2018-07-28
Nie wiem, czy jakieś medium papierowe lub cyfrowe odnotowało książkę Bronisława Łagowskiego Państwo znikąd (Warszawa 2017). Powinny ją były zauważyć periodyki ‘dobrej zmiany’, na które Łagowski działa jak płachta na byka, bo mówi, co wie i myśli. (Na marginesie; książkę wydała Fundacja Oratio Recta – co po polsku znaczy: mowa wprost, bez ogródek.) Tworzą ją felietony zamieszczane przez Autora w „Tygodniku Przegląd”, w latach 2001-2017, których uzbierało się 80 i
dotyczą przemian ustrojowych w naszym kraju, które Łagowski niestrudzenie komentuje również w innych swoich książkach. Dość wymienić dwie: Fałszywa historia, błędna polityka, czy Polska chora na Rosję.
Państwo znikąd – to rzetelne, historyczno-polityczne i filozoficzne uzasadnienie tezy z tytułu książki, którą Autor tak formułuje w Przedmowie: „III Rzeczpospolita nie uznaje państwa, z którego realnie się wywodzi, a wywodząc się z wyobraźni, a więc fikcyjnie z II Rzeczpospolitej, która wskutek wojny została całkowicie zniszczona, jest państwem znikąd” (s. 11, podkreślenie – JS)
Zamiast bawić się w omawianie tej ważnej i potrzebnej książki, której forma to szczyt pisarstwa politycznego, zacytuję kilka wybranych fragmentów. I choć dotyczą naszego tu i teraz, mają wydźwięk ponadczasowy; wszak w literaturze pięknej (światowej!) mówiono o nas także jako o kraju ponadprzestrzennym – „w Polsce, czyli nigdzie”. Ale oddaję głos Łagowskiemu…
- „Niewyżytych rewolucjonistów i wiecznych malkontentów do władzy nad innymi ludźmi dopuszczać nie należy. Osoby, które przywykły do szukania wad i błędów, zwykle nie nadają się do rządzenia czy reformowania czegokolwiek”. (2002)
- „Kościół katolicki zdobył wielką władzą na Europą rzekomo innymi metodami: miłością bliźniego, miłosierdziem, nadstawianiem drugiego policzka itp. Podobnie (jeżeli prostactwo może być podobne do wyrafinowania) działał komunizm, wyzwalając proletariat i traktując ruchy czołgów jako nieistotne okoliczności towarzyszące”. (2002)
- „Jedna z partii występuje z projektem powołania specjalnego urzędu walki z korupcją. (…). Opowiadają nam, że gwarancją będą wysokie płace w tym urzędzie. Jak wysokie mają być te płace? Muszą przewyższać szacunkowe stawki łapówek prywatnych. Inaczej i dokładniej mówiąc, państwo będzie musiało przekupić swych urzędników, aby dawali nadzieję, że będą zwalczać przekupstwo. Za normalną płacę uczciwości się po nich spodziewać nie będzie można”. (2003)
- „Megalomanii narodowej w żadnym wypadku nie należy pochwalać, ale dlaczego nie miałby być megalomański naród, którego państwo jest silniejsze od innych państw na świecie czy w Europie. Megalomania narodu mającego środki niezbędne do przeprowadzenia swej woli w stosunkach międzynarodowych broni się przed niechęcią innych swoją naturalnością. Naród bez takich środków, a mimo to naśladujący zarozumiałość mocarstw, naraża się na jawne lub ciche drwiny”. (2004)
- „Definicję patriotyzmu można długo uściślać i niuansować, ale zawsze musi się w niej znaleźć szacunek dla praw swojego kraju, a zwłaszcza dla konstytucji. Niektórzy mówią wprost, o „patriotyzmie konstytucyjnym”, którego najlepszym podobno przykładem ma być patriotyzm amerykański. Spróbujcie w Polsce być patriotami konstytucyjnymi”. (2005)
- „Media w polskiej suwerennej demokracji działają na wariackich papierach i nie wiadomo, czy wypada prostować bałamuctwa, jakie głoszą. Zawsze znajdzie się ktoś rozsądny, kto poprawi pojedynczy błąd, skoryguje wyjątkowe głupstwo, gdy jednak brednie występują z siłą nawałnicy albo regularnością kalendarza, szanujący się ludzie nie zabierają głosu”. (2010).
Prawica konserwatywna „ma poczucie pewności i siły swoich przekonań, co w istocie jest złudne, ale daje odwagę interpretowania rzeczywistości po swojemu. Inna sprawa, że te abstrakcje polemiczne w pospolitych głowach (a z takimi ma się do czynienia w polityce) układają się w paranoiczną wizję świata i nie pozwalają zobaczyć faktów takimi, jakimi one są”. (2011)
„Istnieje coś takiego w człowieku, co można nazwać sumieniem estetycznym. Gwałtem na tym sumieniu jest skłanianie ludzi do upodobania w brzydocie. Tłumacząc rzecz przez analogię, jest to postępowanie tak perwersyjne jak wychowywanie ludzi w duchu szacunku dla czynów okrutnych i podłych”. (2017)
Można by cytować dalej i więcej, ale poprzestanę na takiej tylko zachęcie do lektury tej aktualnej i … chciałem napisać – przygnębiającej książki, ale się wycofuję, bo ani Autorowi, ani tym bardziej sprawozdawcy nie chodzi o nastrój, lecz o chwilę namysłu albo refleksji.
*
*
Parę dni temu rządząca partia, aby przykryć dewastację życia sejmowego, zorganizowała obchody 550-lecia polskiego parlamentaryzmu. W tym celu rozbiła namiot na dziedzińcu Zamku Królewskiego, pod którym miało się spotkać Zgromadzenie Narodowe. Przyszli jednak tylko „swoi” posłowie i senatorowie oraz przystawka, zwana kukizem. Po co rozbijać namiot, skoro jest tyle godnych pomieszczeń? – pytali zwykli ludzie i opozycja. Odpowiadam: posłowie I Rzeczpospolitej (tej sprzed rozbiorów!) też rozbijali namioty na polach pod Warszawą, gdzie jedli, pili i często się bili, o czym barwnie i szczegółowo informuje jeden z nich nazwiskiem Pasek, w swoich Pamiętnikach. Po wtóre, namiot to czasowy obiekt mieszkalny Beduinów i innych nomadów, czyli plemion wędrownych, które przychodzą i odchodzą, w związku z tym wcale bym się nie martwił namiotowym obiektem. Można z niego wnosić o czasowości obecnej władzy, i to jest aspekt optymistyczny wydarzenia.
Ale można je również interpretować w kategoriach żydowskiego Święta Namiotów, kiedy to Izraelici uciekli z Egiptu i rozpoczęli wędrówkę do Ziemi Obiecanej. Tyle, że oni mieli gdzie iść, a my nie mamy. Nasza wędrówka zmierza w kierunku państwa wyimaginowanego przez samozwańczego zbawcę narodu. Nie ma ono wymiaru horyzontalnego, lecz wertykalny i może się okazać państwem donikąd.
J S
PS. Szkoda, że wydawca poskąpił kleju, oprawiając książkę. Kartki wylatują z niej już po pierwszym czytaniu.

Tak to nie jest lektura przygnębiająca, raczej orzeźwiająca i przywracająca właściwą miarę rzeczom i słów. Czytając sprawozdanie, a właściwie zachętę do lektury pomyślałem, że JS stanowi razem z autorem „Państwa znikąd” zgrany team pozwalający wierzyć, że trzeźwy namysł nad „państwem idącym donikąd” jednak pozwala myśleć o jego alternatywie. Nawet jeśli, jak by to powiedział Lech Wałęsa, na dzień dzisiejszy jeszcze jej nie widać.
Chciałoby się przy każdej okazji cytować prof. Łagowskiego. Przypomnę jeden z wielu fragmentów jego publicystyki z Przeglądu, który cytowałem:
– Obie spierające się partie narzuciły społeczeństwu obłędną hierarchię wartości, w której patriotyczny morderca albo nikły konspirator stoi wyżej niż wytwórca dóbr o żywotnym znaczeniu.
Przez długie lata byłem admiratorem publicystyki Bronisława Łagowskiego. Teraz mi to trudno przychodzi. Wiele jego uwag nadal uważam za trafne. Ale dla niego ciągle istnieje solidarnościowy blok PO-PIS, co świadczy o całkowitym niezrozumieniu istoty tego co dzieje się w Polsce od kilkunastu lat. Bagatelizuje on zagrożenie ze strony Rosji i jest jednostronnie –mym zdaniem – przesadnie krytyczny w stosunku do Ukrainy.
Ależ oczywiście, że istnieje taki blok. Nie: formalnie, bo to są dwie formacje nieprzyjazne nawzajem i walczące, ale genetycznie; wszak ideowo mają wspólny korzeń: prawicę (czy może chadecję) solidarnościową. Obie są takim współczesnym AWS-em znacznie bardziej, niż Unią Wolności.
Jakoś nie bardzo widzę w szeregach PO już nie tylko Karola Modzelewskiego, ale nawet Jacka Kuronia; nie sądzę też, by w obecności Schetyny nic nie uwierało Bronisława Geremka.
I tu jest, moim zdaniem, istota sprawy. Obie formacje rękami i nogami bronią się przed lewicowym (nawet bardzo umiarkowanie!) widzeniem świata. Oczywiście – PiS to w tym widzeniu ohydna skrajność i obrzydliwy (choć zapewne z wyrachowania) populistyczny katonacjonalizm, dopchnięty do ściany, zaś PO – to w wielu przypadkach tylko zniesmaczone po wielkopańsku kręcenie nosem na ateistów, feministki i aborcję (też zapewne z dość nierozsądnego „politycznego” wyrachowania).
W związku z tym PO po zatkaniu nosa i w sytuacji absolutnego zagrożenia – jest do przyjęcia, natomiast PiS – nigdy i pod żadnym warunkiem. Ale to podejście doraźne i sytuacyjne. Jak się pojawi nowoczesna wysoko wykształcona socjaldemokracja – to, jak sadzę, ona będzie przyszłością.
Bo dla coraz większej liczby ludzi (szczególnie inteligencji i szeroko pojmowanego świata nauki oraz techniki) w ogóle korzenie solidarnościowe są dziś już czymś coraz bardziej trudnym do akceptowania; nie jest bynajmniej tak, że zwolennicy PRL wymierają i nikt nie przejmuje ich dziedzictwa; owszem, przejmuje – tylko pod innymi znaczkami w klapie. I nie odwołując się do skompromitowanej „jedności moralno-politycznej narodu”, która była zwykłym drobnomieszczaństwem, ani nie akceptując „monopartyjności”, lecz pod sztandarami swobód obyczajowych i ateizmu. I nie ma znaczenia, że nieboszczka PZPR te sztandary też w gruncie rzeczy na ogół wstydliwie chowała w szafach. To „na ogół” staje się dziś istotne.
To jest trochę tak, jak w latach 50-60 w USA: głosowanie na Republikanów w kręgach inteligenckich było obciachem. Choć niby – jak nas uczyła „nasza” propaganda – i oni i Demokraci, to była ta sama sitwa.
Powyższy cytat z Łagowskiego wymownie świadczy o ”ideowej” jedności PiS i PO. Napisałem „ideowej” w cudzysłowie, bo nie sądzę żeby któraś z tych partii miała jakieś idee. Ciemnota, jaką często reprezentują w praktyce, choć o różnych odcieniach, jest dość podobna, bo dotyczy podejścia do praw kobiet, przemocy itp., i czy wyraża ją Kaczyński czy prof. Zoll – istota pozostaje ta sama, a różnica między „Kościołem Toruńskim” i „Kościołem łagiewnickim” jest trudna do uchwycenia.
Już pisałem że partie te na przestrzeni lat razem głosowały za wrednymi ustawami (lub przeciw postępowym), wymieniały się swobodnie politykami itd.
To, moim zdaniem, ma na myśli prof. Łagowski.
Jeśli idzie o Ukrainę to profesor raczej krytykuje sztampową politykę Polski, która w imię obrony przed zagrożeniem ze strony Rosji każe przemilczać i zamiatać pod dywan oczywiste zjawiska które w przyszłości sprawią nam dużo kłopotu.
A co do Rosji to też odnoszę wrażenie, że profesor występuje przeciwko naszej sztampowej polityce, a szczególnie propagandzie. Cokolwiek się zdarzy u nas to wszyscy piszą że Putin się cieszy i otwiera szampana a my zaraz staniemy się Rosją. Dzwonił do mnie ostatnio Putin i prosił żeby sprostować – u nich na Kremlu w ogóle rzadko piją szampana. Reszty spraw do sprostowania nie przytoczę.