Mam katar, dzięki temu siedziałam w czwartek przed telewizorem, żeby śledzić dobrą zmianę w sądach.
Jak wiadomo paragrafy o zmianach w sądownictwie musiały wrócić do sejmowej komisji sprawiedliwości przez to, że prezydent to i owo zawetował. Przewodniczący zebrania, pan prokurator Piotrowicz dzielnie i czujnie brnął przez paragrafy, udzielał głosu swoim, odbierał opozycji kiedy się żołądkowała, ogłaszał głosowanie. Przebiegało bez zakłóceń – jeżeli poprawka pochodziła z krzeseł opozycji głosów „za” było akurat tyle ilu członków opozycji na sali, reszta była „przeciw”. A żeby się komuś nie pomyliło kiedy rękę podnosić, pan prokurator pierwszy podnosił swoją na tyle wysoko, żeby wszyscy widzieli jak ma być. Zaznaczał też wyraźnie czyj wniosek głosujemy – PO, Nowoczesnej czy rzadziej PiS-u.
Faworytem moim był jeden z posłów partii rządzącej: siedział przy końcu stołu, przez cały dzień nie odezwał się ani razu w przedmiotowej sprawie. Skupiony na swoim tablecie, zapewne uprawiał jakąś grę, ale na tyle przytomnie, że po zerknięciu w stronę prezydium pierwszy wyciągał rękę w górę. Zawsze słusznie, rzecz jasna. Długie godziny miałam telewizor otwarty a facio ten, wiek około emerytalny, ani razu nie tylko się nie odezwał, ale nawet nie podniósł głowy, żeby się rozejrzeć wokół.
Zresztą takich maszynek do głosowania było na Sali z ramienia partii rządzącej więcej. Dzięki nim głosowania przebiegały gładko i tylko co jakiś czas ktoś z opozycji zakłócał spokój. Najczęściej była to Kamila Gasiuk Pihowicz. Trudno się więc dziwić, że posłowie partii rządzącej szczerze jej nienawidzą i uważają, że jest złośliwą babą. Poniekąd mają rację. Oprócz przedłużania czasu dyskusji nie udało się ani jej, ani nikomu innemu z partii opozycyjnych zmienić choćby jednego słowa w paragrafach przysłanych z ministerstwa sprawiedliwości. Zdaje się, że nawet panu prezydentowi Najjaśniejszej Rzeczpospolitej się nie udało. Prawniczka z prezydenckiej kancelarii była bowiem zaskoczona poprawkami, których wcześniej nie znała. A ilekroć chciała zabrać głos pani Kamila, przewodniczący Piotrowicz robił zrozpaczoną minę, a większość rządowa miny miała ironiczne i zniecierpliwione. Mój milczący faworyt głębiej wciskał się w krzesło i bardziej skupiał na swoim tablecie.
Satyrę robioną z demokracji znam jak zły szeląg z własnej młodości. Z tym, że tamten ustrój nazywał się demokracją ludową a nie parlamentarną. I przywódcy PRL nie tylko nie udawali, że się wzorują na demokracji parlamentarnej, znanej z Zachodu, a przeciwnie – Zachodem kazali się nam brzydzić – mieliśmy przecież stworzyć coś lepszego. A my młodzi żyliśmy sobie w zamkniętym świecie, bo innej demokracji niż ludowa nikt nie znał. Po drugie nie plątały się po kuluarach sejmowych ludzie z mikrofonami, żeby wieczorem w telewizji każdy mógł usłyszeć jaką się na tych komisjach uprawia lipę.
Ci teraz mają trudniej – zadanie jest: zmienić ustrój, a zmieniać muszą nie z pepeszami tylko w rękawiczkach. Odpadło straszenie okrutnym światem kapitału i nie ma, póki co, pomocnej im cenzury. Trudniej więc tak zmienić ustrój, żeby cała władza należała do biura politycznego i żeby zarazem nadal nazywać się krajem demokracji parlamentarnej. Nie jest łatwo tak żonglować słowami i faktami, żeby wyglądało, że jest „jak na Zachodzie” a zarazem wyzbywać się zachodnich naleciałości.
Zadanie nie jest proste i właściwie można współczuć obecnej ambitnej zmianie. Tym bardziej, że i technika weszła im w drogę – wszystko widać i słychać.
Albo taki przewodniczący komisji pan Piotrowicz. Dawniej mówił co myśli, teraz musi grać potrójnego głupa. Raz przed wysoką komisją – że wszystko przebiega prawidłowo, dwa – przed mediami nachalnymi, żeby jakoś kupy się trzymało i ewentualnie potem przed swoim biurem politycznym, żeby pierś wystawić do orderu.
Czy to nie strata czasu i pieniędzy jakie idą na utrzymywanie tylu pozorów? Jeśli ważne jest tylko to KTO mówi, a nie CO się mówi, to po kiego licha udawać, że władzy zależy na opozycji? Kiedy głos zabierała pani Kamila, pan Budka czy pan Święcicki i zgłaszali nawet niewinną uwagę dotyczącą omawianego przedmiotu, nie mieli szans, żeby ich uwaga została potraktowana poważnie. Posłowie koalicji rządzącej zapewne nawet nie słuchali – przy glosowaniu patrzyli tylko na prawą rękę prokuratora Piotrowicza. Podnosi w górę, to podnosimy. Nie podnosi – czekamy na hasło –„przeciw”.
Czy można w takiej atmosferze uchwalić coś mądrego? Nawet gdyby poprawka opozycji była najbardziej niewinna politycznie i najbardziej potrzebna – nie ma szans żeby przeszła. A przecież po to się wybiera posłów, także opozycji, po to się im płaci, żeby wnosili coś do sprawy, a nie tylko podnosili rękę. I przecież w ustawie pisanej w nerwowym pośpiechu musi być wiele niejasności.
Tymczasem nawet jeżeli ktoś z „niewiernych” zgłaszał uwagi całkiem niewinne politycznie, nie miał szans. A przecież powstawał dokument, który ma być podstawą przy osądzaniu człowieka! To nie jest zarządzenie w sprawie deptania trawników, od kształtu zdania mogą zależeć ludzkie losy.
Gdyby tak odrzucić polityczne animozje, może udałoby się coś z demokracji uratować?
Nie ma szans. Opozycja często zabiera głos i większość sali wyraźnie się niecierpliwi. Jedno wie – jeżeli Piotrowicz podnosi rękę, a podnosi dość wysoko, żeby ją było widać z ostatniego krzesła, wtedy trzeba też podnieść. Zresztą przewodniczący głośno i wyraźnie zapowiada na przykład: głosujemy wniosek Platformy Obywatelskiej. Albo wniosek Nowoczesnej. Wtedy większość, czyli posłowie PiS wiedzą, że ręki nie podnosimy.
Po co taka szopka?
Coś podobnego, tylko w kulturalnej oprawie, powiedziała wychodząca z obrad dotychczasowa prezes Sadu Najwyższego, pani Małgorzata Gersdorf. Pytano ją o komisję dyscyplinarną tworzoną na mocy przegłosowanego właśnie prawa, która ma powstać przy Sądzie Najwyższym. Komisji z dużymi uprawnieniami i szerokimi możliwościami. Pani prezes ze swojego stanowiska rezygnuje; i wie co robi – zgodnie z prawem przyklepanym właśnie przez komisję sprawiedliwości, w Sądzie Najwyższym RP będzie można dopatrzeć się grzechów jakich grzesznik nawet się nie spodziewa. I wszystko to dzieje się legalnie, pod parasolem Europy i jej wartości.
Co w tym złego? – pyta niewinnie minister-prokurator Ziobro. Przecież chyba lepiej, że będzie komisja dyscyplinarna, która ukróci nieprawidłowości.
Nie ze mną takie numery – za długo żyłam w PRL i za często słuchałam takich argumentów. Tymczasem wielu ludzi i teraz się cieszy – wreszcie złodziejstwo zostanie ukrócone. Codziennie w TVP słuchają przecież o dyrektorze biura sądowego w Krakowie, który się nakradł. Wprawdzie administracja sądu to nie sędziowie, ale kto by tam wnikał w takie drobiazgi. Naród się cieszy, bo złodziejstwo w sądach się skończy.
Aleksander Hall, polityk konserwatywny, zasłużony w odradzaniu się nowej Polski, mówi że na naszych oczach dokonuje się zmiana ustroju, którą można nazwać nieformalną dyktaturą.
Z prezydium pada pytanie – czy robimy teraz przerwę? Mój faworyt z tabletem ochoczo podnosi rękę, uśmiech pojawia się na znudzonej twarzy – trzeba nareszcie coś zjeść i wypić, tyle godzin się męczyliśmy!
Rano usłyszałam w radiu, że wszystkie poprawki PiS przeszły i wszystkie poprawki opozycji przepadły. I że pani poseł Pawłowicz powiedziała, że chociaż jedna z poprawek nie jest konstytucyjna, ona będzie głosowała razem ze swoim klubem „za”.
Mówią, że prawda przemawia tylko ustami dziecka…
Agnieszka Wróblewska


Szanowna Pani Agnieszko.
Takie szopki przedświąteczne (i codzienne) ogląda Pani od momentu kiedy pojawił się w Pani domu telewizor.
Jeszcze Pani się nie przyzwyczaiła?
Obecne szopki mają scenariusze inne niż za PRLu ale reżyseria podobna i aktorzy sprawdzeni w dawnych
przedstawieniach.
Za niedługo w każdym domu zagości telewizor 10K zapachowy… to będzie przeżycie…
aktorzy będą młodsi ale teksty podobne.
Na odtrucie polecam film „Uciekinier” ze Schwarzeneggerem.
Przyszłość jest za progiem.. głowa do góry!