Jakby co, to twardy elektorat PiS wyrzeknie się unijnych pieniędzy. Dobrowolnie złoży wolności obywatelskie. Przyciśnięty – wyjdzie w ogóle z Unii. Nie zamierza też – oczywista oczywistość – walczyć o niezależność sądownictwa, o wolną prasę oraz o swobodę do zgromadzeń.
Uczyni tak, gdyż strach przed utratą tożsamości kulturowej jest silniejszy od innych zagrożeń.
Polski katolik i wyborca PiS jest przekonany, że jego tożsamość oraz biologiczna egzystencja są zagrożone. Cała cywilizacja chrześcijańska jest zagrożona. Wobec tego protesty opozycji odbiera jako mistyfikację, mającą wepchnąć Polaków w „łapy” islamu, zwolenników eutanazji, trzeciej płci i lewactwa.
Co mają do tego sądy, Konstytucja, albo jakiś Trybunał?
Tylko atawistyczny lęk może w krótkim czasie zmobilizować milion wiernych, aby z krzyżami i różańcami utworzyli kordon modlitewny wzdłuż polskich granic. I nie chodziło tylko o ojczyznę. W jej intencji można modlić się w domach i świątyniach. Ale granice kraju mają znaczenie mitologiczne; to bariera, odgradzająca dobro od zła. Stamtąd przychodzi zagłada.
Ludzkim strachem można zarządzać, podkręcając go, jeżeli jest taka konieczność, albo przygaszając.
Najpierw jednak trzeba go z ludzi wydobyć. Niektórym się udaje.
Główny strateg obu zwycięskich kampanii prezydenckich Georga W. Busha, Karl Rove, zaktywizował białych ewangelików z Południa USA sugestią, że demokraci to „gejowska mafia”, która zagraża heteroseksualnej większości. Rove insynuował nawet, że gdy wygra demokratyczny kandydat, to zostanie wprowadzony zakaz czytania Pisma Świętego.
Ten strach już w ludziach tkwił. Rove go tylko reaktywował, podszeptując, że świat, którego obawiają się wierni, właśnie nadchodzi.
To poskutkowało.
W podobny sposób – z równym cynizmem i sprawnością – Jarosław Kaczyński i polski Kościół katolicki przekonali miliony wierzących, że Polsce grozi islamizacja i utrata tożsamości kulturowej. I że tylko PiS i polski katolicyzm, mogą powstrzymać „zarazę”. Przemówienie Kaczyńskiego o nieznanych chorobach i pierwotniakach, które może przywlec uchodźca, to klasyk współczesnego, polskiego rasizmu. Oraz smutny przykład, jak wzbudzać w społeczeństwie strach, a potem wykorzystywać go do celów politycznych.
Silna wiara powinna dać sobie radę z kilkoma ideologami nienawiści.
Ale w naszym kraju stało się inaczej. Polski katolicyzm jest słaby w wierze. Obawia się, że nie przetrwa w zetknięciu z inną kulturą. Dlatego jej unika.
Pisał o tym dużo ksiądz Józef Tischner. Katolicyzm ludowy, wymuszany od najmłodszych lat, nieuświadomiony i obrządkowy, ekskluzywny, powoduje, że polski katolik jest bardziej związany z instytucją Kościoła niż z bliźnim. Kościół – właściwie tylko pośrednik pomiędzy człowiekiem, a Bogiem – jest dzisiaj przeznaczeniem. A przeznaczeniem powinien być drugi człowiek.
Katolik polski podąża za inną ewangelią. Zna przykazania, ale się do nich nie stosuje. Zna religijne pieśni i modlitwy, ale nie potrafi wybaczyć i uwolnić się od nienawiści.
Hierarchowie nie przeciwstawiają się tej tendencji. Frekwencja w świątyniach i posłuszeństwo są dzisiaj ważniejsze niż świadectwo wiary. Oba wskaźniki są zadowalające. Zamiast nadziei i miłości kościoły zapełniają strach i desperacja.
I rację miał profesor biskup Tadeusz Pieronek, nazywając Kościół katolicki „partyjnym”. Oczywiście zarzut nie dotyczy wszystkich, ale zjawisko jest wyraźne. Polski katolik utożsamia często polityczną działalność z religijną powinnością. I głosuje na autorytarny PiS w sposób, w jaki nieraz przyjmuje się komunię: ulegle i obrządkowo. A strach powierza silniejszym i sprytniejszym.
Tę ludzką ułomność wykorzystał Karl Rove w USA. W Polsce zajmują się tym Jarosław Kaczyński i polski Kościół.
Dariusz Wiśniewski


Wpisałem komentarz do tego artykułu pod artykułem Profesora Obirka.