Agnieszka Wróblewska: Nasi imigranci7 min czytania

()

 

2018-04-12.

Wracałam autobusem po pracy – opowiada mi pani Ola – zadzwoniła córka, rozmawiałyśmy po ukraińsku i wtedy jakiś pan odwrócił się do mnie ze złością: tu jest Polska i rozmawia się po polsku.

Pierwszy raz spotkała mnie taka przykrość

I podaje drugi przykład z komunikacji miejskiej – świadkiem była jej znajoma. Dwie starsze panie rozmawiały ze sobą po ukraińsku i zaczepił je młody człowiek: – nie będziesz k… jechać tym samym tramwajem co ja, wyp*j do swojego kraju. Byli z nim koledzy, śmieli się a inni pasażerowie milczeli…

Coś się zmieniło w powietrzu, które nas otacza – mówi pani Ola.

Przyjechała do Polski w 2005 roku, nie znała tu nikogo. Na Ukrainie spotkała człowieka, który za opłatą obiecywał dobrą pracę w Warszawie. Praca okazała się ciężką harówką u złych ludzi za nędzną płacę. Wytrzymała parę miesięcy i uciekła, nie czekając na wypłatę. Trafiła do Choszczówki (dzielnica Białołęka), znalazła zajęcie, wynajęła pokój.

We Lwowie pracowała jako księgowa w dużej firmie. Firma splajtowała, ale i tak za jedną pensję nie była w stanie utrzymać tam siebie i wykształcić dzieci. Z mężem byli już w separacji, na jego pomoc nie mogła liczyć. Na Ukrainie zarobki są niższe niż w Polsce, a ceny podobne. W dodatku jakość życia pogarszają wszechobecne łapówki. Nawet na studiach, formalnie bezpłatnych, „kupuje się” oceny na egzaminach.

Wyjazd do Polski miał być ratunkiem dla rodziny.

Pierwsze siedem lat życia w Polsce wspomina jak zły sen. Kiedy wiza wygasła i pobyt stał się już nielegalny, zaczęło się życie w strachu. Każdego dnia mogła być deportowana do Lwowa bez prawa powrotu i każdy spotkany policjant, każde pukanie do drzwi wywoływały palpitacje serca. We Lwowie zostały dzieci i mama, tęskniła za nimi, ale nie mogła ich odwiedzić. Wyjechać stąd bez prawa powrotu też nie mogła, bo bez zarobionych w Polsce pieniędzy nie było szans, żeby utrzymać tam rodzinę i wykształcić syna i córkę.

Zamiast żyć w strachu na widok policjanta i czekać biernie aż los się poprawi, wspólnie z rodakami w podobnej sytuacji zakłada komitet na rzecz imigrantów. Piszą petycje do władz, zbierają podpisy Polaków pod pytaniem – czy chcesz, żeby przyjeżdżali tu fachowcy z Ukrainy, których brak na polskim rynku pracy.

Zebraliśmy kilkanaście tysięcy podpisów w kraju – mówi.

Praca społeczna ją wciąga – bierze udział w akcjach organizowanych przez fundacje ukraińskie, które pomagają imigrantom w kłopotach życiowych czy administracyjnych. Organizuje chór „Śpiewające Ukrainki”, śpiewają w Polsce i na międzynarodowych festiwalach. Zbiera pieniądze dla poratowania szkoły na Ukrainie.

Zawsze po pracy gdzieś biegałam. Od 6 rano do 6 po południu praca zarobkowa, wieczorem działalność społeczna – mówi.

W roku 2012 prezydent Bronisław Komorowski ogłosił abolicję dla pracujących w Polsce obcokrajowców, którym wygasły terminowe wizy.

To był przełom. Po siedmiu latach niepewności kończy się wreszcie zmora strachu przed wydaleniem z Polski i utratą zarobku. Od tej pory imigranci zarobkowi mogli wyjeżdżać do rodziny i wracać do Warszawy. W życiu pani Oli los się uśmiechnął – mogły tu przyjechać jej dzieci, zacząć i skończyć studia, podjąć pracę w swoich zawodach. Wszyscy troje mają teraz polskie obywatelstwo – pomogły dokumenty, świadczące o polskich przodkach w ich rodzinie.

Nie wiemy ilu obcokrajowców faktycznie żyje i pracuje w Warszawie, nie prowadzi się takiej szczegółowej statystyki. Z dostępnych oficjalnych danych wiadomo, że w stolicy mieszka dwadzieścia parę tysięcy zameldowanych obcokrajowców, ale te liczby są mylące, bo dalece niepełne. Obejmują jedynie osoby zameldowane w stolicy z prawem pobytu w Polsce, a takich obcokrajowców jest u nas, rzecz jasna, zdecydowana mniejszość.

Największa grupa pracowników zagranicznych w mojej okolicy, w Choszczówce, to kobiety zatrudniane tu w charakterze pomocy domowych. Widać jak licznie każdego ranka wysiadają z autobusów i rozchodzą się po uliczkach osiedla.

Zatrudnienie w charakterze pomocy domowej nie wymaga wielu formalności – strony umawiają się co do zakresu obowiązków, a rekomendacją jest zwykle opinia uzyskana od znajomych. Adresy i nazwiska, zarówno pań chętnych do pracy domowej jak i rodzin poszukujących pomocy, przekazywane są „pocztą pantoflową”. I taką samą drogą krążą opinie o wadach i zaletach każdej ze stron.

Decyzje o zatrudnieniu pomocy domowej pracodawcy podejmują zwykle na podstawie opinii, jaką zdobywają prywatnie i podejmują ja na własną odpowiedzialność. Żadnego „kadrowca” przy transakcji nie ma . System działa w tej profesji od dawna i chyba działa nie najgorzej, bo rzadko się słyszy, żeby pomoc domowa zatrudniona metodą znajomi-znajomym wykorzystała zaufanie i dopuściła się jakiegoś „czynu karalnego” – używając języka kryminału.

Kandydatki do tej pracy też zbierają informacje o pracodawcach, zwykle od koleżanek pracujących w okolicy. Wolą unikać miejsc, które mają złą opinię – właściciele złośliwi, wymagania duże, a płace niskie. U takich pracodawców żadna pomoc długo się nie utrzyma, ale chyba w większości domów te nieformalnie zawierane „związki” są udane, a bywa, że owocują przyjaźnią.

Ilość zatrudnianych w naszej okolicy imigrantów, głównie ze Wschodu, rośnie tym szybciej, im bardziej brakuje rąk do pracy w niektórych zawodach. Coraz więcej zatrudnianych jest tu mężczyzn w budownictwie, w rzemiośle, w supermarketach. W jednym z nich próbowałam nawiązać kontakt z pracownikami, którzy układali towar na półkach i rozmawiali ze sobą po ukraińsku. Nie byli bardzo rozmowni, ale porozumiewają się po polsku bez większego trudu. Z badań jakie prowadził Instytut Spraw Publicznych wynika, że pracownikom z Ukrainy wystarcza miesiąc na opanowanie języka polskiego w takim stopniu, żeby się swobodnie porozumieć, a po półrocznej pracy mogą już bez problemu pracować z klientami.

Razem z napływem imigrantów rośnie cena mieszkań na wynajem. W okolicy domów jednorodzinnych wielu ofert wynajmu nie ma, ale kiedy jest okazja zarobku – rynek nie śpi. Ostatnio wyrastają tu budynki-hostele, specjalnie przystosowane do nowej sytuacji – napływu cudzoziemców do pracy, którzy szukają zakwaterowania.

Przyjezdni pracownicy zwykle nie znają obowiązującego w Polsce prawa, i niestety pracodawcy to wykorzystują. Zatrudniają ludzi nielegalnie, często nie płacą im umówionej stawki (albo płacą z opóźnieniem), nie zapewniają kart pobytu, ani obiecanego zakwaterowania. Pracownik znosi wyzysk pokornie; w strachu, że kiedy się odezwie, może być deportowany.

Niedawno w trakcie budowy Galerii Północnej na Tarchominie zjawiła się tam niezapowiedziana inspekcja pracy i stwierdziła, że kilkudziesięciu obcokrajowców, głównie Ukraińców, zatrudnionych jest nielegalnie. Niektórzy z nich nie umieli nawet powiedzieć kto ich tam zatrudnił, wiedzieli tylko, że umawiali się z panem Zdzichem z białego busa, który ich tu przywiózł.

Imigranci zarobkowi, którzy trafiają na nasz rynek pracy godzą się na wszystko, bo w ich krajach – na Ukrainie, Białorusi czy w Czeczenii sytuacja jest znacznie gorsza. Z przykrością trzeba powiedzieć, że polski biznes wykorzystuje często okazję i łamiąc prawo pracy i prawa moralne staje się beneficjentem tamtego kryzysu.

W całkiem innej sytuacji są u nas zarobkowi imigranci z Azji, którzy często otwierają w Polsce własne biznesy – handel odzieżą, czy usługi gastronomiczne. Próbowałam o to spytać i nawiązać rozmowę w barach z azjatycką kuchnią, które są w mojej okolicy, ale na żadną rozmowę, poza zdawkowymi uprzejmościami, nie dawali się namówić. Może z wrodzonej skromności, a być może doświadczyli już wcześniej jakiejś przykrości ze strony naszych rodaków i wolą być ostrożni w swoich zwierzeniach do nieznajomego.

Agnieszka Wróblewska

 

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. A. Goryński 13.04.2018