Tak się złożyło, że parę lat temu zostałem obdarowany kompletem kilkunastu numerów paryskiej Kultury (od numeru 490 do numeru 519 – lipiec 1988 – grudzień 1990).
Przedzieranie się przez stare teksty potwierdziło znaną mi już prawdę – dziennikarstwo jest zawodem dla ludzi twardych. Żaden mięczak, powiem więcej – nikt o sercu wrażliwym przetrwać w tym zawodzie nie może. Inaczej niż lekarz, który lecąc klasą biznes na noworoczne narty na lodowcu Zermatt-Matterhorn mówi sobie, że jednak udało się: „Co trzeci, a może nawet co drugi z moich pacjentów wciąż żyje”, dziennikarz już przed pierwszym drinkiem i aż do tego ostatniego, czy będzie to drink dziesiąty czy piętnasty, stoi swoim przepalonym gardłem twarzą w twarz z rzeczywistością – wszystko to, co z żelazną logiką przewidział, że się zdarzy – ani się nie zdarzyło, ani się nie zdarzy. On wie, że nigdy się nie udało i nigdy się nie uda.
Ale kiedy trafi się od reguły wyjątek – ktoś późną nocną godziną coś tam drżącą ręką napisał i patrzcie – rzecz nie do uwierzenia – sprawdziło się, wtedy z należnego tym twardym, nigdy nie odmawiającym kieliszka chłopom, współczucia należy go przytoczyć. I taki właśnie znaleziony w paryskiej Kulturze wyjątek tutaj przytaczam:

Oto fragment strony miesięcznika Kultura z numeru 514-515, lipiec/sierpień 1990. Jest to tekst Leopolda Ungiera o jego wizycie w Warszawie w maju roku 1990 – relacja współczesna wydarzeniom tamtego roku.
– Wait, wait, there is more – jak mówi się w reklamach telewizyjnych. Czytajmy dalej.

Itd., itd. Ot, ciekawostka napisana dwadzieścia osiem lat temu.
A te intymne poglądy – jakżeż to ładnie brzmi.
Andrzej Olas


Taksówkarz i Kurwa jedną drogą chodzą – to porzekadło z mroźnych zim Peerelu, kiedy panie spod „Polonii” chroniły się przed chłodem w taksówkach. Dziennikarz i kurwa… brzmi równie dobrze, choć też trochę nieściśle, bo tu chodzi przecież głównie o prostytucję. Ale kto ich tam odróżni. Pamiętam telewizyjną dyskusję z połowy lat 90tych Ubiegłego, gdzie były U/Sbek całkiem serio bronił swej pozycji moralnej, argumentując, że nigdy nie był obmierzłym Komuchem, tylko zwyczajnie chciał mieć szybko mieszkanie, telefon (ja czekałem 10 lat w kolejce), więc o co się go czepiają – przecież był jak wszyscy. Zawsze było mi jakoś żal dziennikarzy. Bo oni nie mogą pisać do szuflady, jak inni pisarze. Przeczekanie oznacza dezaktualizację. Też nie do końca racja. Bo do dziś czytam z przyjemnością i pełnym zaangażowaniem w ówczesność E.E. Kischa. Ale ilu mnie jest, co wspominają aktywnie Kischa, a nawet znacznie bliższego „Brukselczyka” ?
Jak on wtedy przyjechał do Warszawy, dałem mu – jako wyraz wdzięczności za te jego felietony z lat 80-tych, mojego „Dupnika”, razem z zafoliowanym tekstem, co go tu dwa lata temu (?) publikowałem. Tekst podobał mu się bardziej niż rzeźbeczka. On też podobał mi się bardziej, niż opinia o Nim jego kolegi redakcyjnego, pana Brodzkiego, mojego sąsiada z Kanonii. Trybuna Ludu.
.
Unger jest dla mnie dziennikarzem, co może nie dorównuje Kischowi stylem, ale na pewno przenikliwością i znajomością materii da się porównać z największymi, co mieliśmy ich ostatnio w Europie. Dla mnie ten przymiar to Alzatczyk, wychowanek Jezuitów, najlepszy w tej branży znawca Islamu – Scholl Latour.