2018-02-24.
A właściwie nie dostanie ani jednego, ani drugiego medalu. Pierwszego dlatego, że w odpowiednim momencie nie zaniechała swoich obowiązków, przez co – być może – utraciła szacunek następnych pokoleń. Drugiego zaś dlatego, że wykonując sumiennie swoje obowiązki przez dziesiątki lat, nie zasłużyła sobie na ten szacunek. Tak, jak zresztą wiele innych osób… Jej przykład pokazuje, że o wiele bardziej potrzebne wartości społeczne, ustępują dziś przed nachalnie propagowanymi wartościami narodowymi.
Babcia, osoba dziś już ponad dziewięćdziesięcioletnia, opowiadała mi historię z czasów ostatniej wojny. Żołnierz niemiecki złapał Polaka, który naruszył okupacyjne prawo. Prowadził go na egzekucję, sam jadąc na rowerze. Polak jednak przewrócił Niemca i prawie zdołał uciec. Wszystko by się udało, gdyby nie Volksdeutsch, który przytrzymał Polaka do czasu, aż się Niemiec pozbiera. Nie pomagały błagania i prośby, że jeśli nie pozwoli mu uciec, to Polak zginie. I tak się stało. Po wojnie Volksdeutsch przebywał w szpitalu, w którym pracowała moja babcia. Wszyscy znali jego historię, a ona poważnie zastanawiała się, czy za to, co zrobił, należy mu podawać leki i w ogóle go ratować. Zwyciężyło jednak poczucie obowiązku zawodowego i przekonanie, że pielęgniarka jest od tego, żeby opiekować się pacjentami. Volksdeutsch zmarł niedługo potem, pomimo prawidłowego leczenia. Moja babcia powinna była rozprawić się z wrogiem narodu? (Już po wojnie, ale przed tą śmiercią, brat owego Polaka, aby „wyrównać rachunki”, zabił syna Volksdeutscha na dyskotece).
Druga sytuacja trwała o wiele dłużej; była trudniejsza, wymagająca więcej wysiłku niż pierwsza. Przez kilkanaście lat, jako pielęgniarka środowiskowa, babcia chodziła do okolicznych miejscowości, aby szczepić dzieci. Chodziła piechotą, bo wtedy trudno było o transport. Zaszczepiła kilkaset dzieci, a przez to wiele z nich uniknęło poważnych chorób, a może śmierci. Czy ratując te dzieci, zasłużyła się społeczeństwu, czy też nie? Nie chodzi tu o żadne odznaczenia czy nagrody, których domagam się w imieniu mojej babci. Raczej o kontekst społeczny tej sytuacji, o wartości, które zasługują na szacunek i o to, jak dziś rozkładane są akcenty.
W tych dwóch sytuacjach jaskrawo widoczna jest różnica wartości – narodowych i społecznych. Narodowe, do których zaliczyć można m. in.: heroizm, waleczność, poświęcenie różnią się znacznie od wartości społecznych, takich jak: pracowitość, wychowywanie i edukacja najmłodszych, kształtowanie własnego środowiska, czy budowa kapitału społecznego. Te drugie, niezbędne w czasach pokoju, są mniej podniosłe, ale za to bardziej nastawione na rozwój wspólnoty. Wartości narodowe, które z definicji wyrastają na gruncie różnic etnicznych, nie zawsze wpływają pozytywnie na poziom naszych cnót społecznych, niezbędnych do współistnienia w dzisiejszym świecie.
Wiedział to i rozumiał Norwid, który pisał, że „wszystko, co patriotyzmu i historycznego dotyczy uczucia, tak wielkie i wielmożne jest w narodzie tym, iż zaiste że kapelusz zdejmam przed ulicznikiem warszawskim – ale – ale wszystko to, czego nie od patriotyzmu, czego nie od narodowego, ale czego od społecznego uczucia wymaga się, to jest tak początkujące, małe i prawie nikczemne, że strach wspominać o tym!”
Widać to szczególnie na przykładzie nauczania i propagowania historii, w nacisku, jaki kładzie się na historię heroiczną. Czyny bohaterskie, których legenda bywa czasem większa niż same zdarzenia, przesłaniają dziś ogrom niezauważalnych, codziennych działań, które rzeczywiście kształtowały historię. Jeśli zamiast rzetelnego przedstawienia zachodzących wtedy procesów i wydarzeń, wybierzemy jedynie wiedzę o działaniach heroicznych, to (znowu Norwid!), będzie to rozbujanie i poczucie energii, z czego są iskry, ale nie będzie sił, bez których „nie byłoby ognia i nie byłoby nigdy nic”. Nauka historii nie będzie miała waloru wyjaśniania zjawisk, lecz stanie się bezstresowym wychowaniem historycznym, nie pozostawiającym miejsca na refleksję. Pozostaną nam tylko odruchy.
Najlepszym przykładem takiego podejścia jest obchodzony 1 marca Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”.
Emil Antipow
Debiutujący w „Studiu” autor jest absolwentem politologii i filozofii UJ.
Specjalizuje się w polskiej myśli filozoficznej i społecznej.
Studiował u prof. S. Obirka, obecnie jest stypendystą w Petersburgu.
Witamy na łamach!


Coś mi tu nie pasuje. Dyskoteką mógł młody człowiek nazwać zabawę ludową czy wszelka inną. Ale ten folksdojcz za to zrobił – i co było wiadome – podpadłby pod dekret PKWN, bodajże nawet z sierpnia 1944, co mogło oznaczać i karę śmierci.
Pod warunkiem, że zostałby zidentyfikowany przez władzę lub „zapodany gdzie trzeba”. Proszę mi wierzyć, znam z tutejszego terenu całkiem sporo przypadków, gdy ludzie sprawy okupacyjne załatwiali „we własnym zakresie”. Z jednym była niewiarygodna heca, bo zdemolowany volsdeutsch po wojnie był gorliwym działaczem PPR, więc klasyfikowano to jako zamach na władzę ludową.
Kiedyś przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej został dawny członek Hitlerjugend i nikomu to nie przeszkadzało, dopóki nie podpadł jakiejś niewieście odmową spełnienia jej prośby. Wtedy zrobił się szum, jego przeszłość „odkryto” i facet musiał odejść. Nawiasem mówiąc, mój sąsiad, całkiem miły człowiek.
Co zaś do zasług, to w PRL dawano na prawo i lewo rozmaite „krzyże zasługi” głownie za dobrą pracę. Czy tego nie da się zaklasyfikować jako próby docenienia człowieka w tym zakresie, o którym Autor pisze?
Do tego, co powiedziano wyżej, mogę dodać, że nie wiem, jak dokładnie wyglądała sprawa z folksdojczem, przytaczam wiernie za babcią. Można przypuszczać, że zabicie jego syna nie było przypadkowe i jeszcze bardziej miało go pognębić, być może bardziej, niż kara śmierci wykonana na nim samym.
Co do odznaczeń za dobrą pracę w PRL-u. To prawda, doceniano wtedy taką pracę, dając różnego rodzaju odznaczenia. Ale jaki był tego powód? Wydaje mi się, że chodziło o powody ideologiczne – niejako sztuczne docenienie „ludzi pracy”. Dlaczego sztuczne? Dlatego, że celem tych odznaczeń nie było docenienie pracowitości (jeśli już, to pracę ponad normy) czy budowa kapitału społecznego, ale właśnie ideologia. Tak, jak w reportażu Józefa Kuśmierka („O czym wiedziałem”): „Żaden dyrektor zakładu, który – mimo awarii czy awaryjnych warunków transportu – ani na minutę nie przerwał produkcji, nie był nagrodzony za gospodarność, sztukę przewidywania, a zawsze mógł się liczyć z oskarżeniem o «chomikowanie» i «zamrażanie środków». (…) Ci dyrektorzy, którzy zatrzymali lub zostali zmuszeni do zatrzymania produkcji w swoich zakładach, do wysłania tysięcy ludzi na «zieloną trawkę» – płacąc im za to – zawsze tłumaczą się trudnościami efektywnymi, jak na przykład kilkugodzinną zawieją śnieżną. I ci dyrektorzy mogą zawsze liczyć na nagrody, premie, pochwały za «gospodarność»”.
Antiopow – politologia i filozofia UJ – S. Obirek I wszystko jasne.
Jutro 1 marca i tekst należy czytać w tym kontekście. Przypomnę za wikipedią. Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” – polskie święto państwowe obchodzone corocznie 1 marca, poświęcone upamiętnieniu żołnierzy antykomunistycznego i niepodległościowego podziemia. Inicjatorom powstania święta zależało szczególnie na ustanowieniu go przed 1 marca 2011 roku, aby pierwszymi obchodami uczcić 60. rocznicę zamordowania dowództwa WiN. Wszystko pięknie, ale warto też pamiętać o tych (jak Babcia Emila Antipowa), którzy po prostu żyli i praktykowali „wartości chrześcijańskie” (mam kłopot z ich definicją stąd cudzysłów), z których najważniejszą jest zdolność przebaczenia i wzięcia odpowiedzialności za codzienność. Militaryzacja chrześcijaństwa to rzecz nowa i z chrześcijaństwem nie mająca wiele wspólnego.