Przyjrzałem się pierwszemu roboczemu posiedzeniu superkomisji mającej weryfikować różne budzące wątpliwości warszawskie decyzje prywatyzacyjne.
Komisja ta ma nadane sejmową ustawą olbrzymie uprawnienia, nadające jej w gruncie rzeczy status czegoś w rodzaju trybunału rewolucyjnego, działającego poza systemem prawnym, niezależnie od toczących się już postępowań sądowych. Głośne sprawy warszawskich prywatyzacji budzą wątpliwości od lat i uderzająca jest niefrasobliwość osób pełniących z racji przez lata pełnionych funkcji nadzór nad tymi postępowaniami – z obecną prezydent Warszawy, Hanną Gronkiewicz-Waltz na czele. Uderzająca jest też tu opieszałość PO, która udaje, że sprawa kładąca się ponurym cieniem na wiceprzewodniczącej partii jej samej nie dotyczy. Dość osobliwa to strategia wyborcza, typowa dla ciepłej wody w kranie, która już nieraz dla Platformy okazała się lodowatym prysznicem. Nie o tym jednak tym razem.
PiS zadziałał w sposób już wypróbowany przy operacji 500+ – rzucił suwerenowi łatwostrawny żer, tym razem pod hasłem „oto winni zostaną zdemaskowani, a krzywdy naprawione”. Przy okazji zostanie pokazane, że oto pisowskie młyny mielą dużo skuteczniej, aniżeli tradycyjne ciężkie i ospałe młyny konstytucyjnej sprawiedliwości.
Prowadzący przesłuchania wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki czynił to z wdziękiem przewodniczącego trybunału ludowego, lekceważąc wszelkie procedury prawne, zadając pytania z narzucającą się odpowiedzią, nie dopuszczając żadnych wątpliwości ani proceduralnych dyskusji. Jak zapowiedział – i słowa z nawiązką dotrzymywał – nie dopuści to tego, aby cokolwiek toczyło się w sposób znany z sejmowych komisji, gdzie opozycja pod pozorem przestrzegania prawa prowadzi (brudną) polityczną grę.
Oglądając to widowisko nie miałem jednak wątpliwości, że dla wielu spragnionych sprawiedliwości widzów jest to pokrzepiający przykład powrotu rzeczy na swoje należne miejsce – reakcja bliska odświeżającym emocjom wyzwalanym widokiem spadającego ostrza gilotyny.
Jestem też przekonany, że wśród tych pozytywnie nastawionych znajdują się niejednokrotnie i tacy, którzy gotowi do walki o abstrakcyjne wartości konstytucyjne, Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy czy Krajową Radę Sądownictwa, są także gotowi uczynić niejaki nawias w swej niezłomności w przypadku „ewidentnych” przestępców – mataczy, oszustów, krętaczy, którzy wykorzystując zawiłości systemu prawnego niejednokrotnie paraliżują sądy i trybunały.
Praworządność jednak, parafrazując tu francuskiego prezydenta Macrona, nie jest supermarketem, z którego możemy sobie wybrać tylko to, co nam odpowiada. Nie dopuszcza też dróg na skróty, które – początkowo zachęcające – kończą się spadzistym żlebem wiodącym w przepaść.
Nie można tu schodzić z wyznaczonego szlaku, nawet jeśli ten wydaje się dłuższy, banalny, żmudny. Bo to się zwykle tylko tak wydaje…
Ludwik Turko


Przykre jest także to, że działania komisji popierają osoby naprawdę poszkodowane przez szemraną reprywatyzację nie zdając sobie sprawy, że w rzeczywistości tworzy ona chaos prawny, który w przyszłości (i to niedalekiej) zadziała przeciwko nim.
Jeśli dodamy do tego poziom intelektualny reprezentowany przez przewodniczącego, otrzymujemy smutne widowisko stworzone w jednym jedynym celu. I nie jest to „naprawienie krzywd” jak się niektórym zainteresowanym wydaje.
Komisja d/s Amber Gold ma przynajmniej jakieś walory rozrywkowe. Ta nie.