Jerzy Łukaszewski: Obok naszego świata9 min czytania

()

2017-02-19.

Polityka tak zawłaszcza ostatnio nasze życie, że niektórym trudno sobie wyobrazić jakiś inny jego wymiar. Prawdą jest, że ona bardzo się stara, by nie dało się o niej zapomnieć ani na chwilę.

I nawet jeśli człowiek postanawia z nią „zerwać” i zająć się własnymi sprawami, ona przychodzi i wyprowadza nas z błędu oświadczając, że są to także – a czasem nawet przede wszystkim – jej sprawy.

Pozwolę sobie na przykład z własnego życia.

O rejestracji organizacji pozarządowej zajmującej się historią myśleliśmy z przyjaciółmi od dawna. Początkowo nie bardzo to wychodziło z różnych względów. Aby taką organizację stworzyć, potrzebni są ludzie chcący czynnie uczestniczyć w jej pracach. Tymczasem mamy najczęściej do czynienia z biernym zainteresowaniem na zasadzie „zróbcie, a ja przyjdę na zebranie i posłucham”.

Trudno mieć o to pretensje, to raczej normalne, nawet u zainteresowanych tematami.

Drugie podejście zrobiliśmy inaczej. Nie ogłaszaliśmy żadnego naboru, a jedynie prowadziliśmy rozmowy ze znajomymi, o których wiedzieliśmy, że możemy liczyć na ich aktywną współpracę. Nie od rzeczy były także ich wykonywane na co dzień zajęcia.

Po jakimś czasie zebrała się niewielka, za to doborowa grupka przyjaciół z Polski, Francji, Niemiec i Ukrainy gotowa do tworzenia organizacji pozarządowej. Ponieważ prawo stawiało wymóg co najmniej 15 osób, wsparło nas kilku moich słuchaczy, gdyńskich seniorów, użyczając swoich nazwisk i adresów dla dopełnienia formalności. Tak mi się wydawało, bo z czasem okazali się bardzo aktywnymi uczestnikami naszych poczynań.

Nazwaliśmy ten twór Towarzystwem Poszukiwań Historycznych, ponieważ wydawało nam się, że nazwa jest na tyle pojemna, iż zmieści w sobie wszystko co wymyślą jej członkowie.

Od początku obowiązuje jeden warunek: w pracach Towarzystwa liczy się tylko i wyłącznie metodologia naukowa, nie będą tolerowane żadne polityczne „interpretacje”.

No i tu się zrobił problem.

Dobra zmiana zawłaszczając co tylko się da, od stanowisk ministerialnych po szalety publiczne (narodowe?) nie mogła przecież pominąć organizacji pozarządowych, które już tylko z powodu swojej pozarządowości okazały się solą w oku naszej władzy, nie potrafiącej tolerować nikogo i niczego, co nie byłoby od niej zależne.

Nasz pech, spóźniliśmy się sporo z rejestracją.

W sumie nasze zmartwienie dotyczy jedynie funduszów, które można było niegdyś pozyskiwać na co sensowniejsze projekty, a które dziś raczej nie znajdą się na kontach stowarzyszeń, które nie będą prezentowały wersji historii zgodnej nie z prawdą źródłową, lecz z wymogami władzy.

W sumie nic nowego, jak się tak dobrze przyjrzeć, to i Gall Anonim brał kasę od Krzywoustego nie za pisanie prawdy, lecz za apoteozę swego sponsora.

Ponieważ my to ani Gall, ani Anonim, postawiliśmy na własne siły i prywatny sponsoring dopóki nie wystraszy się on wyjątkowo pamiętliwej władzy, która może niechętnie patrzeć na firmy wspomagające niezależne działania. Parę przykładów już znamy.

Budujemy właśnie stronę internetową, na miarę nie tyle potrzeb ile możliwości. Jak dotąd nie zapłaciliśmy za nią nawet złotówki.

Towarzystwo Poszukiwań Historycznych

Towarzystwo Poszukiwań Historycznych to stowarzyszenie, które zajmuje się historią w jej wszystkich przejawach. Interesują nas poszukiwania archiwalne, badania terenowe, działania na rzecz ochrony zabytków. Zapraszamy do współpracy.

Mamy nadzieję, że z czasem będzie wyglądała bogaciej. Parę rzeczy jest już w przygotowaniu.

Przedstawiliśmy tam w zakładce „projekty” m.in. niektóre prace wykonane w okresie kiedy jeszcze nie byliśmy zarejestrowani i działaliśmy „na dziko” opierając się li tylko na dobrej woli lokalnych urzędników, których prosiliśmy o zgodę przy podejmowaniu poszukiwań w terenie.

Tu pierwsza istotna uwaga. Mogę mówić jedynie o Kaszubach, bo tam skoncentrowana była nasza aktywność, ale to co uderzało od pierwszej chwili, to wyjątkowa życzliwość i chęć współpracy ze strony sołtysów, wójtów i innych urzędników lokalnych, którzy nasze pomysły szperania po ich terenie przyjmowali i z zaciekawieniem i z radością.

Okazuje się, że ci ludzie chyba szybciej, niż ich wysocy odpowiednicy w centrali zrozumieli zależność między choćby turystyczną atrakcyjnością swoich wsi, a naszymi poszukiwaniami.

Kiedy w Skrzeszewie koło Żukowa odtwarzaliśmy XVI wieczny system kamieni granicznych, pani Elżbieta Klinkosz, sołtys tej wsi żywo interesowała się historycznymi szczegółami naszej pracy, a na dodatek zachowywała się jak prawdziwa gospodyni dbając by nie zabrakło nam sił, podtrzymując je przepyszną gorącą kiełbachą i czymś do popicia.

Opracowaliśmy historię wsi, a załatwienie tablicy informacyjnej, która stanęła w samym centrum zajęło pani sołtys raptem parę dni.

Niejeden urzędnik z centrali mógłby jej pozazdrościć determinacji i skuteczności.

Ponieważ mniej więcej połowa naszych członków mieszka w Gdyni jest oczywiste, że sprawy związane z tym miastem zawsze będą nas zajmowały.

Dlatego pojawił się pomysł zorganizowania imprezy rocznicowej z okazji 90 rocznicy powrotu prochów Juliusza Słowackiego do Ojczyzny.

Przywieziono jego trumnę morzem do Gdyni, miała w tym udział i Marynarka Wojenna, i znane nazwiska, jak np. gen. Mariusz Zaruski.

Temat nas zajął ponieważ wydało nam się interesujące, że Słowacki, który zawsze marzył by spocząć na zawsze w kraju, wraca do niego przez miasto, którego nie było kiedy opuszczał Polskę, a które stało się wręcz symbolem sił żywotnych odrodzonego państwa.

Nie będę ukrywał, że same starania o sprowadzenie jego zwłok były tak ciekawe, że pochłonęły mnie na wiele wieczorów.

Sprawa pokrótce opisana jest tu

Projekty

Towarzystwo Poszukiwań Historycznych to stowarzyszenie, które zajmuje się historią w jej wszystkich przejawach. Interesują nas poszukiwania archiwalne, badania terenowe, działania na rzecz ochrony zabytków. Zapraszamy do współpracy.

Podzieliliśmy planowaną sesję na dwie części. Jedna to sam Słowacki, historia jego podróży (a były nader ciekawe) i działalności w środowisku polskiej emigracji w Paryżu, druga to Gdynia w 1927 roku, miasto stworzone przez – jakkolwiek by na to patrzeć – imigrantów ze wszystkich stron Polski i nie tylko.

Na nasze zaproszenie odpowiedziała zgodą na przyjazd pani Tamara Sienina, dyrektor Muzeum im. J. Słowackiego w Krzemieńcu na Ukrainie.

Oprócz tak miłego gościa wykłady poprowadzi 6 innych gości, pracowników uniwersytetów plus pracownik gdyńskiego Muzeum Emigracji, które postanowiło nas wesprzeć, za co jesteśmy mu wdzięczni.

Publiczność oprócz naszych członków i zaproszonych gości stanowić będą nauczyciele jęz. polskiego i historii z trójmiejskich szkół.

To ważne, bo wplata się w profil działalności TPH, który zakłada zorientowanie naszej aktywności w stronę edukacji młodzieży.

Dziś kiedy po szkołach uganiają się ekipy niby to z ramienia IPN (niby, bo rzadko są nimi pracownicy tej instytucji), którzy robią młodzieży wodę z mózgu, uznaliśmy, że jedynym sposobem na zapobieżenie wykoślawianiu historii jest właśnie działalność wśród pedagogów. Liczymy na to, że obejmiemy nią także samą młodzież, ale to zależy na ile władze szkolne będą się bały pani „reformatorki”.

Od nowego roku, w dni wolne od zajęć szkolnych będziemy organizowali to, co zawsze było moim marzeniem – lekcje historii – ponadpokoleniowe. Będą w nich uczestniczyć i dorośli i dzieciaki. Wiemy już, że jest zainteresowanie tym pomysłem. Obecnie dopracowujemy metodykę.

I jeszcze jedna rzecz. Taka impreza jak ta ze Słowackim jest kosztowna. Tymczasem okazało się, że instytucje, które dotąd na różnych zasadach dofinansowywały NGO-sy jakby lekko „przysiadły” w oczekiwaniu na decyzje z centrali.

Ta zaś zaczęła już „przegrupowanie” na tym polu. Okazało się m.in., że na dofinansowanie imprezy o takim temacie możemy liczyć ze strony… MON (!!!) ale na określonych warunkach.

Postanowiliśmy więc zrobić to bez nich i mamy nadzieję, że damy sobie z tym radę.

I tu prośba do Czytelników SO: jeśli zna ktoś firmy lub instytucje, które zgodziłyby się dofinansować takie przedsięwzięcie w zamian za skromną reklamę (choć planujemy ją zrobić mniej skromną) – bylibyśmy dozgonnie wdzięczni. Oczywiście osoby fizyczne także są mile widziane wśród darczyńców. Każdy milion się przyda, zaręczam. Konto w zakładce „kontakt” na naszej stronie.

Koszty imprezy dotyczą głównie wyposażenia technicznego pomieszczeń (sale dostaniemy za darmo), hoteli dla kilkunastu gości, honorariów za wykłady, koszty podróży itp. Nie są to jakieś gigantyczne kwoty, ale dla młodej organizacji, która dopiero rozwija skrzydła  jednak znaczące.

Powodzenie imprezy ma dla nas wielkie znaczenie także z powodów prestiżowych. Dopóki np. pracowaliśmy przy renowacji zabytkowych cmentarzy (katolickiego i ewangelickiego), przy której to okazji odnajdowaliśmy kapitalne, a nieznane ślady  naszej historii – byliśmy tylko grupką zapaleńców – hobbystów. Jako organizacja, która ma na koncie imprezę o tej skali jaką planujemy ze Słowackim, zaczniemy być traktowani poważniej przez instytucje, na których nam zależy. Taki lajf – nic nowego, życie.

Ale kiedy urzędy i urzędnicy będą nas musieli traktować poważnie, nasze plany dotyczące edukacji będą miały o wiele większe szanse powodzenia.

Dlatego tak bardzo nam zależy, aby ta sprawa nam wyszła.

I jeszcze jedna ciekawa rzecz. Mamy plany na wakacje związane m.in. z wyjazdami na miejsca wykopalisk archeologicznych. Zwracaliśmy się do naukowców prowadzących te badania z prośbą o zgodę na przyjazd. Nikt nie odmówił! Wszyscy twierdzą, że będziemy mile widziani w obozowiskach.

Jak na dzisiejszą, nienajlepszą atmosferę w kraju to bardzo, bardzo budujące.

Moim seniorom, którzy pomogli w założeniu TPH szykujemy za to wakacyjną zabawę. Koledzy z Kaszub poprowadzą specjalnie dla nich kurs posługiwania się wykrywaczami metalu. Zabawa w poszukiwaczy skarbów!

I znowu – lokalne władze wytypowanych przez nas do tej zabawy terenów, a także prywatni ich właściciele są jak najbardziej za!

Może nie jest z nami jeszcze tak źle?

A może to po prostu człowiek zmienia nastrój kiedy zaczyna coś konkretnego robić?

Na koniec jeszcze o Słowackim.

Historia bywa złośliwą małpą. Trumnę z prochami Juliusza Słowackiego Wisłą z Gdańska do Warszawy wyprawiono statkiem rzecznym o nazwie… „Mickiewicz”.

Kiedy w naszych dyskusjach używamy czasem zwrotu spopularyzowanego przez W. Młynarskiego „róbmy swoje”, to chciałem Czytelników zawiadomić, że właśnie robimy.

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

16 komentarzy

  1. Kazimierz 19.02.2017
    • j.Luk 19.02.2017
  2. elpi 19.02.2017
    • j.Luk 19.02.2017
  3. hazelhard 19.02.2017
    • j.Luk 19.02.2017
  4. wejszyc 19.02.2017
    • j.Luk 19.02.2017
  5. wejszyc 19.02.2017
  6. Zbyszek123 20.02.2017
    • j.Luk 21.02.2017
  7. Mr E 23.02.2017
    • j.Luk 23.02.2017
  8. j.Luk 26.02.2017