Krzysztof Bielejewski: Choroba, której nie widać w tomografii13 min czytania

()


11.07.2026

Są choroby, które przychodzą nagle. Człowiek budzi się rano z gorączką, boli go głowa, łamie w kościach i już wie, że coś złego dzieje się z organizmem. Są jednak również choroby znacznie bardziej podstępne. Nie mają temperatury, nie zostawiają śladów na zdjęciu rentgenowskim i nie wysyłają człowieka do łóżka. Rozwijają się powoli, niemal niezauważalnie, aż pewnego dnia okazuje się, że zaatakowały najważniejsze narządy. Tak właśnie chorują społeczeństwa. Nie kaszlą. Nie kichają. Nie trafiają na oddział zakaźny. Po prostu z roku na rok coraz trudniej odróżniają prawdę od wygodnej opowieści, pamięć od propagandy, historię od politycznego marketingu.

Od kilku dni nie mogę uwolnić się od tej myśli. Czytam kolejne artykuły, słucham polityków, przeglądam relacje z obchodów kolejnych rocznic i odnoszę wrażenie, że Polska coraz rzadziej rozmawia o przyszłości. Przyszłość jest niewygodna, bo wymaga odpowiedzi na pytania o szkoły, szpitale, gospodarkę, bezpieczeństwo czy demografię. Znacznie łatwiej rozmawia się o przeszłości. Umarli nie prostują wypowiedzi, nie pozywają do sądu i nie organizują konferencji prasowych. Można ich ustawiać w dowolnym szeregu, przebierać w polityczne mundury i prowadzić do kolejnych bitew, które od dawna nie mają już nic wspólnego z historią.

Wracam pamięcią do końca lat dziewięćdziesiątych, do pierwszych doświadczeń w samorządzie i do atmosfery wielkiej politycznej zmiany, która miała przynieść nowe standardy. Entuzjazm trwał jednak krótko. Bardzo szybko okazało się, że zamiast nowych reguł pojawiła się stara pokusa. Zwycięzcy uznali, że skoro wygrali wybory, to wraz z mandatem otrzymali również prawo do rozdawania stanowisk według politycznego klucza. Jarosław Kaczyński ubrał tę filozofię w słynny skrót „TKM” – „Teraz, k…a, my”. Było w tym więcej szczerości niż w setkach późniejszych programów naprawy państwa. W trzech słowach zmieściła się bowiem cała filozofia polskiej polityki ostatnich trzydziestu lat.

Od tamtego czasu wymieniliśmy kilka parlamentów, kilkunastu premierów, dziesiątki ministrów i setki prezesów państwowych spółek. Zmieniły się telefony, samochody, media i sposób komunikowania się ludzi. Nawet kłótnie przeniosły się z sal sejmowych do mediów społecznościowych. Jedno pozostało niezmienne. Każda kolejna ekipa wchodzi do urzędów z przekonaniem, że właśnie rozpoczyna nową epokę, po czym po kilku tygodniach odkrywa, że najłatwiej zmienić nazwiska na drzwiach gabinetów, a najtrudniej sposób myślenia o państwie.

Właśnie w tym miejscu zaczyna się prawdziwa choroba polskiej polityki. Nie w różnicach programowych, bo demokracja bez sporów nie istnieje. Nie nawet w ludzkiej ambicji, bo ona również jest częścią polityki. Choroba zaczyna się wtedy, gdy przeszłość przestaje być nauczycielką, a staje się magazynem politycznych rekwizytów. Wtedy każde wydarzenie historyczne można wyjąć z półki, otrzepać z kurzu i wykorzystać w kolejnej kampanii wyborczej. Nie po to, aby lepiej zrozumieć historię, lecz po to, aby skuteczniej uderzyć przeciwnika.

Najbardziej zdumiewa mnie jednak coś jeszcze. Przez całe lata wmawiano nam, że historia jest nauczycielką życia. Dzisiaj coraz częściej mam wrażenie, że przestała uczyć, a zaczęła pracować na pół etatu jako specjalistka od marketingu politycznego. Kiedy trzeba odwrócić uwagę od inflacji, ochrony zdrowia, edukacji czy katastrofy demograficznej, zawsze można otworzyć magazyn narodowych sporów. Tam wszystko czeka w idealnym porządku. Jest Wołyń, jest Jedwabne, jest Powstanie Warszawskie, są Żołnierze Wyklęci, jest Okrągły Stół. Wystarczy wyciągnąć odpowiedni segregator, zdmuchnąć z niego kurz i rozpocząć kolejną bitwę o przeszłość. Zawsze znajdzie się ktoś, kto chwyci za sztandar, ktoś, kto poczuje się obrażony, i ktoś, kto ogłosi, że właśnie broni honoru narodu.

Tymczasem narody nie żyją wyłącznie wspomnieniami. Narody żyją również tym, co zostawią swoim dzieciom. Dobrą szkołą albo złą szkołą. Sprawnym szpitalem albo wielomiesięczną kolejką do specjalisty. Silną gospodarką albo kolejnym raportem o tym, ilu młodych ludzi postanowiło szukać szczęścia poza granicami kraju. O tych sprawach rozmawia się jednak znacznie trudniej, bo nie wystarczy wygłosić płomiennego przemówienia. Trzeba usiąść nad ustawami, policzyć pieniądze, przekonać ludzi do kompromisu i wziąć odpowiedzialność za skutki własnych decyzji. A odpowiedzialność nigdy nie była ulubionym zajęciem polityków.

Spójrzmy choćby na ostatnie dni. Z jednej strony obchodzimy kolejne rocznice wydarzeń, które na zawsze odcisnęły piętno na naszej historii. W Jedwabnem znów spotykają się ci, którzy chcą oddać hołd ofiarom, i ci, którzy próbują na nowo pisać historię według własnych politycznych potrzeb. Obok oficjalnych uroczystości pojawiają się kontrmanifestacje, przemówienia i próby podważania ustaleń badaczy. Zamiast ciszy i refleksji znów słyszymy okrzyki, oskarżenia i wzajemne połajanki. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ofiary po raz kolejny zostały zepchnięte na drugi plan, bo ważniejszy okazał się współczesny spór o to, kto ma monopol na patriotyzm.

Nie chodzi zresztą wyłącznie o Jedwabne. Wystarczy wsłuchać się w debatę o Wołyniu i relacjach z Ukrainą. Przez lata powtarzaliśmy, że prawdziwe pojednanie może opierać się jedynie na prawdzie, nawet jeśli jest bolesna. To była rozsądna zasada. Problem zaczyna się wtedy, gdy prawda przestaje być celem, a staje się narzędziem. Wtedy historia nie służy już zrozumieniu drugiego człowieka. Służy jego upokorzeniu. Nie pomaga zamknąć starych ran, lecz cierpliwie rozdrapuje je przed każdymi wyborami, przed każdym kryzysem i przed każdą okazją, kiedy trzeba odwrócić uwagę od spraw bardziej przyziemnych.

Czytam teksty poświęcone polskiej polityce i coraz częściej odnoszę wrażenie, że cierpi ona na osobliwą odmianę krótkowzroczności. Doskonale widzi to, co wydarzyło się osiemdziesiąt czy sto lat temu, ale z trudem dostrzega problemy stojące tuż przed własnym nosem. Z zapałem organizuje kolejne bitwy o pamięć, lecz znacznie mniej energii poświęca temu, aby odpowiedzieć na pytanie, jak będzie wyglądała Polska za dwadzieścia lat. To trochę tak, jakby kapitan statku godzinami opowiadał pasażerom o wielkości dawnych żeglarzy, nie zauważając, że pod pokładem od dawna przybywa wody.

Najsmutniejsze jest jednak to, że ta choroba okazuje się niezwykle zaraźliwa. Przenosi się z polityków na media, z mediów na Internet, z Internetu do rodzinnych stołów. Zaczynamy rozmawiać ze sobą językiem nieustannego sporu, jakby każda rozmowa musiała zakończyć się zwycięstwem jednej strony i klęską drugiej. Coraz rzadziej słuchamy. Coraz częściej czekamy jedynie na moment, w którym będziemy mogli wygłosić własną kwestię.

A przecież historia, jeśli rzeczywiście ma być nauczycielką życia, powinna przede wszystkim uczyć pokory. Powinna przypominać, że ludzie przed nami również byli przekonani o swojej nieomylności, również wierzyli, że stoją po właściwej stronie dziejów, a mimo to potrafili popełniać błędy, których skutki odczuwano przez następne pokolenia. Może właśnie dlatego największym szacunkiem wobec historii nie jest ciągłe wyciąganie jej na polityczne barykady, lecz pozostawienie jej choć odrobiny ciszy, w której można usłyszeć nie tylko własne przekonania, ale także głos faktów.

Jest jeszcze jedna rzecz, która od dawna nie daje mi spokoju. Polityka coraz rzadziej przypomina rozmowę o tym, jak urządzić wspólny dom. Coraz częściej wygląda jak niekończąca się przeprowadzka. Jedni dopiero wynoszą kartony, drudzy już wnoszą własne meble, trzeci wymieniają zamki w drzwiach, a czwartym wydaje się, że największym sukcesem będzie przemalowanie ścian na własny kolor. Kiedy po kilku latach znów przychodzi zmiana lokatorów, cały spektakl rozpoczyna się od początku, jakby poprzednich trzydziestu lat w ogóle nie było.

Patrzę na to z rosnącym zdumieniem, bo przecież państwo nie jest mieszkaniem wynajętym na jedną kadencję. Nie można go urządzać wyłącznie pod własny gust, z przekonaniem, że następni i tak wszystko wyrzucą. Państwo przypomina raczej stary dom budowany przez wiele pokoleń. Każdy gospodarz powinien dołożyć jedną solidną cegłę, naprawić przeciekający dach, wymienić spróchniałą belkę. Tymczasem my od lat zachowujemy się jak spadkobiercy, którzy zamiast remontować rodzinny majątek, najpierw sprawdzają, co można wynieść do własnego samochodu.

Być może właśnie dlatego w Polsce tak trudno prowadzić poważną rozmowę o instytucjach. Instytucje są nudne. Nie krzyczą, nie obrażają się, nie występują w telewizyjnych studiach. Sąd, urząd, szkoła czy szpital nie zdobywają lajków. Znacznie łatwiej sprzedać wyborcom kolejną awanturę niż cierpliwe opowiadanie o tym, dlaczego dobra administracja jest ważniejsza od błyskotliwej konferencji prasowej.

Żyjemy w czasach, w których politycy coraz częściej przypominają producentów seriali. Każdy sezon musi mieć nowego bohatera, nowe czarne charaktery i nowy konflikt, bo bez konfliktu widownia zaczyna się nudzić. Gdy emocje opadają, trzeba natychmiast znaleźć kolejny temat, który podzieli ludzi na dwa wrogie obozy. Raz będzie to historia, innym razem religia, później sądy, migranci, Ukraina albo Unia Europejska. Tematy zmieniają się jak dekoracje na scenie, ale scenariusz pozostaje zadziwiająco podobny.

W tym właśnie widzę największą słabość współczesnej polityki. Ona coraz rzadziej próbuje rozwiązywać problemy, a coraz częściej nauczyła się z nimi żyć. Ba, więcej – nauczyła się na nich zarabiać. Bo nierozwiązany problem jest dla polityka niezwykle cenny. Można do niego wracać przed każdymi wyborami, obiecywać, że tym razem na pewno zostanie rozwiązany, a kiedy emocje zaczną słabnąć, wystarczy ponownie go odkurzyć i pokazać wyborcom jako świeże zagrożenie.

To dlatego mam coraz silniejsze wrażenie, że największym sukcesem wielu polityków nie jest rozwiązanie konfliktu. Ich sukcesem jest utrzymanie go przy życiu. Konflikt stał się paliwem współczesnej polityki. Kiedy gaśnie, gaśnie również zainteresowanie kamer. A polityka bez kamer wydaje się dziś wielu ludziom równie niewyobrażalna jak teatr bez publiczności.

Najgorsze w każdej przewlekłej chorobie jest to, że po pewnym czasie człowiek przestaje zauważać jej objawy. Przyzwyczaja się do bólu. Zaczyna uważać go za coś naturalnego. Obawiam się, że dokładnie to samo stało się z polską polityką. Tak bardzo oswoiliśmy się z nieustannym konfliktem, że cisza zaczęła nas niepokoić bardziej niż awantura. Gdy przez kilka dni politycy nie obrzucają się oskarżeniami, media natychmiast zaczynają szukać nowego tematu, jakby demokracja nie mogła istnieć bez codziennej dawki adrenaliny.

Patrzę czasem na ludzi siedzących w pociągu albo w poczekalni u lekarza. Jeszcze kilkanaście lat temu rozmawiali o dzieciach, pracy, pogodzie albo cenach ziemniaków. Dzisiaj wystarczy jedno zdanie o polityce, żeby po kilku minutach każdy okopał się na własnej pozycji niczym żołnierz w pierwszej linii frontu. Już nie próbujemy zrozumieć rozmówcy. Próbujemy go pokonać. Rozmowa przestała być wymianą myśli. Stała się konkursem na najmocniejszy argument i najbardziej efektowną ripostę.

To chyba największe zwycięstwo współczesnej polityki. Nie to, że podzieliła parlament, bo parlament od sporów właśnie jest. Podzieliła kuchnie, rodzinne stoły i spotkania przy grillu. Wprowadziła się do świątecznych obiadów, wesel, pogrzebów i imienin. Dawniej rodzinę potrafił poróżnić spór o spadek. Dzisiaj wystarczy zapytać, na kogo ktoś głosował w ostatnich wyborach.

A przecież polityka miała być czymś znacznie skromniejszym. Miała pomagać organizować wspólne życie. Miała budować drogi, szkoły, szpitale, dbać o bezpieczeństwo i tworzyć warunki do rozwoju. Tymczasem coraz częściej przypomina przemysł rozrywkowy. Każdy dzień musi przynieść nowy odcinek serialu, nowego bohatera i nowego wroga. Emocje stały się walutą cenniejszą od rozsądku, a oburzenie zaczęło przynosić większe zyski niż spokojna rozmowa.

Nie wierzę, że Polacy są narodem bardziej kłótliwym od innych. Wierzę natomiast, że przez lata nauczyliśmy się funkcjonować w świecie, w którym konflikt opłaca się niemal wszystkim. Opłaca się politykom, bo mobilizuje wyborców. Opłaca się mediom, bo zwiększa oglądalność. Opłaca się internetowym algorytmom, bo człowiek wzburzony znacznie rzadziej odkłada telefon. Nie opłaca się tylko obywatelowi, który z każdym rokiem coraz bardziej przypomina kibica siedzącego na stadionie i coraz rzadziej czuje się gospodarzem własnego państwa.

Może właśnie dlatego coraz częściej odnoszę wrażenie, że największym problemem Polski nie jest brak pieniędzy ani brak pomysłów. Najbardziej brakuje nam umiejętności spokojnej rozmowy. Takiej, po której człowiek nie wychodzi z poczuciem zwycięstwa albo porażki, lecz z przekonaniem, że dowiedział się czegoś nowego o świecie i o drugim człowieku. Bez tego nawet najlepsze programy polityczne pozostaną tylko kolorowymi ulotkami, które wiatr rozwieje zaraz po wyborach.

Kiedy byłem młodszy, wydawało mi się, że największym zagrożeniem dla demokracji są źli politycy. Dzisiaj myślę, że to tylko połowa prawdy. Źli politycy pojawiali się zawsze i zapewne zawsze będą się pojawiać. Prawdziwe niebezpieczeństwo zaczyna się dopiero wtedy, gdy całe społeczeństwo przyzwyczaja się do ich sposobu myślenia. Kiedy uznaje, że pogarda jest normalnym językiem debaty, że kłamstwo jest tylko sprytną techniką negocjacji, a nieustanny konflikt stanowi naturalny stan państwa.

Choroby demokracji rzadko zabijają nagle. Nie przypominają zawału ani udaru. Bardziej przypominają powoli rozwijającą się miażdżycę. Latami zwężają naczynia, którymi płynie zaufanie, cierpliwość i gotowość do współpracy. Na początku niczego nie widać. Państwo funkcjonuje, wybory się odbywają, parlament obraduje, telewizje nadają kolejne programy. Dopiero po latach okazuje się, że organizm wprawdzie żyje, ale coraz trudniej mu oddychać.

Nie wiem, czy istnieje lekarstwo na tę chorobę. Gdyby istniało, pewnie już dawno ktoś dostałby za nie Nagrodę Nobla. Wiem jednak, od czego trzeba zacząć leczenie. Nie od kolejnej komisji, nie od następnej ustawy i nie od jeszcze jednej konferencji prasowej, podczas której politycy z kamiennymi twarzami ogłoszą początek nowego otwarcia.

Leczenie zaczyna się znacznie bliżej. Przy kuchennym stole, w tramwaju, w pracy, w rozmowie z sąsiadem, który głosuje inaczej niż my. W chwili, kiedy zamiast natychmiast odpowiedzieć, próbujemy najpierw zrozumieć.

Brzmi banalnie. Najważniejsze rzeczy w życiu zwykle takie właśnie są, bo państwo nie jest wyłącznie Sejmem, Pałacem Prezydenckim ani gabinetem premiera. Państwo zaczyna się tam, gdzie dwóch ludzi potrafi rozmawiać ze sobą mimo różnicy poglądów. Jeżeli tę umiejętność stracimy, żaden rząd, choćby składał się z samych geniuszy, nie będzie w stanie nas uratować.

Historia uczy jeszcze jednej rzeczy. Żadne państwo nie upadło dlatego, że zabrakło mu wielkich słów. Wielkie słowa zawsze znajdowały się bez trudu. Upadały wtedy, gdy zabrakło ludzi gotowych bardziej troszczyć się o wspólne dobro niż o własne zwycięstwo. Może więc największym patriotyzmem nie jest dziś wykrzyczenie kolejnego hasła, lecz odzyskanie czegoś znacznie trudniejszego.

Zdrowego rozsądku, bo od niego zaczyna się każda demokracja i od jego utraty zaczyna się każda jej choroba. Demokracja nie umiera od jednego polityka. Umiera wtedy, gdy sposób myślenia polityków zaczyna przenikać do zwykłych ludzi

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo