22.07.2026
Władysław Kosiniak-Kamysz ma niezwykły talent do stawania jednocześnie po obu stronach płotu. Jedną nogą pozostaje w koalicji Donalda Tuska, drugą próbuje zaprzyjaźnić się z PiS-em, a rękami podtrzymuje płot, żeby przypadkiem nie musieć wybrać podwórka. Jest to pozycja niewygodna anatomicznie, ale doskonale znana Polskiemu Stronnictwu Ludowemu. PSL od ponad stu lat potrafi być partią obrotową bez sprawiania wrażenia, że gdziekolwiek się obraca. Ludowcy nie zmieniają stanowiska. Oni jedynie oglądają je ze wszystkich stron, szczególnie od strony stanowisk.
Teraz poszło o prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. PSL, wspólnie z PiS-em i Konfederacją, poparło w Sejmie Mateusza Szpytmę. Kandydat otrzymał 226 głosów i do objęcia urzędu potrzebuje jeszcze zgody Senatu. Koalicja Obywatelska i Lewica zapowiadają, że go nie poprą.
Ludowcy są oburzeni. Nie tym, że zagłosowali razem z PiS-em i Konfederacją. Tym, że KO nie chce zagłosować razem z nimi, PiS-em i Konfederacją.
To bardzo subtelna różnica, rozpoznawalna wyłącznie przy odpowiedniej wrażliwości historycznej. PSL tłumaczy, że Szpytma zasłużył się dla upamiętnienia Wincentego Witosa, ruchu ludowego i rodziny Ulmów. To faktycznie ważny i wartościowy fragment jego dorobku. Szpytma jest historykiem, współtworzył muzeum w Markowej, badał losy Ulmów i popularyzował pamięć o Polakach ratujących Żydów. Nie trzeba tego pomniejszać, aby zapytać o pozostałą część jego zawodowego życiorysu.
Biografia człowieka ubiegającego się o ważną funkcję publiczną nie jest menu degustacyjnym. Nie można zamówić Witosa, Ulmów i muzeum, a poprosić, żeby nie podawano ośmiu lat w kierownictwie IPN. Szpytma od 2016 roku jest wiceprezesem Instytutu. Był nim za czasów Jarosława Szarka, a następnie Karola Nawrockiego. Nie był gościem, który przypadkiem wszedł do budynku, szukając toalety. Należał do ścisłego kierownictwa instytucji w okresie jej ostrego skrętu politycznego, konfliktów personalnych i przekształcania pamięci narodowej w partyjny zestaw klocków: bohaterów ustawia się po prawej, zdrajców po lewej, a prawdę historyczną tam, gdzie akurat jest wolne miejsce.
Ponad 170 historyków i byłych pracowników IPN zaapelowało, by Szpytmy nie wybierać. Zarzucili mu współodpowiedzialność za upolitycznienie Instytutu, czystki kadrowe i uczynienie z państwowej instytucji przybudówki Zjednoczonej Prawicy. Pod apelem podpisali się między innymi Antoni Dudek, Andrzej Friszke, Barbara Engelking i Paweł Machcewicz.
Kosiniak-Kamysz odpowiada, że list nie pokazuje prawdy, ponieważ Szpytma „nigdy nie był zaangażowany politycznie”.
Oczywiście. Przez osiem lat był tylko wiceprezesem instytucji kierowanej przez politycznie wybranych prezesów, współzarządzał jej strukturą i uczestniczył w podejmowaniu decyzji. To mniej więcej tak, jakby pierwszy oficer Titanica zapewniał, że nie miał nic wspólnego z rejsem, bo nie trzymał ręki na sterze dokładnie w chwili zderzenia. PSL odkryło nową formę apolityczności: człowiek jest apolityczny, jeśli jego polityczne otoczenie akurat nam odpowiada.
Szpytma zajmował się Witosem, więc ludowcy uznali go za „swojego”. To bardzo wiejska koncepcja certyfikacji. Kto wypowie nazwisko Witosa odpowiednią liczbę razy, otrzymuje pieczątkę jakości i może prowadzić nawet IPN, elektrownię atomową albo prom kosmiczny. Gdyby Przemysław Czarnek napisał broszurę o historii kół gospodyń wiejskich, PSL prawdopodobnie zaproponowałoby mu Ministerstwo Kultury. Gdyby Jacek Sasin odsłonił tablicę ku czci ruchu ludowego, mógłby zostać skarbnikiem. Gdyby Jarosław Kaczyński powiedział dwa ciepłe zdania o Wincentym Witosie, Piotr Zgorzelski zaniósłby mu do domu wieniec dożynkowy i formularz członkowski.
Kosiniak-Kamysz chciałby zapalić diabłu kaganek, bo diabeł obiecał, że światło będzie miało ludowy charakter. Problem w tym, że kaganek nie służy wyłącznie do oświetlania portretu Witosa. Oświetla także całe pomieszczenie. A w pomieszczeniu stoją ludzie Nawrockiego, nominaci PiS, raport NIK, protest historyków oraz rachunek za instytucję, która przez lata zamiast badać przeszłość coraz chętniej urządzała teraźniejszość.
Najwyższa Izba Kontroli oceniła negatywnie działalność centrali IPN w zakresie gospodarowania majątkiem i pieniędzmi publicznymi. W latach 2022–2025 stwierdzono wydatkowanie niemal 29,8 mln zł z naruszeniem prawa albo w sposób niecelowy, nierzetelny lub niegospodarny. Tak brzmi oficjalna ocena NIK.
Nie znaczy to, że Mateusz Szpytma osobiście podejmował każdą zakwestionowaną decyzję. Nie wolno przypisywać mu cudzych działań bez dowodów. Ale kandydat na prezesa nie może przedstawiać wieloletniego miejsca w kierownictwie wyłącznie jako doświadczenia zawodowego, a odpowiedzialności za stan instytucji zostawiać na portierni. Stanowisko wiceprezesa nie jest kursem obserwatora.
PSL jednak patrzy na tę sprawę przez własny ludowy teleskop. Z jednej strony widzi Witosa w powiększeniu. Z drugiej nie dostrzega całego IPN, choć instytucja ma budżet, siedziby, oddziały i zaniepokojonych historyków.
Ludowcy mówią o „wrażliwości”. To ulubione słowo polityka, który chce, żeby osobisty interes zabrzmiał jak wartość konstytucyjna. PSL nie ma kandydata. PSL ma wrażliwość. Nie żąda stanowiska. Prosi o szacunek. Nie zawiera układu z PiS-em. Pochyla się nad historią ruchu ludowego. Kiedy polityk zaczyna mówić o wrażliwości, obywatel powinien sprawdzić, kto właśnie dostał posadę.
Donald Tusk i Koalicja Obywatelska słusznie mówią: nie. Nie dlatego, że rodzina Ulmów jest nieważna, Witos niezasłużony, a wieś podejrzana. Dlatego, że kierowanie IPN wymaga oceny całego dorobku kandydata, a nie jednego rozdziału wybranego przez partię mającą szczególny sentyment do własnej historii.
KO nie ma obowiązku firmować człowieka, którego uważa za współodpowiedzialnego za upolitycznienie Instytutu. Zwłaszcza że kandydatura została wyłoniona przez kolegium zdominowane przez ludzi związanych z PiS-em i Pałacem Prezydenckim.
PSL odpowiada: jeśli nie wybierzemy Szpytmy, obowiązki prezesa nadal będzie pełnić Karol Polejowski, człowiek Nawrockiego.
To prawda. Nie jest to sytuacja dobra, ale między tymczasowym złym rozwiązaniem a pełnoprawnym zatwierdzeniem innego złego rozwiązania istnieje różnica. Pełniący obowiązki prezes jest słabszy, tymczasowy i pozbawiony pełnego politycznego mandatu. Nowy prezes otrzymałby sześcioletnią kadencję oraz pieczęć zatwierdzenia przez demokratyczną większość.
Kosiniak-Kamysz proponuje więc, by w obawie przed człowiekiem Nawrockiego bez pełnego mandatu powołać na sześć lat wieloletniego zastępcę Nawrockiego. To medyczna metoda leczenia przeziębienia przez świadome wywołanie zapalenia płuc. Doktor Kosiniak-Kamysz powinien pamiętać, że nie każda zmiana w dokumentacji jest poprawą stanu pacjenta.
PSL zapewnia, że Szpytma nie jest człowiekiem Nawrockiego, tylko człowiekiem ruchu ludowego. Widocznie w IPN przez wszystkie te lata pracował incognito. Nawrocki nie wiedział, że ma wiceprezesa. Szpytma nie wiedział, kto jest prezesem. Spotykali się wyłącznie przy ekspresie do kawy, gdzie rozmawiali o żniwach Witosa.
Można szanować dorobek Szpytmy dotyczący Ulmów i jednocześnie nie chcieć go na czele IPN. Dojrzałość polega właśnie na tym, że człowieka nie zamienia się ani w pomnik, ani w worek podejrzeń. Ocenia się jego osiągnięcia, odpowiedzialność i kontekst stanowiska, o które się ubiega.
PSL woli jednak prostszy rachunek. Szpytma pisał o Witosie, więc jest nasz. Skoro jest nasz, koalicjanci powinni go poprzeć. Jeśli nie poprą, nie szanują nas. Jeśli nas nie szanują, zapiszemy to w kajeciku.
Ludowcy grożą, że Donald Tusk i KO „dostaną kiedyś rachunek”. Podobno każdy koalicjant prowadzi listę krzywd. Piękny obraz współpracy rządowej. Rada Ministrów zbiera się, żeby decydować o bezpieczeństwie, gospodarce i ochronie zdrowia, a pod stołem przedstawiciele PSL prowadzą zeszyt:
„Platforma nie pochwaliła naszego kandydata — dwie krzywdy. Lewica skrzywiła się przy Witosie — jedna krzywda. Tusk nie oddzwonił przed obiadem — pół krzywdy i zupa. Hołownia zajął nasze miejsce parkingowe — rozliczyć przy budżecie”.
PSL nie jest koalicjantem. Jest wiejskim sklepem na zeszyt. Wszystko zapisuje, niczego nie zapomina, a przed wyborami wystawia rachunek wraz z odsetkami, stanowiskiem w spółce i jednym wiceministrem rolnictwa.
Ludowcy liczą zapewne, że groźba „dużej zadry” przestraszy Tuska. Zadra jest jednym z najłagodniejszych zagrożeń, jakie spotkały Donalda Tuska w polityce. Człowiek przeżył Kaczyńskiego, Ziobrę, komisje śledcze, Pegasusa, ośmioletnią propagandę TVP, kryzysy europejskie i własną koalicję. Informacja, że Piotr Zgorzelski zapisze coś niemiłego w kajeciku, raczej nie wymaga ewakuacji Kancelarii Premiera.
Kosiniak-Kamysz próbuje tymczasem przedstawiać PSL jako konserwatywne sumienie koalicji. To sumienie działa jednak wybiórczo. Budzi się głównie wtedy, gdy konserwatywny kandydat może objąć ważne stanowisko. Znacznie słabiej reaguje, gdy trzeba rozliczać poprzednią władzę, naprawiać instytucje albo zdecydować, czy koalicja ma cofać pisowskie zmiany, czy tylko podlewać je wodą święconą.
PSL chciałoby należeć do obozu przywracającego demokrację, ale bez nadmiernego drażnienia tych, którzy ją psuli. Ludowcy najchętniej rozliczaliby PiS w taki sposób, aby PiS tego nie zauważył.
Można odnieść wrażenie, że Kosiniak-Kamysz wyobraża sobie pojednanie narodowe jako wspólne rozdanie stanowisk. KO dostaje rzecznika praw obywatelskich, PSL prezesa IPN, PiS wpływy, Konfederacja satysfakcję, a obywatel możliwość obejrzenia uroczystości w telewizji.
Premier powinien się temu sprzeciwić. Koalicja nie jest towarzystwem wzajemnego potakiwania. Szacunek dla partnera nie polega na popieraniu każdego jego pomysłu. Czasami największym dowodem szacunku jest jasne powiedzenie: nie, ten kandydat obciąża wszystkich, a odpowiedzialność za niego nie zniknie dlatego, że napisał coś ważnego o Witosie. PSL ma prawo popierać Szpytmę. KO ma prawo go odrzucić. Ludowcy nie mogą jednak jednocześnie głosować z PiS-em i Konfederacją, a potem żądać, by Tusk dostarczył im koalicyjne alibi. Nie można pójść na randkę z opozycją, wrócić nad ranem i obrazić się na partnera, że nie przygotował śniadania.
Refleksja jest przy tym szersza niż jeden kandydat. IPN powinien być instytucją badającą historię, a nie fabryką politycznie zatwierdzonej pamięci. Historia państwowa nie może zmieniać bohaterów po każdych wyborach, tak jak urząd nie powinien wymieniać portretów w zależności od tego, kto akurat ma większość.
Przeszłość nie należy do PiS-u, PSL-u, KO ani Lewicy. Nie jest polem, które można podzielić między koalicjantów: tu Witos, tam Piłsudski, dalej Żołnierze Wyklęci, a za stodołą jedna kontrowersja dla historyków. Właśnie dlatego kandydatura prezesa IPN powinna budować zaufanie szersze niż porozumienie PSL-u z PiS-em. Jeśli budzi sprzeciw tak dużej grupy poważnych badaczy i obciąża ją wieloletnia współodpowiedzialność za sposób działania Instytutu, Senat nie powinien jej zatwierdzać tylko po to, żeby Kosiniakowi-Kamyszowi nie zrobiło się przykro. Państwo nie jest programem terapeutycznym dla koalicjantów.
PSL może wpisać Tuska do kajecika. Może narysować obok smutny kłos, dużą zadrę i przekreślony portret Witosa. Może nawet wystawić rachunek. Tyle że wcześniej warto sprawdzić własny paragon. Widnieje na nim wspólne głosowanie z PiS-em i Konfederacją, kandydat z wieloletniego kierownictwa IPN, negatywna ocena NIK oraz protest ponad 170 historyków.
Na dole znajduje się jeszcze dopisek: „Towar polityczny. Po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się”.
Kosiniak-Kamysz chciałby dziś diabłu zapalić kaganek, Tuskowi wystawić rachunek, Witosowi złożyć kwiaty, Nawrockiemu zabrać człowieka, a PiS-owi nie sprawić przykrości. Wszystko naraz.
To nie jest polityka środka. To polityka człowieka, który tak długo stoi okrakiem na płocie, aż zaczyna uważać, że płot jest jego programem wyborczym.
Krzysztof Bielejewski
