natan gurfinkiel: sami żydzi i cykliści – notatki z brulionu (2)

 

2018-03-18.

[dropcap]b[/dropcap]yłem we wrocławiu, żeby zrobić nagrania do mojej audycji o problemach transportu. drogówka zatrzymywała ciężarówki dowożące żywność do sklepów. były tak zdezelowane, że jazda w każdej chwili groziła kraksa. miejscowe władze naciskały na drogówkę, żeby łagodniej egzekwowała przepisy, bo jak nie dowiezie się żywności, to będą strajki – PRL w naturalistycznym zbliżeniu. .

niekiedy udawało się przepychać takie rzeczy przez cenzurę, wiec pozwolono mi spróbować szczęścia

przed odjazdem spotkałem się z przyjacielem. chodziłem z nim po rynku . była druga połowa lutego, po zdjęciu „dziadów” z afisza, po pamiętnym zebraniu w związku literatów, na którym stefan kisielewski mówił o dyktaturze ciemniaków, za co został pobity na ulicy przez nieznanych sprawców.

przyjaciel mój, janusz g. był doktorem praw, lecz zajmował się historią doktryn politycznych. wyczuwaliśmy obydwaj, że nie skończy się na ocenzurowaniu mickiewicza, besztaniu literatów i spuszczaniu manta zbyt elokwentnym pisarzom. czuło się, że coś wisi w powietrzu.

– januszu, powiedziałem. ta władza jest totalnie głupia. ja bym zaczął od wytłumaczenia trudności, bo samym mickiewiczem żołądków się nie napcha. więc bym wyjaśnił, że po wojnie czerwcowej, żeby odwrócić od siebie podejrzenie o syjonizm, żydzi wykupili wszystką wieprzowinę.

– to jest żydowski sofizmat. trzeba całkiem inaczej. walnął się pięścią w tors: żydzi – są – winni – jaaa – wam– to – mówię! aryjczycy – naród rycerski i taki przekaz kupią bez chwili wahania

***

po kilku latach od tej przechadzki , już z kopenhagi, zadzwoniłem do henia frydlendera w paryżu:

– heniu, dawnośmy się nie widzieli. co porabiasz, jak żyjesz?

–żyd nie żyje – odpowiedział w nienagannym jidisz, żyd się ratuje.

henio był legendą warszawskiego środowiska dziennikarskiego

przed wojną wyjechał na studia do paryża. po kampanii wrześniowej, kiedy we francji zaczęły się formować oddziały wojska polskiego, zgłosił się na ochotnika. został przydzielony do brygady podhalańskiej. walczył pod narwikiem i został odznaczony medalem przez króla haakona. po nieudanej ekspedycji norweskiej wrócił do francji i walczył w ruchu oporu.

po wojnie został redaktorem naczelnym wydawanej przy wsparciu ambasady „gazety polskiej”.

na przełomie lat 40. i 50. jules moch – minister spraw wewnętrznych w gabinecie rené mayera – przeprowadził deportację wschodnioeuropejskich komunistów, którzy nie mieli obywatelstwa francuskiego. z racji pełnionej funkcji, henio był łatwą ofiarą i został wysiedlony do polski.

w warszawie pracował w „sztandarze młodych”, a później w tygodniku „dookoła świata” , gdzie występował pod pseudonimem „filipek”. pisał niewiele, ale był znakomitym redaktorem, inspiratorem i organizatorem. mówiono o nim, że był najlepszą w polsce jednoosobową szkołą dziennikarską.

***

po moim powrocie wyczuwaliśmy już wszyscy, że to radio, w którym nie wszystko co chcieliśmy nadawać, mogło być emitowane, ale wewnątrz gmachu mówiliśmy o wszystkim bez najmniejszych zahamowań, przestało istnieć. na korytarzach trzeba było rozmawiać nieledwie szeptem. bo w gmachu pojawiło się nagle wielu nowych dziennikarzy. zapytywani przez nas o poprzednią pracę, plątali się w zeznaniach, ale nie przejmowali się tym zbytnio, bo wyczuwali, że do nich należy przyszłość.

któregoś dnia spacerowałem długim korytarzem z kolegą

– wiesz, to szambo jest tak napełnione, że lada dzień wywali.

zdziwiłem się, że – widząc jak zmienia się atmosfera w gmachu – niefrasobliwie kolportuje te opinie, podając źródło. jedyne, o co go posądzałem, to niefrasobliwość.

po jakichś dwóch lub trzech tygodniach przeczytałem w „trybunie ludu” artykuł o syjonistycznych knowaniach wewnątrz radia, a w artykule zdanie: jeden z zajadłych syjonistów ośmielił się przyrównać polskę do szamba. artykuł podpisany był przez jednego z zastępców radiowego redaktora naczelnego, ale autora informacji można było łatwo rozpoznać. nadal byłem przekonany o lekkomyślności naszego sympatycznego i inteligentnego kolegi, ale wkrótce potem wstąpił on do partii. jego lubiana przez wszystkich miła i ładniutka żona odeszła od niego.

– nie potrafię być żoną folksdojcza, powiedziała.

***

w radiowej kawiarni układałem zapowiedzi do audycji: fryderyka chopina koncert e–mol opus 11, na fortepian z orkiestra, grał syjonista artur rubinstein. nie zapominałem też o amatorach mniej wysublimowanych wrażeń muzycznych: gilbert becaud zaśpiewa piosenkę syjonista warszawski

***

znowu czekał mnie wyjazd.

– strasznie mi się nie chce tłuc do rzeszowa, powiedziałem swemu redakcyjnemu koledze, jackowi.

– już nie musisz. pani ewa (nasza szefowa) powiedziała do mnie : jak ja to mam oznajmić natanowi? nie przejdzie mi to przez gardło. zaoferowałem się z pomocą.

– natan nie jest dziewicą, więc to załatwię…

– och, dziękuję. jak już miałem coś takiego usłyszeć, to wolę od ciebie, niż od naszej egzaltowanej szefowej…

***

gdy po latach odwiedziłem henia w jego malutkim paryskim mieszkanku w XIV dzielnicy, wyciągnął z szuflady egzemplarz „trybuny ludu”. zobaczyłem tytuł:

towarzysz frydlender na prawo żyć w swojej ojczyźnie – polsce ludowej

natan gurfinkiel

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. koraszewski 2018-03-19
  2. A. Goryński 2018-03-24
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com