Dlaczego panowie chcą wszystko zniszczyć?

 

2018-02-27.

(Pisane w roku 1997).

31 sierpnia 1980 roku miałem 44 lata. Znajdowałem się na 24 piętrze Pałacu Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina w Biurze Zagranicznym Polskiej Akademii Nauk. Przybyłem tam w celu odebrania paszportu służbowego oraz biletu kolejowego do Bratysławy – stolicy zaprzyjaźnionej Federacyjnej Republiki Słowacji, gdzie wybierałem się aby uzyskać nowe wyniki naukowe.

Pani o pięknie brzmiącym nazwisku – Potocka, która miała dać mi te papiery utknęła w bufecie na dziewiętnastym piętrze, gdzie pojawiła się mortadela. Miała wrócić lada chwila. W międzyczasie, wraz z inną panią, której nazwiska nie znałem, choć też mogło brzmieć pięknie, słuchaliśmy transmisji z podpisania porozumień gdańskich między rządem a Solidarnością. Byłem podniecony, działy się rzeczy ciekawe. Pod impulsem chwili rozważałem czy nie pokazać tej pani o prawdopodobnie pięknym nazwisku nowego Biuletynu Informacyjnego który miałem w teczce. Uznałem jednak że w Centrali PAN–u może to być nierozsądne. Jeden rząd drzwi dalej, a więc bardzo blisko, był Komitet Zakładowy PZPR. Parę lat wcześniej ówczesny pierwszy sekretarz wykorzystywał to sąsiedztwo na bieżąco (lub jeśli czytelnik woli – na roboczo). Zaopatrzywszy się w pancerną szafę osobiście konfiskował paszporty osób które nie zasługiwały na służbowy wyjazd za granicę. Paszporty wędrowały do szafy, gdzie pozostawały przez czas nieokreślony. Podobno nie podobało się to funkcjonariuszom Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, którzy nawet próbowali spreparować zamach stanu w Komitecie. Nie wiem czy zamach się odbył, a jeśli tak czy się udał, w każdym razie sekretarz poświęcił się krzewieniu osiągnięć nauki polskiej za granicą. Zdecydowałem nie ryzykować bo sekretarz mógł mieć naśladowców.

Oddałem dowód osobisty, otrzymałem paszport, bilet na ekspres Chopin oraz diety i udałem się spacerem do mojej firmy, aby wziąć udział w zebraniu mężów zaufania. Było nas około dwudziestu. Mój przyjaciel Kryspin siedział jak zwykle przy drzwiach i jak zwykle miał mi coś nowego do powiedzenia.

– Właśnie obliczyłem że w naszej firmie przypada jeden mąż zaufania na dziesięciu ludzi.

– Niedługo w ogóle nie będzie mężów zaufania. W Gdańsku podpisali porozumienia. Stawiam stówę że Gierek jest załatwiony.

– Bomba…

Na wieść o porozumieniach Kryspinowi zapaliły się oczy. Właśnie w tym momencie Dyrektor zagaił zebranie. Powiedział, że za chwilę musi wyjść, ale ma dobre wiadomości, poczem obwieścił że są szanse, aby nasza firma została odznaczona orderem Sztandaru Pracy. Miałem ochotę zapytać czy pracownicy otrzymają miniaturki orderu do noszenia w klapach. Dyrektor powiedział dalej, że spodziewa się dalszych sukcesów naukowych firmy i wyszedł.

Kryspin obwieścił:

– Panowie – W Gdańsku podpisali porozumienia. W moim rozumieniu znaczy to, że nasz Związek już nie istnieje i Rada Zakładowa nie ma sensu.

Radek, który był Przewodniczącym Rady, zaoponował:

– Związek ma 400 członków w naszej firmie. Jeśli idzie o Ciebie, to liczę Ciebie za jednego. Sądzę że należy poczekać i zobaczyć jak rozwinie się sytuacja. solidarność-sąd

Nieoczekiwanie odezwał się pan Docent Kruś. Pan Docent był dobrze starszym panem, z definitywnie bolszewickiej rodziny, z bratem, który tachał jeszcze w Związku Patriotów Polskich w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, a niedługo potem choć krótko, w Biurze Politycznym. Mało kto wiedział co pan Docent robi w naszej firmie. Równie nieoczekiwane było to co mówił. Widać było że jest przygotowany:

– Porozumienia nie mogą być dotrzymane przez żadną ze stron. W tej formie w jakiej są napisane sankcjonują dwuwładzę.

Kryspin przechylił się do mnie szepcząc:

– On leci Leninem z „Co robić”.

Pan Docent Kruś kontynuował:

– Dzisiaj możemy swobodnie powiedzieć jaki chcemy mieć związek zawodowy. Jutro kto inny będzie decydował za nas. Ja już jestem stary i ten ostatni raz chętnie spróbuję decydować sam.

Radek nie zmieniał zdania:

– Sądzę że na to wszystko jest jeszcze za wcześnie. Poczekajmy.

– To że jest wcześnie jest właśnie naszym atutem.

Marzena jak zwykle chciała konkretów:

– Panie Docencie, pan mówi o postanowieniach. Co pan właściwie ma na myśli ?

Od dłuższego czasu Marzena wzbudzała we mnie moralny niepokój. Niepokój przybrał na sile od czasu ostatniego party u Bogusia, kiedy to natknąłem się na nią szukając w kuchni kieliszków i okazało się że dzielimy ten niepokój wspólnie. Emocjonalna projekcja kształtu lewej piersi Marzeny na moją prawą dłoń nabrała gigantycznych rozmiarów w ciągu dosłownie sekund. Wprawdzie obecność jej chłopaka na party nie pozwoliła nam na żadne dalsze eksperymenty, ale niepokój był niepokojem.

Pan Docent kontynuował:

– Należy wybrać grupę działania. Ta grupa powinna śledzić i analizować bieżące wydarzenia. Powinna mieć możność informowania pracowników.

Kryspin pochylił się ku mnie i szepnął:

– Dodajmy możność chwilowej izolacji osób niepożądanych i od razu mamy szereg nowych możliwości.

Marzena nie ustawała:

– Panie Docencie, o co właściwie chodzi. Co pan chce analizować ? O czym pan chce informować ?

– Mam na myśli analizę tego co się zdarzy, a będzie tego wiele. Uważam, że kiedy tylko będzie to możliwe należy stworzyć w naszej firmie Niezależny Związek Zawodowy.

To w końcu wyprowadziło Radka z równowagi:

– Proszę państwa, my reprezentujemy związek zawodowy który istnieje. Pomysł zakładania nowego związku na zebraniu istniejącego jest surrealistyczny.

Widać było że Radek jest zaskoczony, podświadomie uważa to co się dzieje za nietakt. Nie zmieniło to uporu Marzeny aby zrozumieć sytuację.

– Panie Docencie, dlaczego właśnie pan chce zakładać nowy związek – zawsze wydawało mi się że panu jest dobrze tak jak jest.

Pan Docent nie speszył się, przeciwnie, jak gdyby czekał na to pytanie.

– Pani Marzeno, powiedzmy to w ten sposób. Sądzę, że Młynarski ma rację w swojej piosence. Dużo rzeczy wymaga wyrównania. Potrzebujemy żeby wreszcie przyszedł walec, no może mały, ale jednak walec.

Marzena nie spodziewała się takiej odpowiedzi, otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, nie wydała dźwięku i zamarła. Kryspin pochylił się do mnie:

– Cokolwiek się stanie, ten facet już jest liderem. Tylko w którą stronę będzie prowadził ?

Zebranie zakończyło się uformowaniem, wbrew nieefektywnemu oporowi Radka, nieformalnej grupy ośmiu, z docentem Krusiem na czele i z bardzo niejasnymi celami. Było coraz ciekawiej i było o czym myśleć.

Do domu wróciłem spacerem. Spacer był dla mnie idealnym stymulatorem procesów myślowych. Od dwóch lat podczas spaceru układałem kolejne strony habilitacji. Tym razem musiałem przetrawić co innego. Dziesięć lat wcześniej, po Grudniu 1970, wystąpiłem z partii. Zgodnie z moimi przewidywaniami z pracy mnie nie wylali. Występując liczyłem się z takim rozwiązaniem, ale nie bałem się, bo jak wspomniałem poprzednio, gdziekolwiek bym poszedł zarobiłbym co najmniej tyle samo. Przez te lata większość dyskusji politycznych zaczynałem lub kończyłem stwierdzeniem „system jest zgniły”. Kolportowałem Biuletyn, a także, pomimo jego nienajlepszego poziomu, podziemie literackie. Kibicowałem strajkom, mówiłem, że są one dowodem że system gnije coraz bardziej. Dlaczego więc pan Docent Kruś wiedział co mówić, a ja nawet nie wiedziałem co odpowiedzieć? Dlaczego nie zgłosiłem się nawet do ósemki zaangażowanych? Co się stało?

To że ten system musi upaść było dla mnie faktem empirycznym. Od dawna system udawał że płaci ludziom, którzy udawali że pracują. Tym razem jednak system nie miał już z czego płacić bankom na zachodzie. Problemem z moją świadomością było, że nigdy nie wyszedłem poza upadek systemu. Zresztą nie tylko ja. Podziemna prasa drukowała abstrakcyjne rozważania typu finlandyzacja czy egiptyzacja, ale wszystko to z przymrużeniem oka. Podświadomie nie pytałem co dalej, nie wiedziałem czy system nie zawali się zasypując mnie pod gruzami.

Teraz zapowiadało się coś znacznie większego, ale działo się obok mnie. Jak to się stało ? Coś tu było nie tak. Czy mam się siebie wstydzić ? Co mam robić ? Od zrobienia doktoratu wierzyłem w siebie, uważając że jeżeli coś sobie postanowię to to zrealizuję. Zaraz, zaraz, wydaje się, że nie za dobrze znam samego siebie. Gdybym był w Ameryce zapytałbym „What makes me tick?” – co mnie napędza?

Jak zwykle pomogła perspektywa historyczna. Takie same problemy mieli Polacy w wieku dziewiętnastym. Były dwa typowe rozwiązania. Albo powstanie albo praca od podstaw. W moim przypadku powstanie nie wchodziło w grę, w roku 1944 brałem już udział w powstaniu w charakterze ośmioletniego dziecka – cywila. Była to rzeź bez jakiegokolwiek usprawiedliwienia. Musiałem więc zacząć od pracy organicznej.

Możliwym narzędziem pracy była moja komórka związkowa. Narzędzie nie było mi obce, bo pół roku wcześniej zorganizowałem lokalny bunt związkowców przeciwko fikcji wyborów związkowych. Łatwo więc mi było przejść po pokojach mojego działu firmy, przypominając że powstała Solidarność i że to jest dobry moment do dyskusji. Tak zrobiłem i zapowiedziałem zebranie za trzy dni. Używając terminów partyjnych nawiązałem kontakt z klasą robotniczą.

Na zebranie zaprosiłem Andrzeja, członka tej inicjatywnej grupy ośmiu. Zagaiłem wyrażając nadzieję że kiedy zebranie się skończy, moja funkcja nie będzie już istniała. Potem do dyskusji wkroczył Andrzej, i to ostro, okazało się, że on też myśli że system jest zgniły.

– Dlaczego jak wejdę do jednego sklepu, to kilo szynki kosztuje tyle – tu Andrzej wyciągnął banknot stuzłotowy – a obok, w drugim ta sama szynka kosztuje tyle – tu Andrzej dodał następną stuzłotówkę do pierwszej.

Akurat ten argument nie wydawał mi się najlepszym dowodem na zgniliznę systemu, ale nie zważając na ubogość argumentu, system wciąż pozostawał zgniły. Andrzej powiedział że grupa ośmiu potrzebuje pomocy przy papierkach i innych sprawach. Wybraliśmy więc (w sposób tajny, na co nalegali wszyscy uczestnicy zebrania) trójkę ochotników i zakończyliśmy zebranie.

Okazało się, że grupa ośmiu rzeczywiście działa. W bufecie pojawiła się tablica informacyjna ” Z Życia Zakładu”, z zawartością, której nie można było nazwać inaczej niż rewolucyjną. Były tam przedruki artykułów z Biuletynu Informacyjnego, wiadomości bieżące i podsumowanie strajków. Stefan, jeden z trójki ochotników, zajmował się tablicą. Układał materiał tak, że ćwiartka tablicy zostawała pusta. Ta część redagowała się sama, bo każdy mógł coś tam umieścić. Jako działacz na niwie pracy organicznej wprowadziłem tam Miłosza:

„Nie jesteś przecież tak bezwolny

A choćbyś był jak kamień polny

Lawina bieg od tego zmienia

Po jakich toczy się kamieniach.”

W ten to sposób, niezależnie od tego co naprawdę myśli, Miłosz w mojej firmie został zaliczony do post–pozytywistów.

Tymczasem czas było jechać do Słowacji. Nie tylko ja, bo okazało się, że Marzena też jedzie na południe. W Bohuminie na pograniczu Czech i Słowacji albo Czesi albo Słowacy od dawna, jeszcze od czasów Stalina, wyrabiali czołgi. Trochę później do fabryki czołgów dodano instytut badawczy. W tym to instytucie Marzena miała przetestować ultradźwiękowy tester akurat w czasie, kiedy ja rozwijałem naukę w Bratysławie.

Rzeczą, którą ceniłem i cenię, czy to w Czechosłowacji, czy też w obecnych Czechach i Słowacji jest geografia. Aby gdziekolwiek trafić, potrzeba średnio około dwóch do trzech godzin pociągiem lub samochodem. Przypuszczam że umacnia to życie rodzinne Czechów i Słowaków, choć nigdy nie trafiłem na jakiekolwiek źródła co do tego tematu. W każdym razie łatwo było Marzenie przyjechać z prowincjonalnego Bohumina do stołecznej Bratysławy.

Siedzieliśmy u Malych Franciszkanów, winiarni na bratysławskim Starym Mieście. Piliśmy lokalne czerwone wino Koruna, wino które Słowacy umieją robić. Skrzypek orkiestry cygańskiej dodawał do naszej miłości ognia, grając Oczi Cziornyje. Gładziłem atłas Marzeny uda, wreszcie sięgnąłem głębiej dosięgając pierwszego rzędu koronek. Powiedziałem :

– Kocham Cię, Marzeno.

Koło północy szliśmy przez uliczki Starego Miasta. Recytowałem Erratę Tuwima:

„Do mego życia wkradł się błąd ponury

Stąd ciemne miejsca i tekstu zawiłość

W czterdziestym roku życia od góry

A w którymś tam od ziemskiego dołu

zamiast rozpacz powinno być miłość”

– w przerwach między liniami całując Marzenę.

Bratysława 1980 była wspaniałą, niedojrzałą jeszcze mieszanką prowincji i stołeczności. Zabłądziliśmy do Muzeum Miejskiego. Dla kustosza Muzeum naukowcy z Warszawy byli znacznymi osobistościami, godnymi wpisu w księdze wybitnych gości, zaraz po sowieckim generale, a trzy strony po Prezydencie Austrii, który kiedyś tam wracając do Wiednia zaplątał się do niedalekiej Bratysławy. Nie bardzo było co oglądać, zbiory były kiepskie, nic z historii, bo to było zarezerwowane dla akurat remontowanego Zamku, za to trochę geologii i trochę wypchanych zwierząt. I raptem znalazłem coś, co trafiło do mojej wyobraźni. Był to wypchany drop, ptak, gdzieś dwa razy większy od indyka. Kustosz objaśnił że drop, niegdyś częsty w środkowej Europie, obecnie prawie wytępiony, jest najcięższym z ptaków latających. To zainteresowało Marzenę. Zapytała kustosza:

– A strusie ?

– Struś jest oczywiście cięższy niż drop – ale struś nie lata.

Tu kustosz zaczął rozsmakowywać się w paradoksach językowo–logicznych. Marzena wtrąciła że w afrykańskim państwie Ukudabwe są farmy gdzie hoduje się strusie dla piór, jaj i mięsa. Wiedziałem o tym bo mówiła mi była, że ma w Ukudabwe znajomego białego farmera w tej specjalności.

Josef Novak był dobrym kompanem do piwa. Poza tym był pierwszym sekretarzem partii w bratysławskiej firmie do której przyjechałem. Ojciec Josefa był weteranem budowy komunizmu na Słowacji. Josefa poznałem, kiedy przyjechał do mojej firmy do Warszawy, robić badania dotyczące maszyn analogowych. W danej chwili byliśmy u Josefa w domu i piliśmy, nie piwo, ale burcok – młode niedojrzałe jeszcze wino, beczkę którego Josef miał w piwnicy. Marzena kończyła opowiadać o ostatnim życzeniu górala, którego wieszali w Nowym Targu.

– A góral mówi – moim ostatnim życzeniem jest zapisać się do partii.

– Sędzia był w egzekutywie, prokurator był pierwszym sekretarzem, obaj spieszyli się do domu, więc bez większej zwłoki górala do partii zapisali. I wtedy sędzia pyta:

– A dlaczego góralu tak się upieracie przy tej partii?

– A góral na to – bo ja lubię jak komunistów wieszają.

Novak senior – weteran ruchu rewolucyjnego – nie był zachwycony kawałem.

– To ja wam powiem coś co jest mniej śmieszne, ale za to prawdziwe. W 1939 roku dużo Polaków uciekało na Zachód przez Słowację. W zimie tamtego roku nocowaliśmy jednego z uciekających polskich oficerów, który zdążył już siedzieć i w niemieckim i ruskim więzieniu. Opowiadał mojemu ojcu, że ruski śledczy, który go przesłuchiwał niekiedy potrafił być ludzki. Któregoś razu śledczy wdał się z przesłuchiwanym w dyskusję na temat wojny i katastrofalnej kampanii wrześniowej i powiedział:

– Nu tak, Stanisławie Konstantynowiczu, wy tancowali, a my tanki diełali.

Tu Novak senior znacząco zawiesił głos. Marzena spojrzała na mnie pytając wzrokiem:

– Co senior chce przez to powiedzieć?

Rzeczywiście nie widziałem żadnego powiązania między kawałem Marzeny a historią uciekiniera. Chyba, żeby Novak senior celował nie w kawał, a w Marzenę, mnie, lub ogólnie Polaków. A jeżeli tak, to łatwo było zgadnąć morał:

– Wy Polacy tradycyjnie gładziej i więcej gadacie, niż naprawdę robicie.

Jakiekolwiek były powody reakcji Novaka seniora – strach przed przyszłością czy gniew, to co mówił nie było zupełnie od rzeczy. Gadulstwo, gnuśność spotykałem na co dzień. Więcej, w moim środowisku – środowisku naukowym – było wielu ludzi, którzy nie powinni tam być. Dobrze pamiętałem pewne seminarium wyników własnych, na którym doktorant Kryspina prezentował owoc półrocznych wysiłków. Obrażony i speszony ostrą krytyką Kryspina doktorant odpowiedział:

– Panie Docencie, przecież ja wcale nie chciałem być naukowcem.

W zdenerwowaniu Kryspin zwykle się jąkał. Tak było i tym razem.

– K–k–k–k–im chciałby więc pan być?

– Nad tym się jeszcze nie zastanawiałem – palnął speszony młody człowiek.

Kryspin odprężył się:

– Proszę pana, ma pan jeszcze tydzień czasu. Wybory Prezesa Akademii są w przyszłym tygodniu. Proponuję panu alternatywę– albo wybór na prezesa, albo rezygnacja z pracy w naszej firmie.

Według Kryspina sprawa nie polegała na zdolnościach:

– Ten doktorant jest zdolny. Rzecz w tym, że jego powodzenie w życiu nie zależy w tym ustroju od tego, w jakiej dziedzinie będzie pracował. Wszędzie będzie mniej więcej tak samo. Jedyną życiową decyzją w Polsce jest decyzja czy wstąpić do partii. Efektem takich układów jest społeczeństwo, które w większości, mam na myśli bezpartyjnych, unika podejmowania decyzji. Dalej – partyjni, a więc ci co podejmują decyzje, są często produktem selekcji negatywnej, a ponadto co najmniej uczestnikami wadliwego, szkodliwego procesu decyzyjnego. Z takim bagażem będziemy więc wchodzili w wiek dwudziesty pierwszy.

Novak senior należał do aktywmych decydentów. Tu dochodziliśmy do następnego szczebla w rozumowaniu – jakość i etyka podejmowanych decyzji. Przypomniałem sobie historię Veselego, podwładnego Josefa. Niektórzy w Bratysławie przypuszczali że Novak senior, który choć emeryt, siedział w Komisji Kontroli Partyjnej, maczał w tym wydarzeniu palce.

Vesely był młodym utalentowanym inżynierem, najlepszym specjalistą maszyn analogowych w Bratysławie. Pech chciał, że zbyt silnie uwierzył w Dubczekowy komunizm z ludzką twarzą. W efekcie, w podubczekowym roku 1969, akurat kiedy miał gotową pracę doktorską, został podejrzanym o wrogość do ustroju. W tym momencie naukowe problemy Veselego mocno się skomplikowały, choć trzeba powiedzieć, że partia nie podeszła do sprawy po prostacku.

Vesely miał prawo podchodzić do doktoratu. Jednak jednym z warunków otrzymania doktoratu w Czechosłowacji było zdanie egzaminu z Marksizmu–Leninizmu, nauki, która była bazą (a może i nadbudową) socjalistycznego państwa. Czy wróg ustroju, nawet jeżeli obkuje się w sposób doskonały teorii wartości dodatkowej, może zdać taki egzamin ? W Akademii zdania były podzielone. Inżynierowie, którzy mimo marksistowskiej dialektyki lubują się w kanonach logiki dwuwartościowej sądzili, że może, twierdząc, że wynika to z samej definicji egzaminu. Kierownictwo, zarówno instytutowe jak i partyjne uważało że należy patrzeć głębiej. Łatwo zgadnąć, że ta opinia przeważyła. Stąd Vesely nigdy nie został doktorem nauk technicznych.

Sprawa Veselego nie mogła być tematem towarzyskiej rozmowy z Novakiem seniorem, co najwyżej mogła być powodem do awantury. Tak więc nie znalazłem dobrej riposty dla Novaka seniora i wkrótce w nienajlepszej atmosferze spotkanie polsko–słowackie u państwa Novaków zostało zakończone. To i lepiej bo mogliśmy pójść z Marzeną na Stare Miasto i pobyć ze sobą. Był to jej ostatni wieczór w Bratysławie i na samą myśl o tym robiło mi się nijako.

Nie miałem pojęcia że w najbliższych dniach będę świadkiem następnego etapu sprawy Veselego. Odbywało się kilkudniowe Seminarium Maszyn Analogowo–Cyfrowych. Ranki i popołudnia upływały nam albo w sali konferencyjnej, albo w laboratorium. Seminarium zdobił towarzysz profesor Nikitin, autorytet w tej dziedzinie we wszystkich krajach Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej. Był to sympatyczny Rosjanin, łysy, około sześćdziesiątki. Wydarzenie było ważne dla Veselego, który został z urzędu przydzielony do pomocy towarzyszowi Nikitinowi. Przypuszczam, że było to dla Veselego pierwsze pozytywne wydarzenie w ciągu ostatnich lat. Vesely, jak pisywał Sienkiewicz, pił beczkami mądrość z ust towarzysza Nikitina i żeby nic z niej nie utracić, zawsze, gdy tylko mógł ciągnął się w jego ogonie. W sali seminaryjnej Nikitin siadał w pierwszym rzędzie, a Vesely zaraz za nim, w drugim.

Traf chciał, że tego słonecznego wrześniowego popołudnia, kiedy to towarzysz Nikitin wrócił z zakrapianego piwem śniadania z prezesem Słowackiej Akademii Nauk, na salę zabłąkała się lekko ogłupiała, leniwa jesienna mucha. Łysina towarzysza Nikitina stała się dla muchy bazą, wokół której uprawiała swoje rejsy. Vesely kilkakrotnie zapobiegł lądowaniu muchy na łysinie profesora, w końcu jednak zdecydował, że sytuacja wymaga bardziej zdecydowanej akcji. Narzędziem odstraszania muchy stała się zwinięta w trąbkę Bratysławska Prawda. Machanie gazetą speszyło muchę na chwilę, ale łysina Nikitina była zbyt przyciągająca. Mucha znów wylądowała na łysinie. Tego było już za dużo. Vesely energicznie palnął gazetą i osiągnął bezpośrednie stuprocentowe trafienie w muchę i łysinę. Wyrwany z drzemki Nikitin zerwał się, stanął na baczność i zameldował

– Cela nomier szest, zakliuczonnyj Nikitin.

Przyszły mi na myśl słowa piosenki Wysockiego

– Towariszcz Stalin, ja prostyj zakliuczonnyj…

Za plecami Nikitina Vesely z oczyma w słup, z gazetą w wyciągniętej w kierunku Nikitna ręce powtarzał

– Mucha… mucha…

Nikitin, wciąż w innej rzeczywistości, wykonał przepisowy zwrot w tył, wziął gazetę z ręki Veselego i zaczął ją rozwijać. Na głośny szept innego członka rosyjskiej delegacji

– Sadis !

usiadł wciąż rozwijając gazetę. Zafascynował go czerwony tytuł „Bratislavskiej Pravdy”. Powiedział głośno:

– Bratisława – tu przerwał i po chwili dodał – Eto nie tiurma.

Wyraźnie wracał do rzeczywistości. Nagle rzucił gazetę na ziemię, zakrył twarz rękami i zaczął szlochać. Na sali powiało grozą. Nikitin płacząc powtarzał:

– Wsie eti leta, wsie eti leta…

Zarządzono przerwę w obradach. Dobrze poinformowany, a przyjazny Słowak, który znał Nikitina od trzydziestu lat potwiedził że Nikitin siedział, dawno, dawno temu. Było to w okresie późnego Stalina. Nikitin był wtedy początkującym naukowcem, a siedział za idealistyczną cybernetykę. Kiedy wracaliśmy do sali, prowadzący obrady demonstracyjnie wskazał czerwonemu, spoconemu Veselemu miejsce w ostatnim rzędzie.

Następnego dnia seminarium osiągnęło to, co młodsi naukowcy uważają za apogeum każdego spotkania naukowego – bankiet w reprezentacyjnym nocnym klubie Bratysławy. Kiedy idzie o teorię i praktykę organizowania uroczystości Słowacy zawsze byli mi bliscy. Część oficjalna bankietu była krótka, główną troską organizatorów była część rozrywkowa, na którą składały się występy estradowe włączając strip–tease. Strip–tease był zaaranżowany w formie wydarzeń w haremie, sześć dziewczyn wykonywało coś w rodzaju tańca siedmiu zasłon. Tuż przed strip–teasem Nikitin przysiadł się do mojego stolika. Wyglądało to na sprytne pociągnięcie, bo mój stolik był usytuowany strategicznie na obrzeżu kręgu tanecznego, w samym środku sali z centrum kręgu o kilka kroków od stolika. Okazało się, że źle oceniałem intencje Nikitina, bo gdy tylko usiadł, zaczął rozmowę o Solidarności, a po chwili wzniósł toast za Wałęsę. Dryfujący za nim młody Słowak Peter, naznaczony w miejsce Veselego po incydencie z muchą, wyparował natychmiast. Strip–tease rozpoczął się w chwili gdy Nikitin odstawiał kieliszek na stolik. Stripteaserki były zapowiedziane jako „Anita And Her Exotic Dancers”. Sześć smukłych dziewczyn w przezroczystych powiewnych kaftanikach i hajdawerach przedefilowało o pół metra przed naszym stolikiem. Formacja zatrzymała się w rzędzie dwa metry od nas. Ręka Nikitina zamarła i kieliszek zatrzymał się centymetry od powierzchni stołu. Twarz Nikitina poczerwieniała, uszy spurpurowiały. Bylem świadkiem opisywanego w podręcznikach medycyny szoku emocjonalnego. Tym razem był to przypadek „mam sześćdziesiąt lat i pierwszy raz w życiu oglądam strip–tease”.

W miarę rozwoju sytuacji na scenie, kiedy dziewczęta ganiane dookoła sceny przez tłustego, odrażającego eunucha z mieczem u pasa dumnie prężąc krągłe biusty pozbywały się kolejnych powiewnych woali, chust, bluz itp., twarz Nikitina zaczęła nabierać koloru dojrzałego fioletu. Adrenalina w sposób oczywisty szalała w jego krwioobiegu. Widziałem że nie był przygotowany na to, co jak sądziłem, może nastąpić.

– Towariszcz profesor – zacząłem…

– Patom, patom – odburknął Nikitin, nie spuszczając oka z dziewczyn. W tle, po drugiej stronie sceny widziałem zaalarmowanego Petera, który tak jak ja wydawał się zgadywać co się może wydarzyć. Na scenie akcja nabrala tempa, eunuch zdwoił swoje wysiłki, i wkrótce Anita, śliczna blondynka, uciekając znalazła się na kolanach Nikitina,

obejmując go ręką za szyję. Jej kształtna pierś wsunęła sie pod klapę marynarki Nikitina. Któryś z widzów głośno przełknął. Nikitin odruchowo objął ją ręką w talii. Ten ruch wytrącił go z zaskoczenia i przywrócił do równowagi. Spojrzał na mnie porozumiewawczo, mówiąc wzrokiem

– Aha, to o tym chciałeś mi powiedzieć.

Rozluźnił się i był wyraźnie zadowolony z rozwoju sytuacji. Zajął się wzrokowym inwentarzem uroków Anity. Pozostali uczestnicy akcji na scenie nie próżnowali. Wprawdzie eunuch, z wyciągniętym mieczem, zatrzymał się w pościgu i w pozie pełnej komicznej groźby zamarł o krok od Nikitina, ale zgorączkowany Peter zaczął przedzierać się w naszym kierunku. Anita zadomowiła się na kolanach Nikitina. Wyprostowała się, wyzwalając pierś spod klapy marynarki, obejrzała krawat, akceptując jego wzorek, rozluźniła go lekko. Rozejrzała się dookoła i puściła do mnie oko. Biła z niej radość życia.

Radość życia. Znałem to uczucie szczęścia od czasu naszych spotkań z Marzeną. Zarys dachów kamienic Starego Miasta na tle nocnego nieba, twarz Marzeny oświetlona księżycem, skrzypce orkiestry cygańskiej – wszystko to, bez względu na tandetność detali chciałem zapamiętać, objąć, tak żeby pozostało ze mną na zawsze. Teraz Anita, na kolanach Nikitina, wydała mi się doskonale szczęśliwa. Patrząc na nią uśmiechnąłem się szeroko i delikatnie dwukrotnie klapnąłem w dłonie, symulując oklaski. Bractwo ludzi szczęśliwych nie ma niestety uniwersalnego kodu porozumiewania się.

Moja refleksja została przerwana przez interwencję Petera. Z pewnością kiedy po incydencie z muchą Peter został wyznaczony na opiekuna Nikitina nakazano mu

– żadnych incydentów.

Teraz, zbełtana sieć neuronów w mózgu Petera rozpoznawała jedynie powtarzający się sygnał:

– Anita Incydent, Anita Incydent.

Peter wszedł na skraj sceny i rozkazującym gestem dłoni nakazał Anicie wstać z kolan Nikitina. Tego tylko było Anicie potrzeba, aby zagrać scenkę z niemego filmu. Z przerażoną twarzą wskazała prawą ręką na Petera. Byłem pewien że doskonale wiedziała jak ten gest uwypukla zarys jej piersi. Następnie pochyliła głowę i zakryła dłońmi oczy. Zastygła w tym geście wysyłając posłanie:

– Jam zgubiona, i nic już mnie nie uratuje.

Teraz dłonie lekko oddaliły się od twarzy i zza ich zasłony oczy Anity poszukiwały zbawcy. Zbawca był. Zbawca był tuż, tuż, choć jeszcze o tym nie wiedział. Nikitin z ręką wokół kibici Anity i twarzą w twarz z jej piersiami był w stanie nirwany czyli błogości. Raptem, tak jakby nastąpiło przełączenie kamery, pole widzenia Nikitina zmieniło się całkowicie. Plan bliski zawierał złożone razem w geście proszącym o opiekę dłonie Anity, podczas gdy w dalszym planie Nikitin widział jej proszące oczy. Zanim przystosował się do nowej sytuacji Anita przytuliła prawą dłoń do jego twarzy. Widownia gorliwie śledziła akcję.

Peter niebacznie zbliżył się do Anity i Nikitina. Anita natychmiast wykorzystała okazję, aby prosić o litość. Chwyciła Petera za rękę i przyłożyła ją w proszącym geście do serca, to znaczy do gładkiej powierzchni lewej piersi. Peter osłupiał. Gdy spróbował wycofać rękę, Anita sfingowała utratę równowagi. Zastygł więc w niewygodnej pozycji, podczas gdy Anita gładziła jego dłoń. W tym momencie wkroczył do akcji eunuch i kolnął Petera mieczem w tyłek. Peter, spocony i z pałającymi policzkami, nie przewidział takiego rozwoju sytuacji. Wykonał półmetrowy skok w górę i kończąc skok piruetem wylądował twarzą do eunucha. Anita oczywiście parsknęła śmiechem, na co Peter ryknął coś soczystego w ojczystym języku i rzucił się na eunucha. Próbując zgadnąć co krzyknął Peter spojrzałem na siedzącego dwa stoliki dalej Josefa, który do tej chwili skupiał się na podziwianiu wdzięków Anity. Rejestrując dynamikę sytuacji na poboczu portretu Anity wzrok Josefa przesunął się na Petera, by bez zatrzymywania się powrócić do Anity. Nagle, w połowie ruchu powrotnego, Josef zamarł. Dolna szczęka opadła mu wolno, oczy rozszerzyły się. Raptem eksplodował ogromnym śmiechem, tylko o ułamek sekundy wyprzedzając kolosalny, radosny ryk reszty widowni. Dołączyliśmy z Nikitinem do eksplozji śmiechu dopiero gdy między atakami wesołości Anita wykrztusiła:

– Peter przyrzekł eunuchowi, że mu utnie jaja.

Śmiech wygasał powoli, występ, choć spontaniczny doszedł do swojego logicznego finale, widownia się rozluźniła. Wciąż nierozwiązana była sprawa eunucha i Petera, grupy stojącej pośrodku sceny, z Peterem trzymającym lekko podduszonego eunucha pod brodę. I tu Anita pokazała swoje możliwości. Wstała z kolan Nikitina i dotykając dłoni Petera zaciśniętej na szyi eunucha powiedziała:

– Puść, proszę.

Ustawiwszy Petera po lewej a eunucha po swojej prawej stronie zmusiła ich do wdzięcznego ukłonu. Widownia wybuchnęła brawami, a Anita pocałowała eunucha i Petera w czoło. Powiedziałem:

– Ostatnio w Warszawie zadecydowano, że stripteaserki należą do klasy robotniczej. Kto wie do jakiej klasy należy zaliczyć eunuchów ?

Nikitin ryknął śmiechem. Ta krótka chwila złamała bariery wieku, doświadczenia i wiedzy między nami.

Po bankiecie wybraliśmy się z Nikitinem na spacer. Było to na pewno dobre dla jego organizmu, nadrabiającego adrenalinową eksplozję. Nikitinowi zebrało się na wspomnienia.

– Znajesz synok – zaczął. Nie wiem dlaczego uparl się na synoka, ale wybaczyłem mu to. Wkrótce rozmowa zeszła na jego młodość, a szczególnie na więzienie.

– Siedziałem na Łubiance. Moim problemem nie był ośmioletni wyrok. To był standard.

– Słyszałem o tym – wtrąciłem. Z lektury Sołżenicyna wiedziałem o sławnym paragrafie 58 i zwyczajowych ośmiu latach.

– Mój problem był w tym że bez mojego aktywnego udziału byłem zamieszany w coś znacznie większego, coś co jest tajemnicą do tej pory. Wiesz, że ojcem rosyjskiej broni jądrowej był Igor Wasiliewicz Kurczatow. Byłem wtedy, w 1952 roku, młodym doktorantem. Zostałem wydelegowany do obsługi aparatury zapisującej efekty jądrowe podczas testów w Instytucie Kurczatowa. Aparatura była prototypowa i wiele czasu spędzałem sprawdzając kable w różnych dziurach, kanałach i zakamarkach hali. Kurczatow zachodził do hali kilka razy w tygodniu. Któregoś razu Kurczatow przyszedł z kimś drugim, właśnie kiedy siedziałem w szczególnie niedostępnym kanale pod podłogą hali, w miejscu całkowicie niewidocznym. Porównywali dane eksperymentów z danymi – jak mówili – z czarnej księgi. Na koniec Kurczatow powiedział refleksyjnie

– Żeby tylko świat wiedział że laureaci Nobla szpiegowali dla nas. Jakie oni mieli motywy?

Nikitin kontynuował:

– Ta czarna księga była najwidoczniej dokumentem wykradzionym Amerykanom. Aresztowali mnie pół roku później. W tym czasie posiadanie takiej informacji było zabójcze. W Ameryce McCarty prowadził swoje dochodzenia. Taka informacja trafiłaby na pierwsze strony amerykańskich gazet. Co do mnie siedziałem i byłem przesłuchiwany. Wiedziałem że jeżeli tylko śledczy zabierze się do mnie wystarczająco ostro i długo, to znajdzie sposób żeby mnie złamać. A wtedy jakaś maszynistka w NKWD napisałaby protokół trójki w trzech egzemplarzach i to byłaby moja czapa. Szczęśliwie, mój śledczy był znudzony i nie oczekiwał awansu. Skończyło się więc na biciu, ósemce i amnestii po śmierci Stalina – tu Nikitin znużonym gestem potarł ręką czoło.

– Ale lęk pozostał do tej pory – kontynuował – Moje biurko jest ustawione w ten sposób że nikt nie może podejść do mnie z tyłu, a to dlatego że zaskoczony reaguję postawą na baczność. Czasami zdarzają się takie sytuacje jak wczoraj na Seminarium.

Nikitin przerwał. Raptem wybuchnął śmiechem:

– Dzisiejszy strip–tease jest na pewno dobrą rekompensatą za wczoraj. Ale nie o tym chcę mówić. Wczoraj znów spojrzałem swojemu strachowi w oczy. Tym razem zdecydowałem że przestanę się bać. Jestem już dostatecznie stary żeby mówić to co myślę.

* * *

Kiedy wróciłem z Bratysławy zastałem świat odmieniony. W firmie działał nowy związek zawodowy – z atrybutami takimi jak jedyny, niezależny, samorządny, zawodowy, gwarantowany, patentowany i tak dalej. Pan Docent Kruś był prezesem tego długoskrótowca, jak go nazywaliśmy. Wybijał się działacz z sąsiedniego Instytutu – Staszek. Siedzibą związku był pokój w moim oddziale – dwa kroki od mojego pokoju.

Garnęli się tu ludzie z całej Warszawy.

– Proszę Pana – mówiła starsza pani o gładko uczesanych włosach – zakładamy niezależny związek u nas w Liceum. Ja uczę tam polskiego, trochę historii i innych przedmiotów. Dyrektor mówi, że jak przyjdą Rosjanie to zamkną wszystkich członków nowego związku.

Podczas moich dyżurów w związku miałem do czynienia zarówno z wielką polityką, jak w przypadku gładko uczesanej nauczycielki, jak i z małą polityką. Zwaliła sie ogromna fala pokrzywdzonych, poszkodowanych psychicznie. Przychodzili ludzie z memoriałami. skargami i podaniami. Szczególnie pamiętam przedługi, liczący 181 stron memoriał o kradzieży odkrycia naukowego. Podjęliśmy rzetelne wysiłki, aby rozpoznać

sprawę. Tym nie mniej prawnik, który ochotniczo podjął się doradztwa prawnego dla długoskrótowca mówił, że podczas gdy jest to dla niego ulubiona lektura do łóżka, nie wyobraża sobie sędziego, przed którym mógłby wnieść tę sprawę na wokandę.

Marzena, Kryspin i ja piliśmy piwo.

– Pytasz co będzie dalej ? – zastanawiał się Kryspin zerkając w głąb dekoltu Marzeny – Tak naprawdę to nikt nie wie. Napewno zgodnie z prawami dialektyki ilość przeszła w jakość. Tego cofnąć się nie da. Natomiast pytanie jest kto z tego skorzysta. Czy wiesz, że zawodowy pisarz na Zachodzie produkuje trzy razy więcej książek niż tutaj ? Czy wiesz, że większość aktorów na Zachodzie jest na kontraktach, a nie na etatach? Tu się wszystko zmieni, kultura będzie droższa. Inteligencja straci swój moralny autorytet, a nie zyska pieniężnie. Kto zyska to – przyszły biznesman.

– To mi się nie podoba – wtrąciła Marzena.

– Kotku – odpowiedział Kryspin – Mnie się też wiele rzeczy nie podoba, ale muszę z tym żyć. Jest wiele rzeczy, które chciałbym mieć, a nie mam – tu znów przesunął wzrokiem po biuście Marzeny.

– Pomówmy o naszym zawodzie – o nauce. Być w naszej nauce to jest jak być najcięższym ptakiem latającym, o którym mi mówiliście.

– Drop – wtrąciła Marzena.

– Właśnie – kontynuował Kryspin – niby latasz, ale nie polecisz za wysoko.

– Nie zgadzam sie z Tobą – powiedziałem – przy dostatecznej motywacji można w naszej nauce dużo zrobić.

– Tak –powiedział Kryspin – to powiedz mi jak pozbyć się leniuchów. Oceniam, że około czterdzieści procent ludzi w nauce dokładnie nic nie robi.

– Hej, hej – powiedziała Marzena – rozmawiamy o tym co będzie z krajem, a nie o naszych sprawach.

– Masz rację Marzeno – tu Kryspin zwrócił się do mnie – Twoim marzeniem od lat było kopnąć w dupę członka Biura Politycznego. Zaczyna wyglądać że to Ci się wkrótce może udać. Członkowie spadaja w cenie.

Nie wiedzialem co powiedzieć. Rzeczywiście chęć kopnięcia członka Biura Politycznego w dupę deklarowałem od lat. Ale teraz wyglądało że nie jest to reakcja właściwa politycznie, a poza tym przestało mnie to specjalnie interesować.

Główny nurt długoskrótowca był poważny. Początkowo dzieło amatorów, związek zaczął obrastać w fachowców. Włączyli się socjologowie. Zaczął wychodzić wysokiej wartości intelektualnej biuletyn związku. Pan Docent Kruś okazał się przywódcą z wyobraźnią, taktem i szerokim spojrzeniem. Przypuszczałem że podobnie jak Nikitin, w pewnym momencie musiał sobie powiedzieć, że przestanie się bać. Często stawał przed trudnymi decyzjami. Kostek miał za sobą wyrok za Marzec 1968, doktorat z Socjologii i szerokie horyzonty. Docent mówił:

– Słuchaj, ja Cię wezmę do Związku, ale nie teraz. To nie jest pora. Ty jesteś jak sen prowokatora. Jesteś Żydem, siedziałeś za Marzec, pisali o Tobie że sypałeś kolegów. Narazie pisz do Biuletynu, a sam wiesz co pisać. Poznawaj ludzi. To samo mówię innym, jak temu gościowi z Ruchu Obrony Praw Człowieka co był tu wczoraj. Ja nie mogę mieć tu ludzi co aktywnie parają się polityką. Ja jestem w związku zawodowym.

Przyszedł Listopad i zgodnie z porozumieniami gdańskimi nastąpić miała sądowa rejestracja Solidarności. Nie szło to łatwo, sędzia odmawiał, Solidarność apelowała, a rząd mówił że sędzia jest niezależny. W końcu Solidarność ogłosiła pogotowie strajkowe. Założyliśmy biało–czerwone opaski. Kryspin zastał mnie na drabinie przed wejściem do firmy w trakcie czynności zwanej oflagowywaniem. Wymachiwał Życiem Warszawy z oświadczeniem Lecha Wałęsy przed otwarciem rozmów z rządem.

– Pasjonuje mnie gramatyka elektryka. Studiuję ją w napięciu i z dużym natężeniem – powiedział Kryspin.

– Nie wygłupiaj się. Dla milionów Polaków najpierw jest Wałęsa a potem długo, długo nic. Gramatyka jest na końcu.

– Sądzę jednak że dobrze jest znać gramatykę choć jednego języka.

Dwie starsze panie od kilku minut obserwowały moją działalność. Teraz wyższa z nich podeszła bliżj i powiedziała:

– Przepraszam panów, ale chciałam zapytać, dlaczego panowie chcą wszystko zniszczyć ?

Spojrzałem na Kryspina. Gotowy do riposty otworzył usta, i w tym momencie dotarła do niego filozoficzna głębia pytania. Rzeczywiście, chcieliśmy dużo. Chcieliśmy zmienić bardzo dużo, a to oznaczało, że część obecnej rzeczywistości będzie zniszczona. To że ta część zasługiwała na zniszczenie było faktem drugiego rzędu.

– Proszę panów, ja przeżyłam wszystkie wojny, powstanie, nędzę, odbudowę. Ja chcę spokojnie żyć – ciągnęła starsza pani.

Szanowna pani – czułem że Kryspin odpowiada także samemu sobie – zmiany są konieczne. Jeżeli nic się nie zmieni teraz, to za parę lat będzie krwawa rewolucja.

– Proszę pana – nastawała starsza pani – a nie mogą inni najpierw zmienić. Rosjanie mogliby spróbować. U nich jeszcze gorzej. Dlaczego zawsze my mamy zaczynać ?

– Ma pani rację. Sam bym tak chciał.

– Panowie ! Dawajcie drabinę – przerwał wymianę zdań portier naszej firmy. Kryspin, który rzadko kiedy wycofywał się z jakiejkolwiek dyskusji, tym razem wydawał mi się zadowolony z dystrakcji.

Rejestracja Solidarności stała się faktem, powstało Mazowsze i przyszedł czas postanowić co robić z długoskrótowcem. Pan Docent Kruś podjął decyzję. Długoskrótowiec łączył się z Mazowszem. Likwidacji długoskrótowca i inkluzji dokonaliśmy w jednym z warszawskich teatrów życzliwie użyczonym na tę okazję przez dyrektora. Docent Kruś zagaił zgromadzenie, obwieścił decyzję i wycofał się z działalności.

– Ten facet pokazal klasę. Dla mnie jest to lekcja pokory i dobroci. Pierwszy raz widzę polityka, który bezinteresownie odstępuje innym swoja pozycję –

powiedziała Marzena.

– Trzy miesiące temu mówił o walcu. Rzeczywiście nieźle powalcował.

Mazowsze otrzymało siedzibę na Szpitalnej. Staszek został etatowym działaczem Solidarności podobno za zasługi podczas procesu jednoczenia. Został skierowany do jednego z regionów. Łączyło się to wprawdzie z wyjazdem z Warszawy, ale kierowanie terenową strukturą Solidarności gwarantowało mu prawo decyzji na szczeblu ogólnokrajowym. Co do mnie ciągnąłem habilitację, a także dyżurowałem przy dalekopisie Mazowsza, wysyłając i przyjmując informację z regionów związku i zakładów pracy. Było fajnie. Wychodząc z Mazowsza wstępowałem po Marzenę która przechodziła intensywny kurs angielskiego i szliśmy na Stare Miasto.

Widywałem Staszka w czasie jego częstych przyjazdów do Warszawy. Dla nikogo nie było tajemnicą, że w Solidarności zaczęły się rozgrywki personalne. Wyglądało na toż _e Staszek nie przegrywa, był już kwalifikowanym politykiem, jego nazwisko zaczęło pojawiać się w Biuletynach Związku. Był członkiem Rady Solidarności i często jeździł do Gdańska.

Któregoś dnia w początku Grudnia byłem w domu wcześniej niż zwykle, bo właśnie miał wpaść Staszek. Umawiając się prosił mnie żeby zaprosić także Kryspina. Kryspin przyszedł pierwszy.

– Marzena dała mi dla Ciebie tę paczkę.

W paczce była czarna, hebanowa maska afrykańska. Rzeźba była wewnątrz drążona. Wydłużona płaska twarz miała puste oczodoły, poniżej podbródka rzeźbiarz wyżłobił litery „Hetare, Ukudabwe”. Tylna ściana maski była płaska. Potrząsnąłem maską, coś zaszeleściło.

– W środku coś jest – zauważyłem.

W tym momencie przyszedł Staszek.

– Solidarność jest na rozdrożu. Wpływy dawnych KORowców są równoważone przez wpływy Kościoła, Intelektualiści jak zwykle są niezdecydowani, głównie ogłaszają oświadczenia. Regiony walczą ze sobą. Doły robią co chcą, strajkują albo nie, kończą, lub zaczynają od początku.

Tu Staszek wymienił kto walczy z kim. Kontynuował

– Krajowy Zjazd temu nie zaradzi.

– Nie wiadomo właściwie co kto chce – wtrącił Kryspin – a może ludzie sami nie wiedzą dokładnie co chcą.

Zaczynało mi to pasować do moich spacerowych filozofii. Odezwałem się:

– Ja sam jestem zdezorientowany.

Kryspin ciągnął dalej:

– Lata upłyną zanim dorobimy się prawdziwych polityków. Przedtem będzie niedopracowane prawo, korupcja, nadużywanie władzy itp. Niewyraźne kariery, niszczenie ludzi.

Staszek wyraźnie chciał iść po swojej linii:

– Jest grupa ludzi, która chce się zorganizować i zaradzić tym kłopotom. Parę tricków politycznych, wyborczych, trochę poparcia z zewnątrz i wszystko będzie dobrze.

To brzmiało nieźle, choć nie byłem na tyle politykiem, żeby doceniać o jakiego typu trickach myśli Staszek.

Kryspin przerwał:

– Hej, hej, poczekaj chwilę. Idziesz trochę za szybko jak dla mnie. Ty już jesteś przy syntezie.

I znów wróciło moje poczucie niedowartościowania. Skąd Staszek czerpał taką pewność działania ? On był już gotowy, kiedy ja jeszcze nie rozumiałem sytuacji. A Kryspin ? Wyglądało, że czuł się jak ryba w wodzie, w miejscu gdzie ja tonąłem.

Kryspin kontynuował:

– Ty mówisz o grupie ludzi, ale jaki jest program ?

– Program jest łatwy – jedność, a właściwie można lepiej powiedzieć – solidarność.

– Toż przecież dokładnie to, o co w tej chwili chodzi. Ja przynajmniej nie widzę różnicy.

Staszek zawahał się, wyraźnie niepewny co powiedzieć dalej.

– Różnica jest w tym, że my będziemy liderami, a nie inni.

Kryspin wyraźnie wszedł w teorię i sprawdzał parametry.

– Kochany, to jest zupełnie abstrakcyjne. Nie masz nikogo, nie masz żadnego poparcia, z żadnej strony.

Staszek wciąż nie był zdecydowany co mówić dalej.

– Pójd_my po elementach. Po pierwsze, grupa ludzi jest, złączona wspólnym interesem. Po drugie, grupy sojusznicze istnieją. Po trzecie, przeciwnicy są w rozsypce. Po czwarte – społeczeństwo – czyli przedmiot sporu – jest zdezorientowane. W końcu – sytuacja jest, jakby powiedział Lenin – rewolucyjna.

Zaczęło mi to wyglądać surrealistycznie.

– Co ty opowiadasz. Wszyscy będą przeciwko tobie.

– No nie tak wszyscy.

– Na przykład władza ludowa. Oni szukają każdej okazji, żeby dołożyć Solidarności. Dasz im atut do łapy.

– No, niezupełnie. Wydaje mi się, że władza ludowa może tego chcieć.

– Chwileczkę – powiedział Kryspin – Ty pytałeś ?

– Jasne, że pytałem – zaperzył się Staszek – kto pyta nie błądzi.

Kryspin zaczął węszyć smród. Staszek nie mógł tego dostrzec, bo za mało go znał.

– A ten kogo pytałeś, to jest pułkownik czy generał ?

Staszek wahał się coraz bardziej.

– Nie wiem dokładnie, ale wysoko, wysoko.

– W porządku, załóżmy, że generał. Oczywiście pracuje na Rakowieckiej, koło więzienia i czasami nawet odwiedza więzienie, żeby porozmawiać z zatrzymanymi dysydentami. I oczywiście jest zatroskany o bezpieczeństwo państwa.

Kryspin wyraźnie wspinał się wyżej i wyżej po drabinie podniecenia.

– Dlaczego przychodzisz z tym do nas ? –zapytałem – my jesteśmy nisko w hierarchii.

Od kogoś trzeba zacząć – powiedział Staszek.

Nie wytrzymałem i rąbnąłem Staszka maską w nos. Maska pękła w połowie, Staszek odskoczył:

– Wy skurwysyny – zobaczycie kto będzie górą. Ja was zniszczę.

Pod nosem Staszka pojawiła się pierwsza kropla krwi.

– Ja was zapamiętam.

Monolog brzmiał coraz bardziej nosowo. Otarł ręką nos i zobaczył zakrwawioną dłoń. Odwrócił się i wybiegł, trzaskając drzwiami.

Kryspin podniósł skorupy maski i zaczął je oglądać.

– To ciekawa robota – zauważył – tu jest jakiś list. Podniósł leżącą na podłodze kopertę. Otworzyłem ją. List zaczynał się:

Kochany:

Muszę Ci powiedzieć dlaczego odchodzę. Boję się zostać i dlatego jadę do Ukudabwe. Wszyscy wiemy, że coś się musi stać, wszyscy boimy sie najgorszego, a to najgorsze jest najbardziej prawdopodobne. Boję się czekać. Moi rodzice przegrali życie w ruletce drugiej wojny światowej. Ja odmawiam gry.

Kochany, umiesz latać. Pamiętaj – lataj wysoko.

Przerwałem czytanie i powiedziałem:

– Wszystko jest skończone. Marzena będzie hodowała strusie.

Nie wiedziałem co dalej. Bez Marzeny będę jak najcięższy ptak latający, ptak tylko z nazwy.

Kryspin obserwował mnie uważnie. Po chwili powiedział

– Jeszcze nie wszystko skończone.

* * *

Radca naukowy Ambasady Ukudabwe był miłym, wyjątkowo czarnym Bantu. Trzymając w ręku szklankę whisky and soda mówił nieskazitelnym oksfordzkim akcentem:

– Doceniamy Pański wysiłek, aby podnieść wydajność naszego rozwijającego się przemysłu cukrowniczego.

Zabawa polegała na uzyskaniu szybkiego zaproszenia do Ukudabwe pod pretekstem ekspertyzy technicznej. Kryspin ściągnął radcę na party do naszego znajomego i zapewnił mu dziewczynę. Radca wiedział, że będzie to kosztowało, ale chodziło tylko o państwowe pieniądze, a poza tym był przecież pociotkiem samego szefa Butubu.

– Jesteśmy marksistami a także profesjonałami. Taka kombinacja gwarantuje łatwe i szybkie osiągnięcie naszych celów. W ciągu dziesięciu lat dogonimy i przegonimy państwa europejskie, które poprzednio nami rządziły.

Było to stwierdzenie bardzo niecodzienne jak na Polskę roku 1980.

Zbierałem się do podróży. Mój profesor powiedział:

– Skoro i tak leci pan z Wiednia, może byłby pan tak dobry i wpadł do Bratysławy. Mam papiery do przekazania, a także trochę ustnych wiadomości. Chciałbym, żeby pogadał pan z Novakiem i ich dyrektorem.

Tak więc po trzech dniach byłem w Bratysławie. Pierwszy wieczór spędziłem na starym mieście. Nazajutrz doręczyłem Josefowi papiery.

Gabinet Josefa był jak zwykle słoneczny. Josef byl w nastroju do zwierzeń:

– Chcę ci powiedzieć coś bardzo osobistego. Najciekawsi ludzie jakich spotkałem, to według kategorii walki klasowej, moi wrogowie.

To było interesujące. Josef oczywiście nie musiał mieć racji – moje solidarnościowe doświadczenie nauczyło mnie że najciekawsi ludzie mogą być tak trudni we współpracy, że przestają być ciekawi, by ująć rzecz delikatnie. Ale Josef, tak jak go dotąd znałem nigdy by czegoś takiego nie powiedział.

– Co słychać u Veselego ? – zapytałem.

Oczy Josefa zabłysły.

– Vesely jedzie na rok do laboratorium Nikitina. Będzie pracował przy modelowaniu pojazdów kosmicznych.

– Kto mu to załatwił ?

– Od góry popychał Nikitin poprzez naszego prezesa Akademii. Ja popchnąłem trochę od dołu. Vesely to dobra głowa – powiedział Josef.

– Mógł to robić już dziesięć lat temu – zauważyłem.

– Mógł – powiedział Josef i w ten sposób zakończyliśmy dyskusję sprawy Veselego.

O czwartej po południu wsiedliśmy do samochodu Josefa żeby jechać na dworzec kolejowy, gdzie miałem złapać ekspress Chopin do Wiednia. W międzyczasie Josef zmienił się. Był podniecony, wyraźnie wiedział coś czego nie chciał mi powiedzieć.

– Zajedźmy do Małych Franciszkanów na pożegnalnego drinka – powiedział. Zaprotestowałem:

– Spóźnię się na pociąg.

– Nie spóźnisz się. Gwarantuję – powiedział Josef.

Weszliśmy do winiarni. Przy drugim stole na prawo, tym samym, gdzie pół roku temu siedziałem z Marzeną, znów zobaczyłem jej profil. Marzena siedziała po środku dębowej ławy. Potężny stół blokował dostęp. Na szczęście wciąż kopałem piłkę dwa razy w tygodniu. Wskoczyłem na ławę, na stół, i już byłem po stronie Marzeny. Pocałowałem ją w usta poczem pocałowałem ja w pierś poprzez szorstką materię sweterka. Szatniarka stojąca w drzwiach do sali splunęła, co w krajach demokracji ludowej bywało jednym z najmniej ryzykownych a najbardziej swobodnych sposobów wyrażania własnej opinii.

– Jesteś ze mną – powiedziałem – jak to się stało ?

– W Wiedniu po prostu wyszłam z samolotu trzy minuty przed startem. To było wczoraj. Wszystkie moje rzeczy są albo w Wiedniu albo już poleciały do Ukudabwe. Nic nie zostało w Warszawie. Ty jesteś jedyną rzeczą jaka mi została.

W odpowiedzi pocałowałem ją kolejny raz. Powiedziałem:

– Poeta powiedziałby że będzie to czas dwojga kochanków pośród narodu zdecydowanego naprawić rzeczypospolitą.

Przeczuwałem że koszty naprawy będą ogromne. Chciałem wierzyć że cena naprawy nie będzie zawierała krwi, że wykonawcy będą uczciwi i że nie wszystko będzie zniszczone.

Andrzej Olas

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. jrk 2018-02-27
    • andrzej.olas 2018-04-18
  2. A. Goryński 2018-03-05
    • andrzej.olas 2018-04-18
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com