Jerzy Łukaszewski: Póki my żyjemy…6 min czytania

()

2017-02-24.

Miałem wczoraj wielką przyjemność skorzystać z zaproszenia prof. Machcewicza, dyrektora Muzeum II wojny światowej w Gdańsku i wraz z weteranami Armii Krajowej zwiedzić obiekt, który ostatnio stał się nieomal powodem trzeciej wojny.

„Oglądajmy póki jeszcze jest i my jesteśmy” – rozpoczął spotkanie p. Machcewicz i jakkolwiek zabrzmiało to dramatycznie, jest niestety prawdą.

Zakusy na placówkę nie ustały mimo wyroku sądu nakazującego wstrzymanie połączenia placówek – Muzeum Westerplatte – nie istniejącego w rzeczywistości, a jedynie na papierze i będącego na ostatnim przystanku (drobne poprawki budowlane, kosmetyka itd.) Muzeum II wojny światowej.

Minister Gliński jakby chciał udowodnić, że jest jeszcze mizerniejszym człowiekiem, niż z pozoru wygląda, uparł się doprowadzić swój bezsensowny zamiar do skutku.

Skorzystałem z zaproszenia także dlatego, że chciałem sam obejrzeć „kontrowersyjne” – wg kilku opiniujących wystawę (4 z ok. 50) potraktowanie tematu i wyrobić sobie własne zdanie o stawianych zarzutach.

Pierwszy – absolutnie idiotyczny zarzut dotyczył… całościowego potraktowania tematu II wojny, ponieważ według „wybitnych ekspertów”, których pytano o zdanie (m.in. pana Semki, który jakoś dotąd nie dał mi się poznać jako znawca historii czy problemów muzealnictwa) wystawa w polskim muzeum powinna pokazywać wyłącznie polski punkt widzenia.

Patrząc na wystawę pod tym kątem byłem absolutnie zachwycony.

Pierwszy raz widziałem muzealną wystawę stałą skonstruowaną prosto, jasno i czytelnie, tak by człowiek nieprzyzwyczajony do zgłębiania historii nie miał żadnych problemów z jej zrozumieniem.

Początek to pierwsza wojna światowa, jej koniec niezadowalający dla wszystkich, rewolucja październikowa wyłączająca Rosję z grona państw decyzyjnych w 1919 roku i nowa mapa Europy, daleka od doskonałości zapewniającej pokój na dłuższy czas.

Potem Włochy atakujące Etiopię, Hiszpania, a także ekspansja Japońska w Azji – wydarzenia „przygotowujące grunt” pod II wojnę.

Co w tym jest kontrowersyjnego? Co ma do tego „polski punkt widzenia”?  Trzeba naprawdę wiele złej woli, lub niewiele inteligencji chcąc zawęzić problem do ataku hitlerowskiego na Polskę.

Popisał się taka postawą jakiś czas temu wiceminister Sellin, który zadał pytanie „dlaczego obcokrajowcy mieliby oglądać w Gdańsku tak całościowy obraz?”.

Dlatego, że Muzeum zrobiło coś absolutnie wyjątkowego.

Skonstruowało najnormalniejszy wykład akademicki, zgodny ze stosowaną w nauce metodologią, dokładnie taki, jakim karmi się studentów i na dodatek przy użyciu środków przemawiających do każdego.

Jednym z nich jest spojrzenie na wojnę oczami zwykłego człowieka.

Jak? Prosto i zaskakująco!

Wchodzimy do pokoju warszawskiego inżyniera, wyposażonego we wszystko to co znajdowało się wówczas w wielu mieszkaniach. Meble, gazety z epoki na stole, piecyk ze skrzynką na węgiel itp. Jesteśmy w normalnym mieszkaniu, a za oknem …

Za oknem leci film przedstawiający wydarzenia tamtych dni. Złudzenie rzeczywistego wyglądania przez prawdziwe okno jest naprawdę wielkie.

Środek prosty i genialny zarazem, a na dodatek doskonale dopracowany w szczegółach. Podobnie zastosowano ten trick w przypadku późniejszych ruin.

Wychodzimy z mieszkania pana inżyniera na ulicę.

I jest to najprawdziwsza ulica! Mijamy sklepy, oglądamy wystawy (taka jest forma gablot zawierających eksponaty) czytamy tytuły książek w księgarni, zastanawiamy się nad wyborem gatunku papierosów (włącznie z „Egipskimi”), jesteśmy zwykłymi przechodniami. Tyle, tylko tyle i aż tyle.

Doznanie niezwykłe, rzadko będące udziałem zwiedzających muzea.

Spory zbiór plakatów propagandowych z różnych krajów właśnie dlatego, że jest tak całościowy przekonuje i wyjaśnia jaka była rola propagandy w wydarzeniach z tamtych lat. Ograniczenie go np. do niemieckich plakatów antypolskich nie dawałoby pojęcia o tym problemie.

Szczególnie zaciekawił mnie jeden niemiecki plakat antysemicki, sugerujący istnienie żydowsko komunistycznego spisku (miała ten spisek symbolizować mapka ZSRR trzymana pod pachą u Żyda o wstrętnym obliczu).

Zaciekawił dlatego, że niemal dokładnie ten sam plakat widziałem w wydaniu… radzieckim, z tym że Żyd w tamtej wersji był tajnym agentem imperializmu.

Fakt, że polskie książeczki antysemickie leżące na wystawie w księgarni – to może nie jest coś, co minister Gliński chciałby oglądać, ale jako historyk tylko z wymuszonej grzeczności nie powiem ile mnie to obchodzi.

Wystawa pokazuje tamte czasy w niemal każdym ich aspekcie, nie ma więc znaczenia, co kto by wolał, ale to co było i czego materialne ślady nie są trudne do odnalezienia.

A jeśli już mówimy o „polskim punkcie widzenia” to właśnie ta wystawa zadaje kłam rozpowszechnianym tu i ówdzie twierdzeniom, że zbrodnie nazistowskie przeciw ludzkości zaczęły się wraz z atakiem Niemiec na ZSRR. Zestawienia chronologiczne przedstawionych faktów nie pozostawiają wątpliwości.

Oczywiście, można przyjąć, że to mój prywatny, bardzo subiektywny pogląd, ale to co zrobił prof. Machcewicz ze swoimi pracownikami zasługuje na podziw i szacunek i mam wrażenie, że kiedy (jeśli) muzeum zostanie otwarte w marcu dla publiczności, zdanie moje podzieli wielu z nich, także z zagranicy.

Pan profesor zasługuje na Nobla z muzealnictwa. Nie przesadzam.

I jeszcze słów kilka na temat nowoczesnej techniki w służbie muzealnictwa.

Wystawę można zwiedzać w grupie (wczoraj zajęło to ponad trzy godziny), ale można i indywidualnie. Film, który rozpoczyna zwiedzanie można włączyć w dowolnej chwili. Mało tego. Na filarach zamontowane monitory i głośniczki, z których może każdy skorzystać, by zapoznać się z jedną z konkretnych opowiadanych historii nie przeszkadzając reszcie zwiedzających robić w tym czasie co innego.

Można podejść do dowolnego monitora i poczytać tylko dla siebie przygotowaną tam prezentację.

Itd., itd.

Takich „wynalazków” jest tam wiele, co sprawia, że gość naprawdę ma poczucie osobistego uczestnictwa, a to z kolei stwarza niepowtarzalną atmosferę całości.

W pewnym momencie żałowałem, że nie ma z nami ministra Glińskiego.

Szkoda, bo zobaczyłby weteranów AK, prawdziwych, nie jakichś tam przebierańców,  wręczających prof. Machcewiczowi medal „Za zasługi dla Światowego Związku Żołnierzy AK” i wzruszenie w ich głosach i na ich twarzach, kiedy dziękowali profesorowi za to co stworzył.

Ich wizyta w muzeum wzięła się m.in. stąd, że na wystawie wykorzystano wiele z ich depozytów. Zaś ich stosunek do muzeum i jego dyrektora nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości. Stosunek do pana ministra również.

Kiedy zjeżdżaliśmy na poziom „minus trzy” (14 m poniżej dna Motławy) jedna z pań odezwała się do towarzyszącego jej  weterana : – I znowu w podziemiu!

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

3 komentarze

  1. slawek 25.02.2017
  2. Magog 25.02.2017
  3. slawek 25.02.2017