2018-05-12.
Jednym z podstawowych pojęć, w imię których PiS dokonuje rewolucji, jest słowo godność. Jakiś czas temu pojawiło się w naukach społecznych i dotyczyło społeczeństw słabo rozwiniętych. Rządząca partia zbudowała wokół godności własną narrację i atmosferę, wykorzystując ją do bieżącej polityki. Tak więc godność odmienia przez wszystkie przypadki, kojarzy ze wstawaniem z kolan, z końcem pedagogiki wstydu, cechowaniem wszystkiego przymiotnikiem narodowy. Wspiera to Kościół, wchodząc w coraz większe obszary życia: politycznego, społecznego, gospodarczego itd.
Polakom rzekomo brakowało godności, choć nie powinno – wszak każdy Polak jest dzieckiem bożym! Więc kupiono ją za pięćset złotych, które dano na drugie dziecko, bez zastanowienia: biednym i bogatym, zamożnym i niezamożnym. Skutkiem tego, jak pisała narodowa prasa i głosiła takaż sama telewizja, zaroiły się plaże nad Bałtykiem, ludzie wyszli na szlaki turystyczne i ścieżki górskie, zaludniły się hotele i campingi… Polacy wreszcie zaczęli żyć godnie, jak inne narody europejskie.
Godność to polski odpowiednik łacińskiego słowa dignitas, z którego po niewielkiej zmianie fonetycznej pochodzi nasz dygnitarz, czyli człowiek dostojny, piastujący jakąś godność, czyli stanowisko; który zachowuje się przyzwoicie i zasługuje na powszechny szacunek. Dygnitarza najczęściej kojarzymy z polityką i władzą; ale ze świecą szukać u nas polityka, który zachowuje się godnie. Trudno takie zachowanie znaleźć: u prezesa rządzącej partii, który lży i poniewiera ludzi; u prezydenta korespondującego z ‘leśnym ruchadełkiem’; premiera, który co rusz mija się z prawdą; u marszałków sejmu i senatu, którzy z nieskrywaną pogardą odnoszą się do politycznych przeciwników; u posłanki, która bez żenady zaspokaja głód w sali sejmowej, posła pokazującego oponentom środkowy palec, czy innego, który niepełnosprawność traktuje jako tarczę dla patologii. Wreszcie u całej armii urzędników państwowych (wojewodowie), którzy skrzętnie wykonują polityczne zlecenia płynące z wysokiego szczebla. Na końcu tego ‘łańcucha godności’ (można pomylić z ‘łańcuchem pokarmowym’!) znajduje się zwykły obywatel, który biorąc przykład i styl z góry – po raz pierwszy w dziejach Polski – ma szansę żyć godnie, czyli tak, jak to na każdym kroku demonstrują wybrani przez niego ludzie władzy.
Godność przeciętnego obywatela została kupiona za niewielkie pieniądze, ale jego przedstawiciele ‘kupili się’ kwotami wyższymi o kilkaset procent – skoro daje się innym, jak tu nie wziąć samemu… Proceder trwa podobno już drugi rok; w poprzednim ‘średnia godnościowa’ dla ministrów wynosiła 25 tys. złotych, w tym – 70 tysięcy. Kiedy suweren się zorientował i zaczął wyrażać swoje niezadowolenie, najważniejszy człowiek w państwie postanowił należne/nienależne* pieniądze (*niepotrzebne skreślić) odebrać dygnitarzom, czyli ‘ludziom godności’. Proceder odbierania jest ryzykowny, bo wedle porzekadła „kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera”… Ale na piekło też jest rada, wszak ludzie polskiego Kościoła także biorą, więc zapewne znajdą jakieś wyjście, albo dyspensę… jak na grillowanie mięsa w pierwszy piątek maja. W związku z tym ubawiła mnie wypowiedź jednego z biskupów, wedle którego Chrystus też grillował, mimo że w jego czasach grilla jeszcze nie znano.
Słowo godność nie ma prostego przeciwieństwa – niegodność; to ostatnie jest rzadko stosowane, raczej używa się pojęcia niegodziwość, od którego pochodzą: przymiotnik niegodziwy, czy wyrażenie nie godzi się. Nasz wielki dramatopisarz Aleksander Fredro, w młodości adiutant cesarza Napoleona, mimo swej żołnierskiej przeszłości do końca życia pozostał człowiekiem delikatnym; nie mówił nawet nie godzi się, lecz nie uchodzi, co dzisiaj znaczy nie wypada. Popatrzmy więc od tej strony na zachowania naszych dygnitarzy. A więc nie uchodzi, by biskup Kościoła rzymsko-katolickiego źle się wypowiadał o protestujących w sejmie niepełnosprawnych i ich opiekunach; nie godzi się by wysocy oficerowie Wojska Polskiego oddawali honory przed subiektem aptekarskim; nie uchodzi, by minister spraw wewnętrznych przesądzał o winie młodego człowieka, który zbiegiem okoliczności uczestniczył w wypadku rządowej limuzyny; nie wypada, aby wojskowy żandarm wstrzymywał ruch, kiedy w miejscu niedozwolonym dla pieszych przekracza jezdnię minister obrony… i tak dalej i dalej; przykłady można dalej mnożyć. W tym względzie felieton jest otwarty dla Czytelnika.
Na tle tego godnościowego kontekstu, którym szafują ‘zawodowi intelektualiści’ (samookreślenie p. Zybertowicza), nie rozumiem jednej rzeczy: jak ludzie władzy, czyli ‘nosiciele godności’ mogą co chwilę, na oczach całej Polski i świata brać udział w ceremoniach religijnych, przystępować do komunii św. i przed jej przyjęciem powtarzać słowa setnika skierowane do Chrystusa: „Panie nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie…”. W dalszym ciągu tej modlitwy jest prośba o uzdrowienie duszy… Jednak wygląda na to, że dla naszych dygnitarzy jest to polityczny rytuał – jak każdy inny. Przecież prezydent Bierut też uczestniczył we mszach i ceremoniach religijnych, a potem robił swoje…
Z wczesnej młodości pamiętam jedno niegodziwe sformułowanie Władysława Gomułki pod adresem Janusza Szpotańskiego, którego I sekretarz nazwał [1 ]„człowiekiem o moralności alfonsa” (za jego prześmiewczą operę „Cisi i gęgacze”). Trudno będzie spamiętać niegodziwości, w słowie i czynie aktualnej dyktatury, której jeszcze nie wymyślono dopełnienia.
A co się tyczy nowej kasty ‘intelektualistów zawodowych’, którzy coraz głośniej promują naszą godność w Kraju i świecie, ze skutkiem raczej odwrotnym; ich kontradykcyjną nazwę wykładam sobie jako – ‘przynoszący zawód’.
J S
[1] Utwór ten zawiera jednocześnie pornograficzne obrzydliwości, na jakie może zdobyć się tylko człowiek tkwiący w zgniliźnie rynsztoku, człowiek o moralności alfonsa.

Właściwe dać rzeczy słowo to sztuka rzadka, ale się zdarza, jak w tym felietonie celnie zatytułowanym „GODNOŚĆ NIEGODZIWA”. Specjaliści od nowomowy (termin Orwella newspeak tak właśnie oddany po polsku) jak Victor Klemperer w faszystowskich Niemczech i Michał Głowiński we wspomnianym PRL-u Gomółki skrzętnie odnotowywali gwałt dokonywany na języku przez faszystów i sługusów Gomułki. JS idzie krok dalej. Wskazuje, że to nie tylko gwałt nadawany na słowie jest oburzający/ogłupiający (bo zależy kogo), ale i zachowania urągające podstawowemu poczuciu przyzwoitości. Do listy już wymienionej, zgodnie z zachętą felietonisty dodałbym długą listę zachowań i słów tzw. „dziennikarzy niepokornych”, którzy z uległości wobec władzy i zadziwiającej wprost „niepokory” wobec faktów zbudowali swój niepokorny „warsztat dziennikarski”.
Dużo przykładów, jakże celnych.
Wydaje się, że wyraz „godność” wraz z całą rodziną, zacznie powoli znikać z naszego języka i co za tym idzie i z życia.Nie daj Bóg, by zasilił grupę archaizmów.
Cena pięciuset złotych to dobra cena, prawie tak samo dobra, jak trzydzieści srebrników.
Tak na marginesie- „Cisi i gęgacze” mogą zniesmaczyć, ale nie, nie Wiesio nie jest dla mnie wzorem.