Ernest Skalski: Non possumus

 

2018–04–20.

[dropcap]Z[/dropcap]akaz handlu w niedziele wzbudza wielkie niezadowolenie milionów ludzi, ale to nie jest dla nich powód by demonstrować. Z drugiej strony mało kto czuje się osobiście zagrożony tym, że płód,  akurat jego, czy kogoś bliskiego, okaże się poważnie i trwale uszkodzony, ale szeroką i mocną reakcję na ewentualny zakaz jego usunięcia pokazał protest w piątek, 23 marca.

Zakaz ten uraża jakiś newralgiczny punkt w świadomości bardzo wielu i nakłada się na wcześniejsze czy równoległe zjawiska:

  • na wycofanie programu in vitro, mającego poparcie większości,
  • na ograniczanie możliwości wykonania legalnej aborcji i panoszenie się klauzuli sumienia, już farmaceutów, nie tylko lekarzy,
  • na utrudnianie dostępu do środków antykoncepcyjnych,
  • na ignorancką i nachalną dydaktykę w szkołach i gdzie indziej,
  • na zakaz handlu w niedziele,
  • na drastyczne podniesienie opłaty za pozew rozwodowy,
  • na wycofywanie czasopism z erotyką ze stacji benzynowych Orlenu,
  • na świadomość o biznesie jakim jest dla Kościoła odzyskiwanie czy uzyskiwanie przezeń majątków,
  • na biznes i panoszenie się w przestrzeni publicznej ks. Rydzyka i mu podobnych,
  • na pełznącą klerykalizację w tejże przestrzeni.

Dużo tego, a dopiero forsowany zakaz, praktycznie prawie wszelkiej, aborcji przepełnił miarę, doprowadził do rubieży, z której już nie można, bo nie ma dokąd dalej się cofać.

Wycofywać się, czy choćby wstrzymać natarcie musi więc strona przeciwna. Wycofuje się władza świecka, jak dotąd.

Nowogrodzka, mamy problem!

Wypowiadane na demonstracji twierdzenie, że tym zakazem  Kaczyński, czy  zgoła PiS, sadystycznie gnębi i poniża kobiety nie oddaje istoty problemu. Ten zakaz, jak i niedzielne ograniczenia handlu faktycznie poniżają ludzi, lecz dla prezesa to teraz gorący kartofel. Wymuszona zapłata dla Kościoła za wsparcie polityczne w przeszłości, teraz i – ewentualnie! – w przyszłości.

To  już drugie podejście do tej sprawy i PiS znowu powstrzymuje natarcie. Wice Ziobro, czyli wiceminister Jaki już twierdzi, że jako katolik, to on jest zakazem, ale jako polityk to…wiecie, rozumiecie. TVP 1 w ten feralny piątek szkaluje protest, a w niedzielę w miarę obiektywnie mówi o proteście i kontrprotestach, informując, że za zakazem jest 6, słownie: sześć procent  badanych, a za utrzymaniem tego co jest i za liberalizacją tego co jest opowiada się mniej więcej po połowie, z większości wynoszącej ponad osiemdziesiąt procent.

Te sześć procent zaskakuje. Z wcześniejszych badan wynika,  że za zakazem jest piętnaście procent.

Zlekceważenie żądań Kościoła może grozić Zjednoczonej Prawicy utratą jego poparcia, co może się niebezpiecznie przełożyć na głosy. Uleganie Kościołowi w tej właśnie sprawie też grozi zmniejszeniem poparcia, raczej większej części wyborców. 48 procent badanych ma za złe nadmierne zbliżenie Kościoła i PiS. A  sytuacja, w której o wyniku wyborów decyduje niewielkie centrum elektoratu, nie pozwala Nowogrodzkiej nawet na małe straty. I dlatego wybór arytmetyczny – stawiamy na większość – nie jest bezpieczny. Ta antyzakazowa większość społeczeństwa to tylko w jakiejś części elektorat PiS. Większość tej większości i tak nie będzie na PiS głosować. A radykalni katolicy w jego elektoracie mogą się rozejrzeć za kimś kto konsekwentniej wytrwa w wierze. Niekoniecznie muszą to być narodowcy z czarnym podniebieniem. Mogą to być łagodni politycy: Marek Jurek, czy Marian Piłka, z pobożnymi aktywistami Kai Godek…i przepada 3–4 procent głosów.

Jednym słowem, PiS ponosi i tu porażkę wizerunkową, wraz porażkami jakimi dla wizerunku radykalnej rewolucyjnej władzy są nawet niewielkie kroczki do tyłu w ofensywie na wymiar sprawiedliwości i kompromitacja wynikła z ustawy o IPN.

Ten odwrót na kilku odcinkach zdecydowanie się nie podoba jakiejś części elektoratu i aparatu PiS. A niezadowolenie na odcinku antyaborcyjnym poparte jest autorytetem Kościoła. Prenumeruję rydzykowy „Nasz Dziennik” i tam tę presję widać wyraźnie. Przy czym Rydzyk to bynajmniej nie jest głos odosobniony w Kościele, lecz emanacja jego głównego nurtu. Sojusznik i podpora partii Kaczyńskiego stawia mu ultimatum. Bo w przeciwieństwie do PiS, Kościół nie widzi potrzeby taktycznych ustępstw. Systematycznie naciera szerokim frontem na dwóch podstawowych kierunkach. W sprawach publicznych i w życiu osobistym, nie tylko swoich wyznawców, ale ogółu obywateli.

O Bogu trzeba mówić, dobrodziej, nie o polityce!

– wykrzyczał w czasie kazania, wierny w kościele w Poroninie.

Zostawmy więc PiS i popatrzmy na rozgniewany Kościół. 63 procent badanych uważa, że Kościół powinien być neutralny politycznie. 70 procent nie życzy sobie politycznych elementów w kazaniach. A mimo to Kościół, w swej masie i głównym nurcie nadal jest polityczny, wbrew oczekiwaniom większości wiernych. Arcybiskupi i proboszczowie dali temu dobitny wyraz w czasie niedawnej Wielkanocy.

Jeśli połączyć te  zlekceważone życzenia apolityczności KK ze znikomym poparciem społecznym dla pełnego zakazu aborcji, to powstaje obraz pryncypialnego Kościoła, głoszącego na  przekór wszystkiemu swoje prawdy. I jeśli ktoś jest przekonany, że strategami jego bieżącej polityki są ludzie przepojeni głęboką wiarą w to, że zakaz handlu w niedziele i bezwzględna ochrona zarodków  to wola Wszechmogącego, który do tego zaleca popierać PiS, to jego, tego przekonanego, sprawa. Takich, przekonanych jest zresztą, w szeregach bojowników sporo. A komuś kto tego przekonania nie podziela, nasuwa się pytanie: po co Kościół instytucjonalny tak mocno się w to angażuje? Tym bardziej, że przez lata jakoś w miarę spokojnie znosił to przeciw czemu tak nagle wystąpił. Nagła iluminacja za sprawą nawiedzenia przez Ducha Świętego?

Każdy rozumie po co było/jest odzyskiwanie i uzyskiwanie majątków – korzyść jest jednoznaczna. Dlaczego się Kościół stara aby coraz ważniejsi stawali się katecheci, a kapelani pojawiali się gdzie trzeba i nie trzeba, także wiadomo – to propaganda fide et ecclesiae. Innymi słowy: public relations i umacnianie wpływów. A są one: po pierwsze – jak na Europę wciąż kolosalne, 83 procent wierzących to rekord w Europie. Na drugim biegunie – Czechy z sześcioma procentami. A po drugie – pobożność Polaków systematycznie maleje. Czyli…

…sytuacja dobra, ale nie beznadziejna

Statystyka Kościoła operuje  innymi danymi. W latach 80–tych wśród katolików ponad pięćdziesiąt procent stanowili dominicantes, uczestniczący w niedzielnej mszy, do czego zobowiązany jest przecież każdy katolik. W roku 2016 było ich już niespełna 37 procent. A comunicantes, przyjmujących komunię – było 16 procent. I nie zauważa się odwrócenia tego trendu w ostatnich dwóch latach, rządów PiS i ofensywy Kościoła. Odwrócenie, czy choćby zatrzymanie tego ześlizgu, musi być głównym zadaniem Kościoła w Polsce. Zarówno w wymiarze transcendentnym jak i instytucjonalnym.

W tym pierwszym nie czuję się kompetentny. I nie oświeca mnie w tym względzie „Nasz Dziennik”. Wszystko co się w nim odnosi do wiary to rozbuchana obrzędowość. Głownie maryjna, ale też  kulty poszczególnych świętych. Ze szczególnym uwzględnieniem świętego Jana Pawła II (coraz częściej Wielkiego)  i trójki nawiedzonych pastuszków z Fatimy. Do tego kult miejsc, dat, wyspecjalizowane zabiegi modlitewne, najlepiej seriami, które maja zapewnić zróżnicowane łaski. Robi to wrażenie straganów, na których za określone zaklęcie otrzymuje się określone dobro. Szamaństwo? Po tej lekturze ND ktoś postronny nie wpadłby na to, że ma czynienia z religią monoteistyczną. Tak jakby to było obliczone na dzieci między I komunią a bierzmowaniem i na kościelne dewotki.

I może o to chodzi w tym wszystkim?

Chyba na to profesor Obirek odpowie

W krakowskiej szkole powszechnej (nie podstawowej!), w latach 1945–1946, nikomu nie przychodziło do głowy, że na religię można chodzić lub nie chodzić, że można nie być na niedzielnej mszy szkolnej w kościele – św. Szczepana, o ile dobrze pamiętam – i że można nie być ministrantem, jeśli się nie jest dziewczynką.

Do Vaticanum Secundum było jeszcze sporo czasu i przedsoborową mszę po łacinie trzeba było wykuć, łącznie z tekstem kapłana, żeby w odpowiednim momencie powiedzieć swoje. Nie powiem, że poza fragmentami ją pamiętam, ale łatwo znajduję co mi potrzeba. A więc:

„Accipite et manducate ex hoc omnes…” I potem: „Accipite et bibite ex eo omnes…

Ostatnimi laty coraz częściej bywam w kościele, głównie u św. Karola Boromeusza (dla czytelników spoza Warszawy: to na Cmentarzu Powązkowskim) i w nowej, już posoborowej liturgii, za każdym razem słyszę dosłowne tłumaczenie akurat tych właśnie słów:

„Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy…”, a po chwili: „Bierzcie i pijcie z niego wszyscy…”

I nie jest to oryginalna twórczość Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. „Bierzcie i jedzcie…” oraz „Bierzcie i pijcie z tego wszyscy (Mt.XXVI,26,27) to słowa Chrystusa, który nie dodał do tego: …wszyscy, którzy jesteście bez grzechu. Przez przeoczenie – mógłby dodać katolicki publicysta, Tomasz Terlikowski, dla którego nie tylko papież Franciszek, ale wychodzi, że także Pan Jezus, to musi być niebezpieczny, siejący zgorszenie liberał.

Z Franciszkiem TT rozprawia się co jakiś czas. Ostatnio w „Plusie–Minusie”, piątkowym magazynie „Rzeczpospolitej”, w felietonie  zatytułowanym: RADOSNA DESTRUKCJA DOKTRYNY. Wystarczy za treść.

TT nie jest samotnym obrońcą DOKTRYNY. „Dokąd zmierzasz Kościele?”  Pod tym hasłem, w Rzymie, 7 kwietnia, odbyła się konferencja z udziałem m.in. kardynałów Raymonda Burke z USA i Waltera Brandmuellera z Niemiec. „Z synowskim oddaniem wobec Następcy św. Piotra i w trosce o jedność Kościoła…”  uczestnicy konferencji proszą papieża o „utwierdzenie w wierze … że zatwierdzone i skonsumowane małżeństwo pomiędzy dwiema  ochrzczonymi osobami może być rozwiązane tylko przez śmierć.”

To stanowisko ma mocne oparcie w przykazaniu Chrystusa: „Niechaj więc człowiek nie rozłącza tego co Bóg złączył” (Mt.XIX,7, Mk..XVI,9) Ale też następca św. Piotra mógłby wziąć pod uwagę słowa skierowane do tegoż, Szymona Piotra: „Tobie też dam klucze królestwa  niebieskiego, a cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane także w niebiesiech, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane także w niebiesiech” (Mt.XVI,19,20)

I tu problem, który mógłby skomentować, obeznany z eklezją, nasz autor, profesor Stanisław Obirek: Dlaczego przy sprzeczności między tymi dwiema wypowiedziami, wykładnia Kościoła tak zdecydowanie nie bierze pod uwagę tej drugiej, w której mieści się chrystusowe miłosierne podejście do człowieka? A przede wszystkim: kto, kiedy i jakim prawem zadecydował w Kościele, że wbrew Chrystusowi, do eucharystii nie mogą być dopuszczane osoby, które zawarłszy ślub kościelny, rozwiodły się i zawarły następnie ślub cywilny? Papież, niechby nawet urbi et orbi?  Servus servorum Dei to wszak Namiestnik Chrystusa, a „Sługa nie jest czymś więcej niż pan jego, ani poseł więcej niż ten który go posłał”(J.XIII,16) – powiedział ten, który mu zleca misję.

Nie wiem jak się do tego odniesie pan profesor, lecz dla mnie jest to przekroczenie uprawnień.

A teraz wspomnienie ministranta:

Siedem cnót głównych:
Pokora • Hojność • Czystość • Miłość • Umiarkowanie • Cierpliwość • Gorliwość (pracowitość)
Siedem grzechów głównych:
Pycha • Chciwość • Nieczystość • Zazdrość • Nieumiarkowanie • Gniew • Lenistwo

Kolejność w obu  zestawach nieprzypadkowa. Może PT Czytelnicy wytypują sobie te cnoty i grzechy, które współcześnie dominują lub są w zaniku w polskim KK.

Gdy nie wiadomo o co chodzi…

Na swój prywatny użytek, z grzechu jako takiego wydzieliłbym taki, który jednocześnie jest grzechem przeciw instytucji kościelnej. Kościół do takich wyjątkowo ostro podchodzi. Wszelki kościół. – Kościół Anglikański – powiedział Marks – łatwiej znosi krytykę swoich wszystkich trzydziestu dziewięciu dogmatów niż jednej trzydziestej dziewiątej swoich dochodów.

Przykład z życia. Znajoma pani rozwiodła się z mężem, z którym miała ślub kościelny i stworzyła rodzinę z panem, z którym nie zawierała ślubu aż do przejścia na emeryturę. Jej działalność zawodowa była związana z instytucjami Kościoła i wymagała  kontaktów z jego znaczącymi osobistościami. Duchowni ci doskonale znali jej sytuację i osobiście jej partnera. Była zapewne dla nich osobą grzeszącą, ale któż jest bez grzechu…to sprawa z jej spowiednikiem. Współpraca jednak nie szła by dobrze, jeśli w ogóle, gdyby była zawarła ślub cywilny. Niby nic by się nie zmieniło w jej życiu i postępowaniu, ale straciłaby prawo do komunii, bo zlekceważyłaby sakrament małżeństwa. Nie na skutek swego postępowania, naruszającego VI przykazanie, lecz z powodu aktu prawa cywilnego, pozostającego w sprzeczności z aktem kościelnym. Niezależnie od transcendencji, w wymiarze ziemskim jest to podważanie racji bytu instytucji.

Póki nas śmierć nie rozłączy?” A gdyby, dostosowując się, „ pani zabiła pana, zabiwszy grzebie go w gaju”, na  tyle głęboko, że aż do ew. wykrycia przez jakiś Zespół X dopiero w następnym pokoleniu?

Mogłaby się wyspowiadać, licząc  na tajemnicę spowiedzi. Wyraziwszy żal za grzechy, obiecując poprawę i odbywszy zaleconą pokutę, mogłaby zawrzeć sakramentalne małżeństwo z panem, dla którego zabiła poprzednika. I żyłaby z nim po bożemu, przystępując do Stołu Pańskiego.

Kościół nie jest jednak zamknięty na życiowe problemy wiernych i daje im szanse bez uciekania się do skrajności. Dysponuje więc procedurą unieważnienia małżeństwa. Wnikliwe postępowanie przed wyspecjalizowanymi trybunałami może ustalić defekt aktu zawarcia czy skonsumowania małżeństwa, czyli prawomocnie stwierdzić, że mimo odprawionego lege artis ceremoniału, nie zostało jednak zawarte, więc go nie było i nie ma, na ziemi oraz w niebiesiech. Zamierza z tej możliwości skorzystać przed trzecim małżeństwem Marta Kaczyńska, a jeśli kościół potwierdzi, uniknie w ten sposób grzechu oraz zgorszenia. Nie będzie obrazy sakramentu, gdy okaże się, że nie zaistniał. Nie zostanie też zanegowana kościelna procedura udzielania ślubu – a że okazał się nie ważny, to trudno – zaś doszła procedura jego unieważniania. W sumie więc dwie procedury kościelne, a ta druga skomplikowana i droga, więc zniechęcająca wielu potencjalnie zainteresowanych.

Wychodząc naprzeciw wiernym znajdującym się w tej sytuacji, Jan Paweł II oraz Franciszek uprościli tę procedurę. Powinno zatem być więcej wszczynanych postępowań o unieważnienie małżeństwa i mniej odejść od kościoła. A jeśli chwilę pomyśleć, to postępowania te wykazują, że mimo ceremonii ślubnej jakaś część małżeństw nie została faktycznie zawarta. A to znaczy, że nikt nie może być w stu procentach pewien, że jego kościelne małżeństwo jest ważne, ale tylko ci, którzy chcą by ważne nie było, zwracają się do trybunału biskupiego o sprawdzenie.

Ciekawe jaki jest procent odrzuconych wniosków. Jeśli nikły, więc może nikt nie może być pewien ważności swojego związku?

To królestwo jest z tego świata

W roku 1054 legat biskupa Rzymu Leona IX, bez jego wiedzy – akurat umarł – rzucił klątwę  na patriarchę Konstantynopola Michała Cerulariusza. Między Rzymem i Konstantynopolem nastąpiła  wymiana klątwami i dokonał się przełomowy krok w procesie tzw. wielkiej schizmy – podziału chrześcijańskiego świata na kościoły wschodni i zachodni. Nie było wielkich różnic dogmatycznych.  Chodziło o zakres władzy i związanych z tym możliwości.  Na tym świecie bowiem, wykonywanie jakiejkolwiek misji wymaga narzędzi z tego świata. Między innymi władzy i pieniędzy.

W Średniowieczu długi i zażarty konflikt między cesarstwem i papiestwem o to kto kim będzie rządził ogniskował się na problemie inwestytury. Kto ma mianować biskupów, mających wówczas wielką władzę i wielkie feudalne włości.

Zresztą co tu daleko szukać. Kardynał Wyszyński starał się chronić Kościół, dbając o jakiś modus vivendi et operandi z komunistyczną władzą, dopóki nie stanęła sprawa inwestytury. Wtedy padło jego non possumus, nastąpił areszt i zesłanie do miejsc odosobnienia, jakby do władzy jeszcze nie docierało, że Stalin już od kilku miesięcy nie żyje i że apogeum stalinizmu przemija.

A już zupełnie ziemski, czy zgoła wręcz przyziemny, jest celibat. Święty Paweł w listach, stanowiących część Ewangelii umieścił często cytowane zalecenie: „Biskup więc powinien być bez zarzutu, mąż jednej żony, trzeźwy, rozsądny, przyzwoity …niechciwy na grosz…trzymający dzieci w uległości.” (1Tm,III,2,4) Celibat wdrażano wiekami, długo i opornie, bez uzasadnienia natury transcedentalnej. Chodziło o to by majątki duchowieństwa pozostawały przy kościele, a nie były dziedziczone przez legalnych potomków księży. I mamy to czego się można było spodziewać.

 „Niepodobna, żeby zgorszenia miały nie przyjść, lecz biada temu, przez kogo przychodzą! Lepiej by mu było, gdyby mu zawieszono kamień młyński na szyi i wrzucono go w morze, niż żeby miał zgorszyć jednego z tych maluczkich. Miejcie się na baczności!” (Łk.17,1,2,3) Dlaczego się więc nie mają?

Odwołanie metropolity poznańskiego, który wymuszał seks na klerykach, wymogła na Janie Pawle dr. Wanda Półtawska, z którą papież bardzo się liczył. Siejących zgorszenie wysoko postawionych w hierarchii  – wiedząc/nie wiedząc? –  tolerował. Jego następcom konsekwencja w tej materii też jakoś nie bardzo wychodzi, przez opór tejże materii. Nie było bowiem i nie ma takiego władcy, nawet absolutnego, którzy by mógł długo i bezkarnie narażać się, najważniejszym lub zbyt licznym, rządzonym, w tym co dla nich najbardziej ważne. A w instytucji jaką jest Kościół przeważa kalkulacja, że poniesie on większe straty przez powszechne zgorszenie wywołane ujawnianiem skandali niż przez zgorszenia incydentalne, które próbuje jakoś tuszować.

W epoce rewolucji informacyjnej kalkulacja ta staje się coraz bardziej błędna. A oprócz szeroko rozumianej sfery seksualnej, w grę wchodzi jeszcze chciwość, przed którą ostrzegał Paweł z Tarsu. I  pycha. Ta zaś nie pozwala być trzeźwym, rozsądnym i przyzwoitym wedle pawłowych zaleceń. Nie pozwala też dostrzec, że te przywary są dostrzegane i oceniane. Już dawno. Pisał Jan Kochanowski:

Pytano kaznodzieje: „Czemu to, prałacie,
Nie tak sami żywiecie, jako nauczacie?”
(A miał doma kucharkę.) I rzecze: „Mój panie,
Kazaniu się nie dziwuj, bo mam pięćset na nie:
nie wziąłbych tysiąca, mogę to rzec śmiele,
Bych tak miał czynić, jako nauczam w kościele.

 Umrzyj, papież, umrzyj

Modlę się o mądrość dla papieża, o jego serce otwarte na działanie Ducha Świętego, a jeśli tego nie uczyni – modlę się o szybkie jego odejście do Domu Ojca. O szczęśliwą śmierć dla niego mogę zawsze prosić Boga, bo szczęśliwa śmierć to wielka łaska.

Tak, w homilii wygłoszonej w kościele sióstr Felicjanek w Krakowie, modlił się, tuż przed piątą rocznicą rozpoczęcia pontyfikatu Franciszka, ks. Edward Staniek, były wieloletni rektor Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej.

Modlenie się w kościele o czyjąś śmierć – wydawałoby się – to coś niewyobrażalnego. I to o śmierć wybranego za sprawą Ducha Świętego zwierzchnika Kościoła, za którego wszyscy się modlą na każdej mszy. Ciekawe czy modlili się zań również po kazaniu ks. Stańka.

Metropolita krakowski,  ks. abp., Marek Jędraszewski, decyzją tegoż Franciszka przeniesiony z Łodzi do Krakowa, w którym metropolita tradycyjnie zostaje kardynałem, wyraził ubolewanie, ale żadnej kary nie zastosował. Wezwał jedynie kaznodzieję na rozmowę. A ponieważ niczego o niej nie powiedziano, można ją sobie wyobrazić i tak: ja może nawet księdza rozumiem, no, ale wie ksiądz…I żaden z polskich hierarchów nie przeprosił za słowa Stańka. Nie ma o tym wzmianki w ydzykowym dzienniku. Ks. Wojciech Węgrzyniak, adiunkt na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, na blogu wytłumaczył, że Staniek jest biegły w Księgach i wie, że „…w Nowym Testamencie chodzi przede wszystkim o głoszenie Chrystusa, a nie o pomaganie biednym. (…) Chrześcijanie zawsze pomagali ubogim, ale przede wszystkim swoim… Dla takiego człowieka, jak  Staniek, komunia dla rozwodników to zamach na świętość, a świętość dla niego zawsze była ważniejsza niż człowiek”.

Z amatorskiej egzegezy nauczania Franciszka można wysnuć wniosek, że dla niego człowiek akurat jest świętością, co pasowałoby do nauczania Jana Pawła II: „Człowiek jest drogą Kościoła… Trzeba więc człowieka mierzyć miarą Ducha Świętego” Ale jakie to ma znaczenie co mówił choćby nawet NASZ PAPIEŻ, ŚWIĘTY JAN PAWEŁ WIELKI, teraz, kiedy ten straszny Franciszek, mówi że nie należy żądać zapłaty za udzielanie sakramentów!

Verba NON docent, exempla NON trahunt

Jorge Mario Bergoglio, Argentyńczyk, chociaż Włoch z pochodzenia, tak samo nie daje sobie rady z kurią watykańską jak dwaj jego poprzednicy z Europy. A ci przecież mieli z Watykanem bliższe kontakty, zanim zaczęli stamtąd rządzić kościołem. Prawdopodobnie boi się, że zdecydowane kroki, czyli głoszenie urbi et orbi tego co uważa za słuszne oraz bezwzględne decyzje administracyjne doprowadzą do otwartej schizmy, znacznie większej niż ta, którą przeprowadził arcybiskup Lefebvre. W związku z tym jedynie poucza, zaleca, daje przykład, który w kościele raczej mało kogo pociąga.

Gdyby Franciszek nosił stale włosiennicę i chodził boso, gdyby mieszkał w szałasie postawionym choćby w ogrodach watykańskich, żywił się wodą i suchym chlebem – gdzie teraz znaleźć dla pustelnika szarańczę? –wówczas byłby dziwacznym ekscentrykiem, ale i niedościgłym wzorem świętości. Gdzie nam, szarym kardynałom do tego!

Co też, ksiądz? Przecież karnawał już minął – to były jego pierwsze słowa gdy wychodził pokazać się jako nowowybrany  papież. Bo chciano mu narzucić papieską – dalmatykę? – króciutką czerwoną pelerynkę ze złoceniami. Nie nosi też czerwonych butów tylko czarne, wożony jest  średniej klasy samochodami i nie zamieszkał w papieskim ośmiopokojowym apartamencie. Pozostał w  hotelu św. Marty gdzie przebywał wraz z innymi kardynałami w czasie konklawe. Należy sądzić, że w przyzwoitym standardzie. I dopiero ta normalność bez przepychu musi irytować hierarchów, w śród których, owszem, zdarzają się skromni, lecz rzadko.

Ten pontyfikat trwa stanowczo za długo – mawiano w watykańskich korytarzach za JPII, który został wybrany, mając pięćdziesiąt osiem lat  – następny papież musi być starszy. Tak zrobiono, wybierając Ratzingera i Bergoglio. Starszemu ma nie starczyć energii i czasu  na przeprowadzanie radykalnych zmian w doktrynie i w materii Kościoła. Wystarczy więc bierny opór i stawka na przeczekanie, z unikaniem większych awantur. Ale niektórym, się dłuży i proszą Boga o przyśpieszenie.

Si Deus pro nobis, qui contra nos!

 „Jeśli Boga – co daj Boże – nie ma, to Bogu niech będą dzięki. Lecz jeśli – co nie daj Boże – Bóg jest, to niech Bóg ma nas w swojej opiece.” – bawiono się tym powiedzonkiem w komitetach partyjnych, w późnym PRL, kiedy Kościół pod kardynałem Wyszyńskim nie był już tą broniącą się stroną w stosunkach z władzą. Lecz o pokolenie wstecz nikomu nie było do żartów.

Totalitaryzm rewolucji francuskiej, rosyjskiej, komunizmu w świecie oraz nazizmu był swoistą odmianą religii więc z natury rzeczy stawał się konkurentem i wrogiem religii i jej instytucji. Szczególnie we wstępnym okresie burzy i naporu, kiedy „cesarz” żąda dla siebie tego co boskie.

Zresztą na wejściu, w latach 1944 – 1948 nowa władza, umacniając się z wielkim wysiłkiem, stosowała mimikrę ideologiczną i ustrojową. Neutralizowała Kościół, który był nawet na swój sposób hołubiony. Bierut kończył przysięgę słowami „Tak mi dopomóż Bóg!”. Z  Osóbką–Morawskim i Rolą Żymirskim brał udział  w uroczystościach kościelnych, a odbywały się one z asystą wojskową. Na zewnątrz to wyglądało prawie tak samo  jak dziś.

Ideowe wzmożenie nastąpiło po sfałszowanych wyborach 1947 roku, po spacyfikowaniu PSL Mikołajczyka i  gdy w grudniu 1948 roku, przetrzebiona Polska Partia Socjalistyczna została wchłonięta przez PZPR, Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, jeśli ktoś nie pamięta. Wtedy władza poczuła, że może się zabrać za swego konkurenta, jakim był kościół.

Z tym musiał się on zmierzyć, kierowany samodzielnie przez Wyszyńskiego. Samodzielnie o tyle, że Pius XII, przewidując utrudnienia w kontaktach z Watykanem, czy w ogóle niemożność ich utrzymania, uczynił prymasa w pełnym zakresie zwierzchnikiem wszystkiego co kościelne, łącznie z zakonami. A on, to lawirując w grze z władzą, czy też stawiając twardy opór w sprawie inwestytury, w latach 1953 – 1956, mógł być skuteczny tylko kiedy mógł liczyć na społeczeństwo broniące wiary oraz kościoła.

Jeśli teraz jest w Polsce osiemdziesiąt trzy procent wierzących to wtedy nie mogło być już dużo więcej. Ale to była inna wiara! Ludzie tamtych czasów byli o wiele bardziej religijni. Szczególnie w krajach takich jak Polska, z większością ludności wiejskiej i prowincjonalnej. A wojna spowodowała niezwykle wzmożenie religijne. Zapamiętałem z dzieciństwa w okupowanej Warszawie nabożeństwa, niekoniecznie majowe, przy kapliczkach w ówczesnych podwórkach–studniach kamienic. I to wzmożenie czas jakiś trwało jeszcze po wojnie, jako reakcja obronna w niepewnym świecie.

Nowa władza napotykała masową niechęć, lecz nie było masowego oporu. Trzeba był jakoś żyć. Odbudowywać normalne życie po wojennym wstrząsie, na ile się dało w nowych warunkach.  Wielu wchodziło czterema łapami do miski, przejmując i głosząc nowe idee, ale bardzo daleko nie wszyscy. Zdecydowana większość nie dawała sobie odbierać swojego sposobu życia, tradycji, kultury, co w dużym stopniu było tożsame z tradycyjnym katolicyzmem, wyrażanym w jego obrzędowości.

Mówiąc w uproszczeniu: władza mogła aresztować prymasa, skazywać biskupów, zamykać instytucje i zabierać majątek kościelny, ale w Polsce nie mogła sobie pozwolić na masowy terror wobec proboszczów, zamykanie kościołów, bezczeszczenie obiektów kultu. Nawet nie miała tak wielkiego aparatu represji, z motywacją do poważenia się na coś takiego. To, mimo wszystko, nie był rosyjski  wojenny komunizm, ni wielki skok czy rewolucja kulturalna Chinach.

Wtedy była zupełnie inna Polska. Inna nie tylko niż dzisiejsza, lecz także niż ta z końcówki Edwarda Gierka. Szczególnie opora Kościoła, wieś. W większości drewniana, nie wszędzie jeszcze z doprowadzonym prądem, który starczał na żarówkę i radio Pionier, ale nie na maszyny. Na drogach, nie wszędzie utwardzonych, mało było samochodów, ale dużo furmanek z zakopconą i rzadko zapalaną lampą naftową. Życie społeczne toczyło się w remizach OSP, w kościołach i przed nimi. A jeszcze w roku 1959, w Janowcu nad Wisłą, widziałem w niedzielę kobiety idące do kościoła boso, z trzewikami w rękach.

Za największego stalinizmu, jacyś studenci – gdzie, kiedy? – mieli wywiesić z okna gacie w czasie przechodzenia procesji w Boże Ciało i mieli być za to przykładnie ukarani. Jeśli nawet tego nie było, to informacja ta była szeroko rozpowszechniana. A w ówczesnych  warunkach było do pomyślenia, że była to prowokacja UB, po to aby jakoś pokazać poprawność władzy w stosunku do prostego człowieka.

Wszelki aktyw, aparat to co innego. Można było domagać się odeń ateizacji. Ale prostemu człowiekowi – proletowi z Orwella? – nie można  było przeszkodzić w chrzcinach, ślubach, pogrzebach, w pasterkach, kolędach i rezurekcjach, w pielgrzymkach, procesjach, niedzielnych mszach i majowych nabożeństwach. I Stefan kardynał Wyszyński doskonale rozumiał, że szansa przetrwania wiary i Kościoła to właśnie ten prosty, masowy, ludowy katolicyzm, z jego rozbuchaną obrzędowością, którą kościół organizował i do której zachęcał, a nie wnikliwe studiowanie tomizmu i pogłębione dyskusje nad personalizmem Mouniera.

Dygresja, można pominąć. Z tego co wiem o kardynale Wyszyńskim od ludzi, którzy się z nim stykali, nie był to surowy i nieprzystępny integrysta, choć mógł robić takie wrażenie. Gdzieś w latach siedemdziesiątych, po znajomości, zostałem zaproszony na jedną z tzw. sesji klaramontańskich – na Jasnej Górze, poświęconą znajdującym  się  tam zabytkom. Przyjeżdżał zainteresowany nimi Wyszyński. Nie pamiętam co mówił na dwóch, kończących dzienne obrady, kolacjach, ale pamiętam jak mówił. Ceauseur. Swobodny, rozluźniony, z dyskretnym poczuciem humoru, również na swój temat i na sprawy kościelne.

I jeszcze o kardynale.  W jednej z redakcji pracowałem z żoną Ryszarda Frelka, więc poznałem i jego. Był to dziennikarz Polskiej Agencji Prasowej, który został szefem PAP i dzięki niemu, jego przyjaciel, Ryszard Kapuściński mógł być korespondentem w różnych miejscach świata. Frelek robił karierę. Został członkiem Sekretariatu KC PZPR oraz kierownikiem Wydziału Zagranicznego tamże, faktycznym oberszefem od polityki zagranicznej PRL. – Władza ma poważne problemy z Wyszyńskim – opowiadał  – bo jest on zagorzałym antykomunistą, choć patriotą. Gorszy ma być jego pewny następca, Karol Wojtyła, który też jest antykomunistą, a do tego jeszcze kosmopolitą. Nadzieja, że zanim Wyszyński umrze, Wojtyła dostanie jakieś stanowisko w Watykanie.

Modus vivendi et operandi

W jednym z powiatów w środku Polski, esbekiem do spraw kościelnych, pod koniec lat pięćdziesiątych, został S.K., mój kolega z roku. Co jakiś czas urywał się do Warszawy na koleżeńskie spotkanie i dopóki się nie przekroczyło ćwiartki czystej na twarz, można było się czegoś dowiedzieć o podstawie koegzystencji ówczesnego państwa z kościołem.

W przydzielonych koledze parafiach nie mogło być tajemnicą kim jest. Jeździł służbową warszawą od plebanii do plebanii i tak był tam goszczony, że szczupły, zgrabny chłopak zrobił się kwadratowy. Żeby nie wozić, trzymał po plebaniach kilka swoich strzelb, by móc czasem dorzucić zająca czy kuropatwę na księżowski stół. Prawo łowieckie, oczywiście, nie było dla niego.

Praca esbeka polegała na rozmowach z księżmi, którzy nawzajem na siebie donosili, a wszyscy się skarżyli na kurię. Miał więc co pisać w raportach i szef – dla nieudolnego kamuflażu byli to zastępcy komendanta powiatowego MO – mógł meldować do województwa, że ma co potrzeba pod kontrolą. A prowincjonalni księża nie potrzebowali paszportów, żeby pojechać na studia w Gregorianum w Rzymie. Za to wiedzieli, że ich gość może popchnąć sprawę pozwolenia na jakąś budowę czy przebudowę, sprawić by uszła na sucho jakaś samowola budowlana, przymknąć oczy na zdobyty za łapówkę materiał budowlany, jeśli nie mógł im załatwić legalnego przydziału.

Bo jeśli księża pozwalali mu zarabiać na kawałek chleba, to on jakoś musiał im pomagać w staraniach o ich status, wyznaczany stanem i wyposażeniem kościoła. Na prowincji, a już szczególnie na wsi, nie budził entuzjazmu nawiedzony asceta, w wyszarzałej sutannie i wykrzywionych butach. Tam  ceni się gospodarność.

Parafianie też, oczywiście wiedzieli kim jest i po co jeździ nasz kumpel. Wiedzieli też wszystko co dzieje się na plebanii. Co się tam je i co pije, po co jest młoda „kuzynka z daleka”, która księdzu prowadzi gospodarstwo. Nie było jednak skorych do donoszenia na księdza. – A bo ja wiem – taka była najczęstsza odpowiedź.

Do księży odnoszono się z szacunkiem i z wyrozumiałością. Kapłan „z ludu wzięty” mógł bez ostentacji i większego zgorszenia napić się i pobzykać – chłop jest, wiadomo. Przy całym szacunku do księżej gospodarności, nie do darowania było jednakże ździerstwo. Szczególnie wymuszanie z biednych ludzi za wysokich dla nich opłat za sakramenty i demonstracyjne upokarzanie ich z ambony oraz przez poziom chrztu, ślubu i w szczególności pogrzebu. Na takich księży donoszono i do kurii i do SB.

Na szczeblu kurii koegzystencja była zapewne bardziej złożona. Na szczeblu centralnym gdzie władzę, konkretnie: partię i bezpiekę, reprezentował Urząd ds. Wyznań, to była już hochpolitik. Zresztą zmienna, od powołania tej instytucji w roku 1950 do jej likwidacji już przez rząd Mazowieckiego. Ale jednak zawsze to była polityka, a nie po prostu rozprawa z kościołem, po całości, jak w  innych krajach obozu pokoju i socjalizmu. Były wszak strony, które musiały się jakoś ze sobą liczyć i to od góry do dołu.  I mógł trwać i przetrwać ten układ, właśnie  na bazie tego jak funkcjonował na poziomie tysięcy parafii, jak Polska długa i szeroka.

Czas nie stał w miejscu. Cywilizowała się wieś, podstawowy obszar tradycyjnego katolicyzmu. Urbanizacja i industrializacja zmieniała układ społeczny, zmieniał się sposób życia i wraz ze zmianą pokoleń postępowała naturalna laicyzacja obyczaju. Jednakże podstawowy konflikt kościół – władza trwał do końca PRL. Zmieniał się jedynie stosunek sił w tym układzie. Po każdym wstrząsie i kolejnej odnowie władza okazywała się słabsza, a kościół silniejszy. Zwłaszcza od momentu, w którym pojawił się papież Polak.

Nieco wcześniej, gdy PRL za Gierka zaczął się po trochu europeizować, władza zaczęła szukać jakiegoś porozumienia z kościołem. Odgórnie, w Watykanie. Może chciano to zrobić nad głowami  Wyszyńskiego i Wojtyły? Był w to jakoś zaangażowany mój naczelny w „Kulturze”, Dominik Horodyński, wykorzystujący swoje arystokratyczne koneksje w Europie. „Polska Ludowa nigdy nie będzie w stanie wypłacić się redaktorowi Horodyńskiemu” miał powiedzieć jeden z paladynów Gierka, prawdopodobnie Franciszek Szlachcic.

Jednocześnie zaczęło się zbliżanie do siebie środowisk: inteligencji katolickiej, dla którego reprezentatywne były KIK–i oraz opozycji laickiej, zainicjowanej i zdominowanej początkowo przez lewicowych dysydentów – KOR. Ważną w tym zbliżeniu okazała się podziemna publikacja Michnika z 1977 roku: ”Kościół, lewica, dialog”. Powstawała w miarę szeroka opozycja demokratyczna. Zróżnicowana, lecz jeszcze – do drugiej tury I Zjazdu „Solidarności” w 1981 roku – nie skonfliktowana wewnętrznie. Ważne było, że nie zdystansował się od niej kościół.

W czasie „karnawału Solidarności”, a także w stanie wojennym i po jego formalnym odwołaniu, stanowił on oporę i zaplecze opozycji, stając się pod koniec jednocześnie mediatorem między nią i schodzącą władzą. Rok 1989 był również jego zwycięstwem. Z tym, że w jego strukturze nie nastąpiła wojna na górze, która szybko zdemontowała NSZZ „Solidarność”.

Dla tych, w obecnej opozycji, którzy mogą i chcą pamiętać sytuację i atmosferę tego momentu, było czymś naturalnym i oczywistym przywrócenie nauki religii w szkołach publicznych przez rząd Mazowieckiego, z ministrem oświaty Henrykiem Samsonowiczem.

Prymas Tysiąclecia tego momentu nie dożył, ale sprawdziła się strategia.

Tempora mutantur et nos NON mutamur in illis

„Nie lękajcie się!” – to papież, Jan Paweł II do rodaków, ciągle jeszcze pod władzą reżimu narzuconego przez ościenne mocarstwo.

A to: „…dzisiaj w świecie i w Europie robi się wszystko, żeby Polskę osłabić w jedności! I … żebyśmy byli ciągle na kolanach, upokarzani złem, kłamstwem, zbrodniami” – mówi arcybiskup, skądinąd triumfującego kościoła, Wacław Depo, w Częstochowie, w czasie tegorocznej Wielkanocy.

Proszę zwrócić uwagę, że ekscelencja mówi: Polskę osłabić”,  nie kościół. A to nie są tożsame podmioty i mimo bliskości, nie mają tych samych interesów.

Porównanie obecnej sytuacji kościoła z historycznym konfliktem poprzedniej epoki, kiedy agresywny, antypolski komunizm usiłował zniszczyć rodzimy, tradycyjny katolicyzm jest naciągane. Ale właśnie tak to dziś przedstawia propaganda kościoła, której niejedynym wyrazem jest kazanie arcybiskupa Depo. Niewdzięczne są nudne wezwania kaznodziei do przestrzegania przykazań. Poręczniej jest wzywać do obrony przed mocami piekielnymi, bo mogą się znaleźć wyborcy, którzy nieprzestrzeganie przykazań kościoła zechcą zrekompensować mu głosem oddanym w jego obronie. Ale też może on liczyć na tych, którzy podejmują walkę przeciw kościołowi na płaszczyźnie którą  im kościół wyznacza. Uwiarygodniają jego obronną postawę, ale oni inaczej nie mogą.

Nie tylko komunizm czy nazizm są swoistymi odmianami religii, z natury rzeczy wrogimi chrześcijaństwu, islamowi, judaizmowi, buddyzmowi. Taką quasi religią może się stać wszelki pogląd, przekonanie – byle to było zbiorowe – o natężeniu zbliżonym do fobii, obsesji. To coś może się stać dla wielu czymś najważniejszym, przesłaniać i warunkować wszystko inne, bo opiera się w dużym stopniu na wierze i innych emocjach, a uodparnia  na fakty i logikę. Tłamsi uczucia wyższe, bo samo się za takie uważa. Może z tego wynikać jakiś szeroki ruch i struktura, co może opanować państwo czy nawet stać się nim.

Tym czymś może być nawet wiara w rozum – scjentyzm – która staje się zabobonem, choć częściej bywa to zabobon sensu stricte. Choćby ruch przeciwników upraw genetycznie modyfikowanych czy szczepień. Ale też bywają takimi racjonalne i słuszne skądinąd poglądy doprowadzone ad extremum et absurdum. Na przykład polityka społeczna ignorująca warunki ekonomiczne, lub odwrotnie, ekonomizm nie zwracający uwagi na potrzeby społeczne. Jeszcze bardziej mieści się w tej kategorii szowinizm i rasizm, a także … wojujący ateizm. Bywał zbrodniczym komponentem rewolucji i wojen domowych, m.in. w Rosji,  Meksyku,  Hiszpanii, Chinach.

W Polsce nawet za stalinizmu, nie dominował w społeczeństwie, a teraz jest słabo zauważalny. Nawet przez kościół, dla którego nie jest żadnym problemem. Jest nim świat zmieniony od czasu bohaterskiej epopei Prymasa Tysiąclecia, w jeszcze większym stopniu zmieniona Polska oraz inni niż wtedy Polacy.

Polscy hierarchowie różnią się swoimi postawami i poglądami. Wiadomo którzy są twardzi i nieprzejednani, a którzy  nie bardzo. Ale i w przypadku tych łagodniejszych nie jest to postawa jaką reprezentowali zmarli: ksiądz  profesor Tischner i arcybiskup Życiński, a którą reprezentują dzisiaj: arcybiskup Ryś, ojciec Wiśniewski i emerytowany biskup Pieronek.  Podobnie większość wydawnictw i rozgłośni kościelnych ma niewiele wspólnego ze „Znakiem”, „Więzią”, „Tygodnikiem Powszechnym”, znienawidzonym zresztą w  kręgach kościelnych. Ni z dyskusjami w Klubach Inteligencji Katolickiej. I co najważniejsze: większość kazań słuchanych przez ogromną większość dominicantes w niczym nie przypomina homilii i rekolekcji w Laskach i w niektórych kościołach Dominikanów i Jezuitów, do których chadza poważnie wierząca, czy tzw. poszukująca inteligencja.

Ten nurt katolicyzmu zawsze miał pod górkę w polskim kościele. Iskrzyło też między nim i Prymasem Tysiąclecia, który katolickich intelektualistów po ojcowsku strofował, z grubsza mówiąc, za pięknoduchostwo.  Konserwatywny kościół nie interesował się wówczas tym środowiskiem, teraz większość hierarchii i kleru je nienawidzi, a krytycy kościoła z zewnątrz nie łączą z nim wielkich nadziei.

Straszą natomiast kościół przykładem Hiszpanii, słusznie, ale z pewną przesadą. Tam zaciętość i skala wojny domowej była nieporównywalnie większa od tego co działo się w Polsce. Podobnie większe było zaangażowanie w konflikcie ich kościoła, który zresztą miał powody by być przeciw republice. Ale chyba zbyt długo i zbyt mocno stał przy władzy, korzystając z fruktów tej symbiozy.

Byłem pierwszy raz w Hiszpanii jesienią 1980 roku, na festiwalu filmowym w San Sebastian, pięć lat po śmierci Franco i po pakcie Moncloa, a przed próbą buntu pułkownika Tejero. Aktualna hiszpańska produkcja filmowa przepełniona była ostrą erotyką, odpowiedzią na lata kościelnej cenzury obyczajowej, lecz dominował w niej skrajny antyklerykalizm, posunięty do bardzo dalekiego stopnia. Poziom zostawiał wiele do życzenia, chodziło o to by  się wykrzyczeć. I to miało wzięcie, w kraju uchodzącym tradycyjnie za ultrakatolicki.

My sławianie, my lubim sielanki” tyle, że nasza obecna, znacznie łagodniejsza wersja układu „ołtarz/tron” ma mechanizm podobny do tego w wersji hiszpańskiej, irlandzkiej, czy portugalskiej. Wszędzie tam jednak kościoły przepraszają i proszą o odpuszczenie za swoją postawę w dalszej lub bliższej przeszłości. A u nas kościół, nie zagrożony tak jak w Hiszpanii w czasie republiki i wojny domowej, i bez zewnętrznego przymusu, wiąże się z przejściowo rządzącą formacją. Nawet ją popędza i dociska do ściany. Z komuną na ogół lawirował, teraz nie musi.

Na przestrogi, że prowokuje i czeka go los zachodnioeuropejskich kościołów pada odpowiedź, że przecież surowe protestanckie kościoły, poszły z duchem czasów, zliberalizowały się, czy nawet zlibertynizowały i co? Jest z nimi w Europie jeszcze gorzej niż w krajach, w których dominował katolicyzm. Bardzo trudno jest kościołowi przyznać się przed sobą i światem, że to nieodwracalne w historycznym wymiarze zmiany cywilizacyjne czynią coraz mniej potrzebnymi religie, szczególnie w postaci zwartych systemów pojęciowych. I jeszcze bardziej w postaci norm i nakazów, które są narzędziami sprawowania władzy nad ludźmi.

No i coraz mniej potrzebne stają się struktury, które to obsługują. Zwłaszcza duże i scentralizowane. W nich bowiem zawsze interesy własne – wszelkiej struktury – zajmują coraz więcej miejsca i absorbują coraz więcej energii kosztem celu dla którego powstały.

Obrona tych hierarchicznych, zdyscyplinowanych struktur i rozbudowana obrzędowość już w czasach Wyszyńskiego była anachronizmem na tle europejskiego katolicyzmu. Zapewniła jednak Kościołowi zachowanie mocnej pozycji w społeczeństwie, przetrwanie i przeczekanie opresyjnego systemu. Obecna wciąż wysoka – choć spadająca – na tle Europy religijność nie jest spadkiem tylko po wiekowej tradycji. Taka była i w innych krajach Europy. To również dziedzictwo wiekowego zacofania cywilizacyjnego, w porównaniu do zachodniej Europy. Ale to także skutek wzmożenia religijnego, wypracowanego pod przywództwem Prymasa Tysiąclecia. Z perspektywy roku 1989 kalkulowało się to i kościołowi i Polsce. Po prawie trzydziestu latach, w innej Polsce, w innym świecie rygorystyczna polityka w stylu Wyszyńskiego nie kalkuluje się Polsce, a jeśli kościołowi, to raczej na krótką metę.

Polityka, durniu!

Kraj nasz przeżywał różnorakie opresje i katastrofy, ale w drugiej połowie drugiej dekady XXI – go wieku, największym nieszczęściem jest panowanie PiS z Jarosławem Kaczyńskim. Jest to wielka siła niszczycielska, która na długo psuje Polaków i Polskę, osłabia ją i izoluje w Europie i świecie. Ta władza już ewoluuje, może się zmieniać w tym czy innym kierunku, ale należy założyć, że do końca dekady pozostanie sobą i że w interesie Polski należałoby ją jak można najszybciej zastąpić czymś lepszym.

Nie zajmujemy się tutaj – zwracam uwagę – całokształtem polskiej polityki, a tylko  tym jej istotnym sektorem, który obejmuje stosunki kościoła z państwem, jego rolę w społeczeństwie i opór jaki to wywołuje.

Otóż możemy być pewni, że dopóki taki PiS jaki jest, z jego prezesem, będzie sprawował władzę, żaden z  laickich i liberalnych – LL, postulatów nie zostanie spełniony. Mało tego, dopóki rządzi PiS stale będzie istniała groźba przeforsowania restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej, będą czynione dalsze próby klerykalnego zawłaszczania państwa i kolejnych obszarów życia społecznego. I mogą się one okazać skuteczne. Podstawowym warunkiem dla możliwej realizacji zasad LL jest odebranie władzy partii Kaczyńskiego. A forsowanie en bloc postulatów LL może to odebranie jej władzy…utrudnić!

Realia i rudymenty. Mamy w Polsce  ordynację wyborczą z zasadą D’Hondta, przypominam, który już raz i przypominał będę. Ta zasada dodaje tym, którzy mają więcej. I na tej zasadzie Zjednoczona Prawica, uzyskując niecałe 38 procent głosów dostała 51 procent mandatów w Sejmie i rządzi. Nadal jest i raczej w najbliższych latach zostanie, największą siłą polityczną. Szanse, powtarzam: szanse, na odebranie jej większości parlamentarnej ma, tylko i wyłącznie, porównywalna siła polityczna, którą może być jedynie koalicja partii opozycyjnych.

Łącznie głosujących nie na PiS było w roku 2015 i w roku 2019, zapewne będzie, więcej niż wyborców Kaczyńskiego. Chodzi o to by było więcej głosujących na jedną listę demokratycznej koalicji. Ale o kogo więcej? O te kilka, raczej nie więcej niż dziesięć procent, z centrum elektoratu, które  głosuję raz tak,  raz inaczej, decydując o tym kto będzie rządził całością. I jak to w centrum: nie popiera sił i postulatów skrajnych. Tych ludzi trzeba przyciągnąć i nie wolno ich zrażać. Tylko tak można odsunąć od władzy PiS.

Socjolog i szef dużej sondażowni, Jakub Bierzyński twierdzi, że pozycja kościoła już jest osłabiona i że jest miejsce na partię wszechstronnie i konsekwentnie nowoczesną. Rozumie się, że wolnościową w sferze obyczajowej i skierowaną przeciw dominacji kościoła. Była niedawno taka partia. Stworzona przez Palikota, zdobyła dziesięcioprocentowe poparcie. Na krótko. Wypadałoby się zgodzić, że miejsce na pewno jest, ale trudno powiedzieć jak duże, a właściwie jakie poparcie w wyborach może ta partia zdobyć. A wcześniej  trzeba się zastanowić co może spowodować narzucanie całej różnorodnej demokratycznej opozycji tych, LL – laickich i liberalnych obyczajowo,  postulatów. Są one w niej mocno reprezentowane, ale nie ogarniają całości. Implikuje to więc różnice zdań, czy nawet spory i starcia wewnątrz tej opozycji. I to przed serią wyborów: samorząd, europarlament, nasz parlament, prezydent. A po co?

Ten laicyzm, laickość, mocno się kojarzy z lewicą, a ona liczy się głównie tylko ze swoimi postulatami i nie bardzo ogarnia całość. PiS, de facto, odebrał nośność jej postulatom społecznym, po części realizując je. Znajduje się natomiast na  przeciwległym biegunie z jej szeroko rozumianą laickością. I dlatego tym froncie – wygodnym dla PiS i dla kościoła – prowadzi ona główne natarcie. Atakuje tam gdzie przeciwnik jest najsilniejszy, co może dobrze świadczy o odwadze, czy zgoła brawurze, lecz niekoniecznie o rozumie.

W czasach narzeczeństwa KIK i KOR,  pojęcie lewica laicka przerobiono na zabawne powiedzonko laica lewicka. Z braku lepszego pomysłu, nasuwa mi się laica nie lewicka, nie pokrywająca się z lewicą. I dodam jeszcze: nie radykalna. Pozwolę sobie zadeklarować się jako jej umiarkowany zwolennik.

Skrzywdzeni, obrażeni, zagrożeni. To rozpoznany elektorat PiS, składający się głównie z czujących, że im się źle dzieje w III RP. Teoretycznie mogliby być klientami lewicy, krytykującej społeczne skutki transformacji, są jednak jej przeciwnikami. Głosowali na PiS nie tylko dlatego, że jego polityka socjalna była i okazała się wiarygodna.

Lewica zwraca uwagę na naruszone poczucie godności, ale dostrzega tylko biedę materialną i wykluczenie społeczne jako tego przyczynę. A istotną rolę  grają tu też względy kulturowe. Lewica jakby nie zdawała sobie sprawy, że zmiany, które ona popiera i propaguje, odbierane są w tej części społeczeństwa jako atak na wartości narodowe, na Kościół i wiarę,  na rodzinę i obyczajność. Ciąży tej części nadmiar  nowoczesności, wszechobecność cudzoziemszczyzny, zagraża jakiś gender, razi niepotrzebny feminizm, coming out całego tego LGBTQ, niepokoją rozwody, aborcja, pornografia, wojowniczy ateizm. Z czymkolwiek  by więc lewica wystąpiła wobec tej zbiorowości będzie odrzucona właśnie z powodu jej liberalizmu obyczajowego, odbieranego jako zagrożenie, przed którym ma chronić PiS. Przy czym takie odczucie występuję nie tylko w jego żelaznym elektoracie, lecz również w części tego decydującego centrum, na które trzeba chuchać i dmuchać, bo przecież dwa procent w te, trzy procent wefte…

Z tego punktu widzenia trzeba się odnieść do punktu widzenia lewicy, która nie dostrzega różnicy między PiS i PO: jedno i drugie to dla niej solidaruchy, bawią się w złego i dobrego policjanta i tp. I dalej: władza PO–PSL tak samo, no, prawie tak samo jak PiS, hołubiła kościół i ulegała mu. Więc nie ma sensu zwalczanie PiS, jeśli ma znowu być prawie tak samo jak było i prawie tak samo jak jest. A tu PRAWIE ma decydujące znaczenie.

Koalicja PO–PiS bynajmniej nie zwalczała kościoła, można powiedzieć, że życzliwie się doń odnosiła. Wśród pretensji do Tuska było i to, że nie forsuje parytetów, nie wprowadza małżeństw homo, związków partnerskich,  nie walczy o aborcję, nie zrywa konkordatu. Czyli, że nie robi tego wszystkiego czego nie obiecał, lecz co zdaniem lewicowych obyczajowo krytyków – „nie będę głosować na  oszustów” – powinien był robić, skoro wcześniej na niego głosowali. Czyżby myśleli, że gdy pozwolą „oszustom” przegrać to im załatwi ich postulaty Kaczyński?

A przecież za tej „zacofanej i klerykalnej” koalicji: PO–PSL:

polska odmiana katolicyzmu nie była religią państwową, prezydent Komorowski był/jest praktykującym katolikiem, lecz uroczystości państwowe nie były tożsame z ceremonią kościelną, a najważniejsze osoby w państwie nie klęczały in gremio w pierwszym rzędzie w kościele,

nie wchodziło w grę: zaostrzenie prawa antyaborcyjnego, wycofanie pigułki „dzień po” i utrudnianie nabycia środków antykoncepcyjnych,  zaprzestanie refundowania procedury in vitro, promowanie tzw. klauzuli sumienia w medycynie i farmacji, zastępowanie nauki o seksie w szkołach publicznych jawnymi bzdurami, wreszcie zakaz handlu w niedziele, nie będący niczym innym jak tylko przejawem pychy kościoła. (I utraty rozumu przez NSZZ Solidarność, w jej obecnej postaci)

To wszystko kościół stara się uzyskać i uzyskuje tylko dlatego, że rządzi PiS, który odpłaca się kościołowi za jego poparcie, dzięki któremu zdobył władzę. I odwrócić to wszystko będzie można – censeo sum –  tylko po odsunięciu PiS od władzy.

Przypominam: nieco ponad 40 procent potencjalnego elektoratu jest za utrzymaniem obecnego stanu prawnego, określanego jako kompromis aborcyjny. Mniej więcej tyle samo jest za jego liberalizacją, czyli za dopuszczeniem aborcji ze względów określanych jako społeczne. Jeśli jakaś część tych drugich zapowie, że w żadnym  wypadku nie będzie głosować na koalicję, jeśli ona nie obieca tej liberalizacji, to nastąpi kolejne rozproszenie opozycji. PiS zostanie przy władzy, nie będzie żadnej liberalizacji, a groźba drastycznego zaostrzenia prawa w tym względzie może zostać spełniona.

Większość wyborców, szczególnie zaś  w owym decydującym centrum, jest bowiem indyferentna w sprawach określanych jako światopoglądowe. Całościowy, zwarty i konsekwentny zestaw postulatów LL popiera tylko jakaś część szeroko rozumianej klasy politycznej. W tej palecie, m.in. na ważnym miejscu mieści się postulat wyprowadzenia nauki religii ze szkół. Można to uważać za słuszne, lecz nie do tego stopnia by… godzić się na dodatkowe odprowadzanie na lekcje religii dziecka, które się już odprowadza do szkoły. Może to małostkowe, ale realne. Czyli lepiej nie mieć w programie  usunięcia katechetów ze szkół, bo jak z tego powodu straci się 3–4 procent głosów to może ich zabraknąć do wygranej. I do tego, żeby przywrócić refundowanie in vitro. Za tym jest większość i to powinno się znaleźć w programie. Lepiej będzie, niechby z katechetami, ale z in vitro, czy z  katechetami i bez in vitro?

Refundacja in vitro, popierana przez większość, może i powinna się znaleźć w programie całej opozycji. I także swoboda handlu dla tych którzy chcą sprzedawać/kupować we wszystkie dni tygodnia, z dodatkiem za pracę w dni ustawowo wolne od pracy, co powinno zakończyć sprawę.

Te postulaty, w ogólnym: demokratycznym i proeuropejskim programie opozycji, mają szanse na poparcie zdecydowanej większości NIE–PiS–u, a w tym decydującego centrum elektoratu. A co ponadto „od złego jest”, może zaszkodzić.

Laica lewicka zażarcie atakuje Schetynę za wysunięcia kandydatury Kazimierza Ujazdowskiego na prezydenta Wrocławia. A lider PO wykazał, że po rezygnacji z kandydowania popularnego prezydenta Rafała Dudkiewicza, właśnie Ujazdowski ma największe szanse na wygranie wyborów i uchronienie jednej najważniejszych metropolii kraju przed bezpośrednimi rządami PiS. I jak dotąd nikt nie podważał wiarygodności badań, na które się Schetyna powołał, a wszyscy koncentrują się na osobie Ujazdowskiego.

Chodzi o to, że Ujazdowski, w urozmaiconej karierze politycznej dwukrotnie prominentny polityk PiS, jej wiceprezes, minister, nawrócił się tylko na demokrację. Nie zauważono by wycofał się ze swoich bardzo mocno konserwatywnych poglądów obyczajowych, wśród których był nawet postulat karania za in vitro. Nie musi. W pluralistycznej demokracji można mieć i takie poglądy. Demokratyczna opozycja nie musi mieć – patrz wyżej – wspólnego stanowiska w sferze obyczajowej. Musi je mieć w sprawie demokracji, niszczonej przez PiS, przed którym Ujazdowski może uchronić Wrocław.

Tak się przeważnie składa, że odchodzeniu władzy, skonfliktowanej z większością społeczeństwa, towarzyszy jej dekompozycja, otwieranie się jakiejś jej części na opozycję. Ten proces już się w Polsce zaczyna. Mocnym tego potwierdzeniem jest casus Kazimierza Ujazdowskiego. Ostra reakcja nań mówi ludziom władzy, żeby nie byli głupi, żeby bronili swego układu i swojej w nim pozycji. Bo jeśli spróbują przejść na jasna stronę mocy, to się okaże, że byli pożytecznymi idiotami demokracji. Poniży się ich, przeczołga, zada ciężką pokutę. Jak to w sekcie, a nie w polityce. Sorry, ale to jest przejaw historycznego sekciarstwa lewicy.

Można mieć dość Kaczyńskiego, nie lubić Rydzyka, a lubić Owsiaka i niedzielne wizyty w galeriach. Można być zwolennikiem in vitro, a przeciwnikiem aborcji ze względów społecznych. Można uważać że kościoła jest za dużo poza kościołem, a jednocześnie być przywiązanym do niego i promowanie zwartego kompleksu LL odbierać jako frontalny nań atak. Niechciany i niepotrzebny.

Robiąc w latach 2018–2020 realną politykę, czyli nie taką, którą tylko uznajemy za słuszną, lecz taką, która jest realizacją możliwych do uzyskania uważanych za słuszne rezultatów, trzeba się liczyć z postępem jaki może przynieść  kompromis. Wszystko albo nic oznacza NIC. A konkretnie: kontynuację rządów PiS na co najmniej kilka kolejnych lat i jeszcze jedną klęskę z poczuciem moralnego zwycięstwa, czego już dosyć było w polskiej historii. 

Ernest Skalski

Print Friendly, PDF & Email

7 komentarzy

  1. A. Goryński 2018-04-08
  2. Obirek 2018-04-20
    • Bejka_2015 2018-04-21
  3. A. Goryński 2018-04-20
  4. A. Goryński 2018-04-20
  5. narciarz2 2018-04-22
  6. narciarz2 2018-04-22
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com