2018-04-17.
W czasach wcale nie tak znowu bardzo minionych na gruncie historiografii toczył się zawzięty spór o rolę jednostki w historii. Obowiązująca wówczas polityka historyczna kazała wierzyć, że jednostka jest niczym, wszystkim zaś masy!
Poprzednia, kapitalistyczna, zaprawiona imperializmem wiadomego pochodzenia zakładała odwrotnie.
Teza koncyliacyjna zakładająca możliwość występowania obu przypadków w określonych warunkach społeczno politycznych tradycyjnie znajdowała najmniej zwolenników. A szkoda.
Ten wstęp jest potrzebny, by opowiedzieć o mojej nowej radości jakiej doznałem wchodząc w jeden z najmniej znanych tematów w historii Polski, a mianowicie zachowań ludzkich tuż po zakończeniu I wojny światowej.
W książce o nieznanych historiach pomorskich dałem rozdział o działaniach „bandy” braci Gnacińskich w Borach Tucholskich w 1919 roku. Książka trafiła do zamieszkującej Bory ludności, a ponieważ mamy akurat 100 lecie odzyskania niepodległości, zachęcono mnie do napisania kolejnej publikacji specjalnie dla nich z rozwinięciem poruszonego wtedy tematu.
Znaleźli się nawet krewni owych Gnacińskich i kilku innych osób znanych z tamtych wydarzeń. Jak życie potrafi zaskakiwać pokazuje przykład mieszkającego po sąsiedzku kolegi, autora pięknych albumów o Gdyni, który okazał się być wnukiem Ottona Kitowskiego wymienionego przeze mnie wśród partyzantów tamtych dni.
Dla historycznego szperacza trudno o większą radość.
Przekopując archiwa i dostępne informacje, chcąc nie chcąc człowiek zaczyna się interesować bliżej samymi ludźmi występującymi w opracowywanym temacie. Dlaczego niektórzy ludzie w określonych sytuacjach zachowywali się tak, a nie inaczej? Czy tacy byli zawsze, na co dzień, czy tylko konkretna sytuacja wydobywała z nich cechy, których ich otoczenie nie znało wcześniej?
Oczywiście tego rodzaju dywagacje są niedostępne warsztatowi historyka, prędzej psychologa, ale samo odkrywanie pewnych prawidłowości zawsze sprawia radość.
Wielbicielom Sienkiewicza przypomnę postać Kmicica i jego niezwykłą przemianę, którą tak udatnie przedstawił mistrz pióra.
Kmicica poznajemy w „Potopie” jako awanturnika tryskającego „kawalerską fantazją”, nie liczącego się z nikim i z niczym, a już najmniej z obowiązującym prawem. Jako kogoś, kto uważa, że żadne normy go nie dotyczą, że jest ponad nie, bo… no właśnie – bo co?
Taki Kmicic występuje przecież w określonym kontekście. Panujący w Rzeczpospolitej chaos, bałagan na szczeblu dowodzenia wojskiem, permanentne braki w zaopatrzeniu i finansowaniu armii rodziły takich Kmiciców na pęczki. Sławni „lisowczycy” to w końcu nikt inny, jak „kmicice” z kart prawdziwej historii.
W innych warunkach Kmicic zmienia się w kogoś zupełnie innego, człowieka odpowiedzialnego wykorzystującego swe wrodzone talenty dla ogólnego dobra itd.
Literacka fikcja czy zasada? Mówię oczywiście nie o fabule, a o psychice bohatera.
Rok 1919 był dla Pomorza rokiem szczególnym. W listopadzie 1918 roku proklamowano niepodległą Polskę, za miedzą trwało powstanie wielkopolskie, a na Pomorzu z powodu gier politycznych naszych „wodzów” – wyczekiwanie. Przywieziony z Warszawy zakaz rozszerzania powstania w Wielkopolsce na ziemie pomorskie zaskoczył wielu miejscowych ludzi, bo od kilku lat budowano tu struktury konspiracyjne.
Pamiętać także należy, że to właśnie przed samą wojną miało miejsce szczególne nasilenie działań Ostmarkenverein, tak antypolskich jak tylko się dało. Szczucie jednych mieszkańców na drugich ze względu na narodowość zdecydowanie przekraczało granice zdrowego rozsądku, co nie pozostało bez wpływu na wzajemne stosunki zamieszkującej Pomorze ludności różnego pochodzenia.
Mistrz napisałby „nienawiść wrosła w serca i …”
Dodatkowy element – rewolucja berlińska, która spowodowała chaos w kraju nie dający się opanować. Jadąc z miasteczka do miasteczka nigdy nie wiedziało się kto tam rządzi. Cesarscy, czy Rada Żołnierska, a jeśli Rada to jaka? Niemiecka czy polska?
Sprzeczne zarządzenia, urzędy nieprzestrzegające prawa, żołdactwo panoszące się wszędzie plus Grenzschutz, Heimatschutz i parę innych formacji złożonych z ochotników stawiających sobie za cel „obronę niemieckiej Ojczyzny”, a ograniczających swe działania najczęściej do pospolitego bandytyzmu.
W tej sytuacji wystąpienie zjawiska zbrojnej samoobrony nie powinno nikogo dziwić.
A najwyraźniej dziwi, skoro do dna dzisiejszego wielu uznanych historyków ma problem z zakwalifikowaniem ludzi z tamtych czasów opierając się na opiniach nie świadków naocznych, a uznanych autorytetów II Rzeczpospolitej.
Do dziś trwa spór o to kim byli bracia Gnacińscy? Partyzantami czy bandytami?
Ciekawostka – odrodzona Rzeczpospolita przejęła z dobrodziejstwem inwentarza wszystkie sprawy kryminalne z okresu poprzedzającego jej powstanie z wyłączeniem tych, które uznane zostały za czyny „popełnione z pobudek patriotycznych”. Po obu stronach – to ważne.
Działalność Augusta Gnacińskiego najwyraźniej nie uznano początkowo za takową, bo dopiero w 1923 roku sąd w Chojnicach uwolnił go od ciążących na nim zarzutów. Decydujące okazały się zeznania polskich oficerów, którzy zeznali, że rabowane Niemcom (wyłącznie Niemcom to akurat potwierdzony fakt) pieniądze oraz broń przekazywana była powstańcom wielkopolskim.
To co uderza w działalności oddziału Gnacińskiego, to niezwykła, barwna, pełna kmicicowej fantazji postać przywódcy, najstarszego z braci – Augusta.
Jego ucieczki, unikanie zasadzek, sposób „załatwiania” spraw aż proszą się o zdolnego reżysera filmu przygodowego.
Dla przykładu: w gospodarstwie rodziców Gnacińskiego Niemcy ustanowili stały posterunek, który miał aresztować go w czasie odwiedzin w rodzinnym domu. Nic się nie działo, żołnierze nudzili się, chodzili więc także na grzyby. W czasie jednego z takich grzybobrań wpadli niespodziewanie na dwóch pruskich oficerów, którzy zrugali ich jak bure psy za opuszczenie posterunku i z listem opisującym ich wykroczenie kazali się zgłosić do komendanta w Czersku.
Kiedy ów komendant otworzył list przeczytał: „Pańscy ludzie są do niczego, proszę przysłać innych. Gnaciński”.
Wydany przez miejscowego nauczyciela i pewną pannę zemścił się, wieszając ją za nogi tak, by świeciła światu bielizną, co spowodowało, że długo jeszcze potem nie śmiała pokazywać się sąsiadom na oczy.
Aresztowany i przewieziony przez Prusaków do Elbląga nie wysiedział tam długo. Po wizycie jego żony, komendant więzienia zastał w celi … związanego strażnika. Po Gnacińskim ślad zaginął.
Niemcy długo nabierali się na jego oświadczenia, np., że kończy z działalnością i wyjeżdża do Wielkopolski, o czym dowodnie świadczyły jego listy do niemieckich komendantów opatrzone poznańskimi stemplami. August nigdzie nie wyjeżdżał, lecz szykował na miejscu kolejny „numer”.
Doszło do tego, że aby schwytać jego 100-osobowy oddział, Niemcy ściągnęli pod Czersk 5 tys. żołnierzy z artylerią włącznie!
Wśród nich znajdował się niejaki porucznik Gerhard Rossbach.
Trudno o bardziej znienawidzoną przez Pomorzan postać w tamtym czasie.
Autor niezliczonych „wypraw” na Polaków, samowolnych rekwizycji, a nawet nieuzgodnionego z dowództwem „stanu oblężenia” Chełmży.
Człowiek, który w pewnym momencie przestał zwracać uwagę na cokolwiek, nawet na rozkazy własnych przełożonych i kierował się wyłącznie własnym rozumem, chęciami dostosowując do nich metody działania.
Szedł ze swoim oddziałem tam, gdzie uważał za stosowne i robił to, co chciał.
Gdy zbierałem nowe materiały o nim, w pewnym momencie uderzyło mnie, że pomimo wszelkich różnic, te dwie postacie – Gnaciński i Rossbach są do siebie niezwykle podobne!
Stojący po dwóch stronach krwawej barykady byli dla siebie niemal jak lustrzane odbicie.
Podobny stosunek do obowiązującego prawa, kierowanie się wyłącznie własnymi chęciami i celami, nie zawsze akceptowanymi przez „wyższe czynniki”, metody brutalne choć nie pozbawione domieszki owej „kawalerskiej fantazji”.
Skąd te podobieństwa? Aby to rozstrzygnąć poszperałem więcej w biografii niemieckiego „Kmicica”.
Znalazłem rzeczy niezwykłe. Urodzony w 1893 roku Rossbach nie był z pewnością „grzecznym dzieckiem”. W 1909 został wydalony ze szkoły kadetów za… bunt. Pozwolę sobie przypomnieć, że z takiegoż powodu wyrzucono ongiś ze szkół jezuickich w Gdańsku Józefa Wybickiego, autora naszego hymnu. Niegrzeczni chłopcy wyrastali czasem „na ludzi”.
Ostatecznie jednak Rossbach został zawodowym wojskowym i odbywał służbę w garnizonie w Grudziądzu. I wojna rzuca nim po różnych frontach, także wschodnim (August Gnaciński podobnie, nawet był jakiś czas rosyjskim jeńcem), po klęsce Niemiec wrócił do Grudziądza. Utworzył w nim własny oddział Grenzschutzu (pomimo nazwy nie widział potrzeby podporządkowywania się naczelnemu dowództwu tej formacji) i zaczął swoje „rządy”. Pilnował granicy z kongresówką, nakładał kontrybucje na wsie i miasteczka, narzekających traktował tak jakby był czytelnikiem „Potopu” Sienkiewicza – batogami w stosowne okolice ciała pozbawione bielizny.
Kiedy wiadomo było, że Pomorze jest dla Niemców stracone, przeniósł się do Taurogów (znów te sienkiewiczowskie skojarzenia), a po przymusowym rozwiązaniu jego oddziału do Niemiec, gdzie … nadal walczył.
Był uczestnikiem rozruchów w Essen, przyłączył się do Hitlera co wcale nie oznacza, że podporządkował mu się bezkrytycznie. Dr Pniewski z przedwojennego Instytutu Bałtyckiego w Toruniu twierdził, że to Rossbach był, wbrew woli Hitlera pomysłodawcą brunatnego koloru koszul.
Brał udział w monachijskim zamachu stanu, przesiedział 9 miesięcy w więzieniu, był uciekinierem, emigrantem, a kiedy w końcu wrócił do Niemiec stworzył … zespół teatralny, z którym objeżdżał kraj prezentując spektakle skłaniające ludzi do wspierania hitlerowskich idei.
Nie na długo. Fascynacja Hitlerem szybko mu minęła – czego nie ukrywał, ale ze względu na jego popularność u Parteigenossen „wodzowie” przymykali oczy na jego wybryki. W końcu odmawiał nawet oddawania honorów fladze ze swastyką.
„Szmata półbolszewicka nie może żądać respektu jaki oddawano kolorom biało czerwono czarnym” – zwykł mawiać.
Goering chciał go pociągnąć za to do odpowiedzialności, ale został przez Rossbacha zwymyślany przy użyciu „słów”. Wyzwał go na pojedynek, ale otrzymał od niego odpowiedź bardzo odmowną.
„Brakuje jeszcze tego żebym się bił z takim gównem!” – to cytat.
Ostatecznie rozprawiono się z nim skrytobójczo w 1935 roku.
W tym czasie August Gnaciński, rozgoryczony potraktowaniem go przez wolną Polskę zamknął się w kręgu swoich spraw rodzinnych i prowadził pośrednictwo handlu nieruchomościami w Gdyni dbając, by jak najszybciej o nim zapomniano.
Nie zapomnieli jednak Niemcy. We wrześniu 1939 roku był jednym z pierwszych aresztowanych na podstawie list proskrypcyjnych. Data i miejsce jego śmierci nie są znane.
Ci dwaj ludzie byli bardzo od siebie różni, działając w odmiennych warunkach jakie panowały po I wojnie w Polsce i w Niemczech.
Działając w warunkach podobnych w 1919 roku na Pomorzu przypominali siebie nawzajem w niezwykłym wprost stopniu.
Oczywiście, przypadek dwóch ludzi, to za mało na ogólniejsze wnioski, a jednak coś skłania do myśli, że to okoliczności są czynnikiem decydującym o naszym obrazie – ponieważ to one wymagają od nas wydobycia z siebie cech koniecznych do przetrwania w danym miejscu i czasie.
Jerzy Łukaszewski

Dziwne, Wiki podaje inną datę śmierci Rossbach’a.
Rzeczywiście ciekawe. Sprawdzam. W zebranych materiałach mam artykuł z 1935 roku z sierpnia, opisujący okoliczności jego śmierci. No i proszę – kolejna zagadka. Dzięki za zwrócenie uwagi.
I kolejny kwiatek. Fragment jego biografii opublikowanej w 1936 roku. Robi się coraz ciekawiej 🙂
Nie pozostaje chyba nic innego, jak uznać, że pogłoski o śmierci były przejawem tej samej „kawalerskiej fantazji”. Rossbach był na liście celów do zlikwidownia. Ale udało mu sie uniknąć śmierci wtedy.
https://de.wikipedia.org/wiki/Liste_der_im_Zuge_des_sogenannten_R%C3%B6hm-Putsches_get%C3%B6teten_Personen
(podpunkt 8 – weitere , von Verfoolgungen betroffene Personen)
Zgadza się. Kolega sprawdził to w nocy w Bundesarchiv i rzeczywiście Rossbach zrobił ten sam „numer” co Gnaciński ze swoim „wyjazdem z Pomorza” na co nabrał komendanta żandarmerii w Czersku. Wychodzi na to, że sfingował swoją śmierć będąc poszukiwany.
Czyli – kolejne podobieństwo w postępowaniu tych postaci.
Jestem na początku poszukiwań i myślę (mam nadzieję), że to nie ostatnia niespodzianka 🙂