Dariusz Wiśniewski: Wojna celna4 min czytania

()

 

– komu się bardziej pogorszy?

2018-07-09.

Wojna celna, którą rozpętał Donald Trump, przechodzi z fazy gróźb do konkretów.

Pierwsze cła na towary chińskie o łącznej wartości 34 mld dol. już obowiązują. Beijing odpowiedział cłami o tej samej wartości na amerykańską soję, drób, wieprzowinę, whiskey oraz samochody elektryczne. Po wprowadzeniu karnych taryf na stal (25 proc.) i aluminium (10 proc.), kraje najbardziej dotknięte tymi restrykcjami, jak Kanada, Meksyk oraz EU, wprowadziły cła odwetowe na amerykańską whiskey, bourbon, motocykle Harley-Davidson, jabłka, sery oraz sok pomarańczowy.

Wszyscy zatem już siedzą przy stole. Komu się bardziej pogorszy? Kto ma wystarczającą ilość żetonów? Kto pierwszy „mrugnie”?

Strategia Trumpa jest czytelna. Ignorując umowy, przyjaźnie i przyjęte zasady, prezydent wywołuje nagły stan kryzysowy, czy to w przypadku imigrantów na granicy z Meksykiem, czy w sprawie zakazu przyjazdu do USA z krajów muzułmańskich, a potem, gdy wszyscy są już wystarczająco zdezorientowani i zmęczeni, proponuje negocjacje.

Wojna handlowa ma podobne założenia. To szantaż. Trump liczy na to, że podczas wymiany ciosów (ceł), słabsze gospodarki „pękną” jako pierwsze i zgodzą się na zakup większej ilości amerykańskich towarów, czyli inaczej – przystaną na lepszą pozycję USA w międzynarodowej wymianie handlowej.

Poprzednia próba siłowego wyrównania deficytu handlowego USA została podjęta za czasów Ronalda Reagana (przeciwko Japonii). Zakończyła się spowolnieniem wzrostu gospodarczego w obu krajach, pozostawiając wzajemną nieufność na długie lata. Trump, jeżeli w ogóle słyszał o tym wydarzeniu, nie dostrzegł w nim niczego pouczającego. – Trade wars are good, and easy to win – zapowiedział buńczucznie. Ale to było trzy miesiące temu. Wtedy prezydent był jeszcze przekonany, że wszyscy ugną się przed amerykańską potęgą. Tak się nie stało. Świat solidarnie powiedział: sprawdzam.

Gospodarka USA jest obecnie w dobrym stanie. Wszystkie wskaźniki są na plusie. Unia nie posiada takiego zaplecza. Chiny też nie. Trump może więc wymusić jakieś koncesje, zwłaszcza jeżeli spełni swoją groźbę wprowadzenia 20 proc. dodatkowych ceł na importowane samochody z EU. Ale jeżeli do tego dojdzie, skutek odczuje też zwykły Amerykanin. W odpowiedzi, dodatkowymi cłami może zostać objęta lukratywna produkcja amerykańskich orzechów i migdałów, kalifornijskie wina, gaz ziemny, ropa naftowa i samochody. Tysiące ludzi straci pracę, gdyż dla dodatkowej produkcji, której nie można sprzedać, ani zmniejszyć z dnia na dzień, nie znajdzie się od razu alternatywny rynek zbytu. Najpierw więc towary te pojawią się na rynku krajowym ze znacznie obniżonymi cenami (dając chwilowe zadowolenie klientowi). Masowe zwolnienia nastąpią zaraz potem.

Sztuka zawierania korzystnych umów (art of making deals) – czym zawsze chwalił się Donald Trump, że ją posiada – może w przypadku wojny celnej obniżyć wzrost gospodarczy USA nawet o 1 proc. Czyli o połowę, gdyż od 2009 r. rozwój ten wynosi średnio 2 proc. Tak brzmi ostrzeżenie ekonomistów. Administracja Trumpa znalazłaby się wtedy pod ogromną presją społeczeństwa amerykańskiego.

A mówiąc dokładnie – pod presją wyborcy.

Przykładowo, spośród dziesięciu Stanów, które według ekonomistów najbardziej odczują skutki wojny celnej, aż siedem głosowało w 2016 r. na Trumpa. Mieszkańcy Kentucky i Tennessee, ­Stanów tradycyjnie „czerwonych” (republikańskich), gdzie produkowany jest bourbon i whiskey, mogą teraz zmienić wyborcze preferencje. Akcje Brown Forman, właściciela Jacka Danielsa, już spadły 8 proc. na wartości. Cła na amerykańską whiskey mogą okazać się dla producenta katastrofalne (Kanada 10 proc., Meksyk 20 proc., EU 25 proc., Turcja 40 proc.). Podobnie może wydarzyć się na Florydzie, stolicy pomarańczy i soku. Oraz w Wisconsin, siedzibie Harleya-Davidsona i serów. Na wiadomość, że Harley rozważa przeniesienie części produkcji motocykli poza USA, aby uniknąć cła, Trump wpadł w furię i zagroził, że „wykończy” firmę. Takie słowa nie spodobają się wyborcom.

W konsekwencji, prawdopodobnie, nastąpią zmiany polityczne. Których, być może, już i tak nie da się uniknąć, nawet wtedy, kiedy wszyscy podadzą sobie na zgodę ręce. Atmosfera niepewności i braku stabilizacji pozostanie na długo, powstrzymując inwestorów i producentów przed zwiększaniem produkcji i zatrudnieniem nowych pracowników.

Jeżeli dojdzie do kolejnej odsłony wojny celnej – jak grozi Trump, bardziej niszczącej i potężnej w skali – w USA podrożeje tysiące towarów. Najlepiej sprzedające się samochody w Ameryce, jak Toyota Corolla, Honda CR-V oraz Ford F 150, będą kosztowały około 1000 dolarów więcej. General Motors ostrzega, że podwyżkami zostaną objęte wszystkie samochody, nie tylko importowane. Pracę może stracić pół miliona ludzi. Amerykański obywatel z pewnością dostrzeże te następstwa. A niezadowolenie społeczne będzie mieć wpływ na jesienne wybory do Kongresu. W najgorszych przewidywaniach, rozpatrywanych jeszcze przed wojną celną, Republikanie mogliby stracić kontrolę nawet nad obiema Izbami.

Byłoby to polityczne trzęsienie ziemi. I, być może, zapowiedź powrotu USA do polityki przestrzegania umów i dialogu. I już bez Trumpa.

Dariusz Wiśniewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. MarekJ 10.07.2018