Kocioł ludożerców

01.05.2019

– Wczoraj w południe, zaraz po komunikacie o locie Gagarina, przybiegł do mnie magazynier, pan Stasio, z wiadomością: „Panie kierowniku – ruskie w kosmos polecieli. Jakiś Gagarin” – powiedziałem.

– A ty zapytałeś czy wszystkie, czy tylko jeden – powiedział Romek, spojrzał na rozdającego karty dyrektora i dodał – ściemniam.

– A właśnie, że nie. Powiedziałem: „Panie Stasiu, a nie wolałby pan, żeby to Polak poleciał? Choćby tylko jeden” I pan Stasio się tak jakoś zamyślił. I powiem wam, że ja też się zamyśliłem. A pan Stasio już nic więcej nie powiedział, tylko odwrócił się i wrócił do magazynu.

– Panowie młodzi, gram z wami w pokera, słucham kawałów, ale w stronę polityki nie kierujcie się, bo… – rzekł dyrektor.

– Bo pan dyrektor wyciągnie konsekwencje służbowe, a może też zapyta, gdzie są wasze dyplomy – powiedział szef kontroli technicznej, spojrzał na dyrektora i dorzucił – a ja przebijam.

– Wchodzę – rzekłem.

Przegranym, tak jak zawsze, został szef kontroli, dyrektor wygrał te swoje piętnaście złotych, a ja wygrałem sto pięćdziesiąt.

– Chyba wypada pokazać się na kreślarni – powiedziałem chowając pogniecione banknoty – kawał czasu tam nie byliśmy.

– No to jedźmy – odpowiedział Romek – ale powiem ci, że ugrzęźliśmy w tej firmie. Trzeba skończyć z pokerem i obronić te dyplomy.

Pomyślałem, że ma rację, że trzeba zrezygnować z pokera, z typowania totolotka i z rozmów o sposobach na wygranie miliona. O sytuacji, w którą zabrnęliśmy niecały rok temu trudno było powiedzieć, czy ma więcej dobrych stron czy złych. Wyglądało to tak: W poszukiwaniu pieniędzy zaczepiliśmy się z Romkiem w małej, oczywiście państwowej, firmie w branży lotniczej, Romek jako główny inżynier, ja jako kierownik jednego z dwóch zakładów i każdego pierwszego z entuzjazmem witaliśmy nasze wypłaty. To była dobra strona. Tą niedobrą stroną było to, że obiecaliśmy dyrektorowi firmy, że w ciągu najbliższego pół roku obronimy politechniczne dyplomy. Obiecywaliśmy z głębokim przekonaniem, szczerze, patrząc mu prosto w oczy. A teraz było już długo po terminie – zbliżał się już dziesiąty miesiąc i trwaliśmy na naszych stanowiskach chyba tylko dlatego, że dyrektor lubił grać w pokera.

* * *

Dosiadłem kupionego za moje kilkumiesięczne pobory (plus pożyczka od Romka) motocykla marki WFM i z uczepionym z tyłu na siedzeniu Romkiem wyruszyłem na naszą macierzystą uczelnię. Jadąc, wciąż zastanawiałem się nad naszą sytuacją i przyszło mi do głowy, że z tym moim lenistwem i ociąganiem się z dyplomem doskonale wpisuję się w nastrój naszych kolegów na kreślarni. Tak jak oni wstępując na studia, wierzyłem, że świat można ulepszyć, że niezadługo technika rozwiąże wszystkie, jakie by też nie były, światowe problemy. Teraz nasz romantyzm, romantyzm nowicjuszy z pierwszych lat studiów, zastąpiła apatia. Były ku temu powody, przede wszystkim doświadczenie polskiego października, ale był też, widoczny mimo nachalnej propagandy, zastój gospodarczy.


Caravelle

Podczas gdy zachodnie fabryki już produkowały odrzutowe samoloty pasażerskie — brytyjskie Comety, francuskie Caravelle i amerykańskie Boeingi czy Douglasy, gdy dziesiątki tysięcy pasażerów lecąc przez Atlantyk oglądało pokryte wiecznym lodem góry Grenlandii, my w Polsce budowaliśmy jakieś tam miniaturowe samolociki, a Adam — kandydat na pilota Lotu — szkolił się samolocie zaprojektowanym w Ameryce prawie trzydzieści lat temu. Wszyscy z nas, nie tylko ci najzdolniejsi, tacy jak Władek — geniusz naszego roku, zadawali sobie pytanie, czy lotnictwo da nam szansę samorealizowania się.

Z tymi myślami zaparkowałem moją WFM-kę przy drzwiach do gmachu naszego wydziału, tuż obok innego motocykla, był to poniemiecki Zündapp. Poobijany i miejscami pozbawiony lakieru tak bardzo różnił się od mojego wypielęgnowanego pojazdu, że nie wytrzymałem i powiedziałem Romkowi:

– Patrz, co za wrak.

Na odpowiedź Romka nie zwróciłem uwagi, przypomniałem sobie o niej dopiero dzień później.

* * *

Na kreślarnię weszliśmy akurat w chwili, kiedy Władek objaśniał zasady procedury Fail-Safe:

– Katastrofy brytyjskiego Cometa dowiodły, że materiały używane w budowie samolotu, jak na przykład blachy pokrycia, nie są idealne wytrzymałościowo. Mają niemożliwe do wykrycia mikrodefekty, takie jak zanieczyszczenia materiału, czy mikropęknięcie. Konstruktor musi brać te fakty pod uwagę.

– Nie widać ich? – zapytał ktoś zza stojącej przy oknie deski kreślarskiej.

– Nie, są mikro. No i w trakcie intensywnej eksploatacji samolotu te mikrodefekty wskutek zmęczenia materiału powiększają się. Strukturę samolotu projektuje się więc teraz w ten sposób, aby nawet kiedy defekty powiększą się, są już widoczne i możliwe do wykrycia, struktura wciąż nie poddawała się uszkodzeniu. A dodatkowy trick polega na tym, że inspekcja czy to wizualna, czy inna, jest obliczona w czasie tak, żeby pomiędzy inspekcjami defekt nie mógł się powiększyć powyżej określonej krytycznej i już widocznej wielkości.

– Cześć wszystkim – powiedziałem.

Władek odwrócił się w naszym kierunku:

– Cześć czcicielom pięciu kart.

Podszedł do mnie i powiedział ściszonym głosem:

– Macie problem. Ten rudy asystent powiedział, że katedra potrzebuje waszych desek, a wy nie potrzebujecie, bo nic nie robicie. Macie zabrać rysunki i wyprowadzić się.

* * *

W pracy urzędowałem w niewielkim kantorku na dobudowanym do hali produkcyjnej podwyższeniu. Do kantorku wchodziło się po niechlujnie skonstruowanych schodkach – wizytującemu mnie Adamowi kojarzyły się ze schodami do mieszkania na Dobrej. Poniżej mnie znajdował się magazyn — królestwo magazyniera — pana Stasia.

Następnego dnia po wizycie na kreślarni, kiedy pod koniec dnia, po obchodzie mojego wydziału wspiąłem się do kantorku, usiadłem na krzesełku i jeszcze raz postawiłem sobie pytanie, co należy zrobić, usłyszałem na schodkach kroki i głos:

– Panie inżynierze.

To musiał być pan Stasio, bo poza nim wszyscy moi podwładni mówili do mnie „panie kierowniku”.

– Panie inżynierze. Niech pan spojrzy – pan Stasio położył mi na biurko pomalowaną na czerwono tablicę. Wewnątrz białego obramowania widniała po lewej przebijająca się przez obłoki sylwetka Miga-15, a po prawej wypisane dużymi literami imię i nazwisko pana Stasia i tytuł kierownik magazynu.

– Kto to panu tak ładnie zrobił?

– Lakiernia.

– Nie wiedziałem, że mamy takich artystów.

Dla mnie? Dla mnie muszą być. Wystarczy wspomnieć.

Spojrzałem na pana Stasia. Stał z rękami na biodrach, wysoko podniesioną głową i wysuniętą do przodu szczęką. Dumny, wyglądał jakby urósł.


Pycha

– Wyolbrzymiałem w bezmiar! [1] – powiedziałem.

Pan Stasio patrzał na mnie pytająco.

– Nic, nic – tak mi się powiedziało. Bo był taki poeta, pisał sonety. Bardzo ładna tablica, panie Stasiu.

– Ja poezję też lubię – powiedział pan Stasio nie zmieniając pozy. Z dołu, od drzwi magazynu doszedł okrzyk:

– Panie Stasiu. Lakier trzeba wydać. Malarz czeka.

Zawsze stałem twardo po stronie rozumu, nie chciałem, aby takie czy inne chwilowe emocje wpływały na moje decyzje i starałem się, aby w moim wewnętrznym dialogu, tym który prowadzę sam ze sobą, przesłanka A prowadziła wprost do wniosku B. A co w odpowiedzi na jedno tylko słowo: „lakier” zrobił mój niesforny mózg? Znalazł w mojej pamięci trzy oddalone od siebie o miliony lat świetlnych fakty (takie astronomiczne terminy bardzo mi tutaj pasują), w jakiś dziwny sposób skojarzył je razem i z prędkością większą niż prędkość światła wyznaczył ich część wspólną. I proszę: zdarzyło się OLŚNIENIE albo jeśli ktoś woli słowo obce — ILUMINACJĘ. Rzecz równie dziwna jak einsteinowskie upiorne działanie na odległość.

– Lakier. Zündapp. Kreślarnia – powiedziałem. Pan Stasio spojrzał na mnie pytająco.

– Olśnienie, panie Stasiu. Iluminacja.

Pan Stasio kiwnął głową i z tablicą pod pachą ruszył w dół po koślawych schodkach. A ja potrząsnąłem głową i powiedziałem do siebie:

– Rozpoczynam operację „Pomalowanie w naszej lakierni motocykla marki Zündapp po to aby wyglądał jak nowy i aby właściciel motocykla, którym jest według wczorajszej informacji Romka rudy asystent nie posiadł się z zachwytu, że jego motocykl może tak elegancko wyglądać, i żeby w konsekwencji tego zachwytu tenże rudzielec anulował dotyczący nas nakaz eksmisji z kreślarni”.

Z tą decyzją udałem się do pokoiku Głównego Inżyniera i powiadomiłem Romka o rozpoczęciu operacji.

* * *

– Wypijmy zdrowie dyplomowanego budowniczego polskiego przemysłu. Powiedz, czego dokonałeś w tym tygodniu – powiedział trzy miesiące później Władek, podnosząc w górę kieliszek wypełniony żubrówką.

– Były dwie sensacje – mała i duża – rzekłem – jeśli idzie o małą, to magazynier upił się spirytusem z remontowanego sztucznego horyzontu. Potem rozpłakał się i oświadczył, że jest grzesznikiem. A potem pytał mnie o jego miejsce w niebie. Czy jeśli okaże się ciężkim grzesznikiem, to jego miejsce w niebie przypadnie komuś innemu. Bo tak się zdarza w kolejce po mięso. Potem powiedział, że na życiu to on się zna.

– No a ta duża sensacja? – Władek z ciekawością rozglądał się po moim kantorku.

– Pojawił się u nas w przedsiębiorstwie wydział przestępstw gospodarczych.

– Przestępstw? Ten milicyjny? Biją?

– Milicyjny. Jeszcze nie.

Opowiedziałem Władkowi, jak to dwa tygodnie temu zawitał do nas inspektor od przestępstw gospodarczych. Nie bił, powiem więcej — zdziwiło mnie, bo był sympatyczny, o co milicji nie podejrzewałem. Pochodził kilka dni po zakładzie, a potem przyszedł do mojego kantorku i powiedział: „Panie Andrzeju, czy na serio myśli pan o karierze w dziedzinie zarządzania? Bo wie pan, nie wszyscy tu pana lubią, może dlatego, że jest pan taki młody, a może z innego powodu. A ci, co pana nie lubią, piszą na pana donosy. Tępi pan kradzieże. Ja bym panu odradzał. Niebezpieczne”.

Przestałem mówić, bo przypomniałem sobie ruch ręki inspektora, kiedy położył na moim biurku gruby notes:

– Ostatnie trzy strony tego notatnika zawierają listę mienia państwowego ukradzionego w ciągu ostatniego roku. Pan się domyśla przez kogo.

– Magazynier! – Powiedziałem – a tak troszczył się o swoje miejsce w niebie.

– On to chyba będzie miał niebo w kratkę – powiedział inspektor – i nie on jeden. Ale co do pana – myślę, że nic tu po panu. Zjedzą pana. I nawet mają powód: „Zündapp”.

– Przecież zapłaciłem. W biurze za farbę, a lakiernikowi oddzielnie.

– Panie Andrzeju, użył pan państwowego sprzętu do prywatnego celu. Powtarzam – niebezpiecznie. Dżungla, a ludożercy dookoła.


Salvador Dali. Ludożerstwo

* * *

Dwa tygodnie później zadzwonił do mnie Władek z wiadomością, że władze postanowiły utworzyć nowy instytut problemów mechaniki. Zastanawiał się, czy się tam nie przenieść, bo z dotychczasowych informacji wynikało, że jednym z organizatorów jest młoda gwiazda polskiej nauki – profesor K. Namawiał i mnie i Romka.

Odłożyłem słuchawkę. Popatrzyłem na krzesło, na którym niedawno siedział milicyjny inspektor, przypomniałem sobie jego ostatnie słowa i wyobraziłem sobie dżunglę, nieustanne dźwięki tam-tamów, parujący ogromny kocioł i wskazującego na mnie trzymaną w ręku metrowej długości warząchwią szefa kontroli technicznej. Zdecydowałem, że będzie lepiej, jeżeli spróbuję swoich sił w nauce.

  1. Leopold Staff, „Ja – wyśniony”, z tomu „Sny o potędze”:

    Wyolbrzymiałem w bezmiar!
    Moc pierś mi przenika! Stopy wsparłem o ziemię, co wobec mnie małą,
    Drobną się zdaje kulą. Ogromne me ciało
    Równowagę wciąż chwyta gibkim ruchem żbika. ↑
Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com