeł nadziei jest papież Franciszek i jego uparcie powtarzane przesłania – dialogu i społecznej (a nie pieniężnej) ekonomii – które mogą zmienić świadomość kolejnych pokoleń.
Trudno mi podzielać nawet tak wątły optymizm. „Oni” są podtrzymywani w istnieniu przez
przez społeczności chorujące na zbiorowy narcyzm i niezdolne do krytycznej samowiedzy. Arjun Appadurai, amerykański antropolog, pisze że mniejszość (mała liczebność, słabość) budzi agresję właśnie dlatego, że jest mniejszością. Wynika to z potrzeby zachowania tożsamości zbiorowej. Jeżeli „my” kształtuje się w opozycji do „oni”, to słaby zagraża, bo jest słaby: relacja z nim jest mało skontrastowana i trzeba ją wzmocnić. Stąd wyolbrzymianie zagrożeń ze strony „onych”, przeciwstawianie ich sobie („oni” stoją po złej, „my” po dobrej stronie). Słychać to przecież od razu, gdy włączy się tzw. narodowe media. Znajoma góralka spod Zakopanego komentuje to po swojemu: ci co słuchają, dają się w capa robić.
Andrzej C. Leszczyński


Z jak zawsze smacznego przeglądu lektur ACLeszcza zatrzymam się na pierwszej notce dotyczącej recenzji Jacka Bartyzela, profesora Jacka Bartyzela, recenzji poświęconej książce Carla Schmitta, filozofa prawa, członka NSDAP, człowieka któremu w powojennym państwie niemieckim nikt nie zaproponował miejsca na żadnym uniwersytecie mimo ogromnej tolerancji dla wielu ludzi uwikłanych we współpracę z hitlerowską władzą.
To, co pisze prof Jacek Bartyzel o książce Carla Schmitta trzeba czytać wraz z notką charakteryzującą kwartalnik Kronos w którym to kwartalniku autor zamieścił tą recenzję, Kwartalnik Kronos wydawany jest przez Fundację Augusta hr. Cieszkowskiego.
Wiedziałem, że Prezes Polski, poseł Jarosław Kaczyński jest wielkim admiratorem Carla Schmitta, teraz wiem w jakim jest towarzystwie…