2018-07-30.
Elektorat PiS powoli się wykrusza, pisze Wojciech Maziarski w „Gazecie Wyborczej”; jego koronny dowód: szef koleżanki, zwolennik PiS, pozwolił jej zwolnić się wcześniej z pracy, żeby mogła wziąć udział w demonstracji pod sądem i jeszcze zażartował „pokrzycz tam trochę za mnie”. Dlaczego nie widać tego w sondażach, dlaczego ci rozgoryczeni milczą? Jest logiczne wytłumaczenie – nie mają cywilnej odwagi, żeby powiedzieć głośno, myliłem się, przepraszam. To rozumowanie jest zapewne przynajmniej w części poprawne. Gdzie Maziarski upatruje przyczyn tego rozgoryczenia?
„W ostatnich tygodniach partia rządząca odrzuciła już jakiekolwiek pozory i przestała udawać, że chodzi jej o coś innego niż o utrzymanie władzy za wszelką cenę, podporządkowanie sobie wszystkich sfer życia oraz sterroryzowanie i zakneblowanie oponentów.
Ci, którzy popierali władzę z powodów ideowych – bo konserwatyzm, bo wartości narodowe i chrześcijańskie, bo przywiązanie do tradycyjnego modelu rodziny itd. – też już musieli się poczuć oszukani i zniesmaczeni. Naprawdę nie o to im chodziło – głosowali na prawicę, a dostali bolszewików.”

Stoit statuja…
Urodzony w 1960 roku Wojciech Maziarski dorastał, kiedy komunizm zaczął się sypać. Nigdy jednak ów ustrój nie miał silnego poparcia w polskim społeczeństwie, prawdziwie ideowych komunistów spotkałem dopiero na Zachodzie i patrzyłem na nich jak na kosmitów, polski aparat partyjny składał się głównie z oportunistów, część ideowych członków partii miała utopijne nadzieje na zmiany od środka, wielu członków partii, włącznie z członkami KC, prywatnie wygłaszało najdziksze herezje.
W Polsce ludzie władzy wiedzieli doskonale, że to wszystko trzyma się wyłącznie na strachu, a równocześnie do ostatniego dnia byli przekonani, że nawet w wolnych wyborach opozycja nie ma żadnych szans.
Skąd czerpali to przekonanie? Trudno powiedzieć, ale słuchając dziś irańskiego generała mówiącego, że protestowało przeciw władzy kilkanaście tysięcy ludzi, a naród irański to 80 milionów, mam wrażenie, że już kiedyś coś podobnego słyszałem.
Jan Woleński w „Kulturze Liberalnej” powraca do wydarzeń marcowych. W polemice z Davidem Ostem pisze m. in.:
„Bunt studentów, poparty przez wąskie kręgi inteligencji, był więc lokalny (w sensie struktury społecznej) i kierował się przeciw całkiem określonym patologiom (cenzura itp.). Po latach ta optyka jest rewidowana. Ważne jest to, że radykalna rozprawa z tak zwanymi „syjonistami” miała miejsce tylko w Polsce. To sugeruje, że rodzima sytuacja, wprawdzie zaktywizowana wojną izraelsko-arabską, miała parametry wewnętrzne. Proste wyjaśnienie jest takie, że tak zwani „partyzanci”, czyli pretendenci do objęcia władzy w wyniku kampanii antysemickiej (oficjalnie – antysyjonistycznej), mogli liczyć na aprobatę ze strony sporej części społeczeństwa polskiego.”
W 1969 roku pracowałem w Fabryce Wyrobów Gumowych w podwarszawskim Piastowie. Codziennie rano wsiadałem do podmiejskiej kolejki i przenosiłem się w inny świat. W warszawskim opozycyjnym środowisku dyskutowało się do znudzenia o konfliktach w łonie kierownictwa partii, o cenzurze, o czystkach na uczelniach, o tak niedawnej interwencji w Czechosłowacji. To wszystko, co nas poruszało w Warszawie, było cudownie nieobecne i całkowicie niezrozumiałe w Piastowie. Tam pozostawało nieodparte wrażenie, że gdyby wewnątrzpartyjny spór miał być rozstrzygnięty przy urnach, zwycięstwo „partyzantów” byłoby oczywiste i przytłaczające. Zadecydowałaby prostota haseł i nacjonalistyczne werble, będące podniecającą muzyką dla ludu.
W Warszawie, nawet w środowisku socjologów, którzy teoretycznie powinni mieć rozeznanie na temat postaw i poglądów ludzi poza własnym środowiskiem, chciano wierzyć, że tych sprzeciwiających się jest znacznie więcej niż było w rzeczywistości. W tamtych warunkach postawy i poglądy szarych ludzi miały równie małe znaczenie jak postawy i poglądy wątłej antykomunistycznej opozycji wśród inteligencji. O wyniku tego starcia decydował rozkład sił w partyjnej nomenklaturze, która najpierw opowiedziała się za Gomułką przeciw Moczarowi, a następnie skorzystała z osłabienia serdecznie znienawidzonego Gomułki, popierając Gierka.
Błędy w naszych ocenach były nieodmiennie konsekwencją naszych pragnień i chociaż w konsenkwencji, na długą metę, podtrzymywały wolę protestu, w bieżącym czasie były odległe od rzeczywistości.
Czy zatem elektorat PiS się wykrusza? Prawdopodobnie więcej w tej ocenie pobożnych życzeń niż przesłanek pozwalających przewidywać zachowania wyborcze. Ponownie żyjąc w dwóch światach, mam wrażenie jakby środowisko antypisowskiej inteligencji (jest również liczna propisowska inteligencja), gubiło się w tym, co właściwie kształtuje postawy i poglądy ludzi oglądanych z okna tramwaju, czy samochodu, spotykanych od wielkiego święta, bez szansy na bardziej wnikliwą obserwację ich reakcji na docierające informacje. Te informacje mają kilka źródeł; pierwsze telewizja, która w codziennym życiu leci w tle, jest odbierana bez koncentracji uwagi, z której absorbowane są zaledwie szczątki przekazu, które jakoś kojarzą się z własnym życiem. Innym źródłem jest ambona i znów ciekawe byłyby badania nad percepcją tego, co ludzie słyszą w kościele. (Ktokolwiek robił eksperymenty i prosił znajomych o relacje co usłyszeli kilka minut wcześniej w wiadomościach telewizyjnych, czy o czym ksiądz mówił w kościele, wie, że świadomie zaabsorbowane treści stanowią drobny ułamek, ale inne informacje mogły być/były wchłonięte przez podświadomość. Kiedy bezpośrednio po lekturze gazety spotykamy się z pytaniem, czego ciekawego dowiedzieliśmy się, mówimy o jednym, dwóch tematach i zazwyczaj nie pamiętamy nawet tytułów pozostałych informacji. Nie jest tak jednak, że nasz umysł ich nie odnotował.) Trzecie i najważniejsze źródło informacji jak i katalizator poglądów to rodzina, przyjaciele, znajomi.
W moim okręgu wyborczym frekwencja jest zawsze niższa o kilkanaście procent od średniej krajowej. W 2005 roku w wyborach prezydenckich Andrzej Lepper wygrał tu ze znaczną przewagą nad Lechem Kaczyńskim. W ostatnich wyborach Andrzej Duda odniósł tu lawinowe zwycięstwo nad Komorowskim, ale znaczna część młodzieży głosowała na Kukiza (dla nich to była jedyna rozpoznawalna twarz i przedstawiciel ich świata).
Dlaczego Lepper? Bo mówił to, w co wierzy wiekszość mieszkańców mojego miasteczka, że w Polsce przekręt goni przekręt, że nie ma uczciwych polityków, że zwykły człowiek nikogo w tym kraju nie obchodzi.
W ostatnich wyborach parlamentarnych obok hasła „Polska w ruinie” na czoło wyskoczył lęk przed uchodźcami. O tym rozmawiano w punktach skupu i wieczorem na ławce przy piwie. Ważny jest ton, sposób w jaki sprawa jest przedstawiana. Powtarzał się zarzut, że media kłamią, że uchodźcy nie są uchodźcami, że zalewają Europę i niosą agresję. Gotowość przyjęcia nawet niewielkiej ilości uchodźców skreślała Platformę Obywatelską w oczach tych wyborców. Informacje o islamie, o wojnie w Syrii, czy o sytuacji w Afryce północnej były oczywiście szczątkowe. Panowało przekonanie, że są oszukiwani przez media i polityków. Tu niemal wszyscy mają krewnych lub znajomych w Niemczech lub w innym kraju Europy Zachodniej. Bezpośrednie relacjie ludzi rażąco kontrastowały z tym, co słyszeli w telewizji. Hasła PiS odpowiadały ich zapotrzebowaniu. Postawy były nadal prounijne, ale sprawę polityki wobec uchodźców traktowano jako szaleństwo. Teraz coś się zmieniło. Powtarza się mantra, że Polska została sprzedana. Potwierdzenie znajdują w fakcie, że znaczna część przetwórstwa jest rzeczywiście w rękach zagranicznych, przypominanie, jak często byli ofiarami polskich oszustów, niczego nie zmienia. Przy okazji tych rozmów pojawia się zapewnienie – tylko PiS może ten kraj uratować.
Gdzie się zatem elektorat PiS wykrusza? Zapewne na krawędziach, tam gdzie ludzie z jednego i drugiego świata najczęściej nadal jeszcze się spotykają, gdzie przepaść nie jest zbyt głęboka. Obserwacja Wojciecha Maziarskiego może być poprawna, a wynik wyborów rażąco odmienny od jego przewidywań.
Możemy się zastanawiać nad pytaniem, czy istnieje jakiś sposób wpływania na środowiska, dla których sprawy konstytucji, sądów, niszczenia instytucji demokratycznych są abstrakcją. To trudna strategia, a czasu jest mało. Kilka dni temu rozmawiałem z młodym sędzią z powiatowego sądu, który podsumował swoją długą opowieść o dokonujących się zmianach krótko: to są zmiany nieodwracalne, pociąg jedzie w jedną stronę i nie da się go już zatrzymać.
Tymczasem w Szczecinie znieważono pomnik dłuta Stanisława Milewskiego za co grożą z dnia na dzień poważniejsze konsekwencje (oportunizm skłania prokuratorów do żądania coraz wyższych kar). Obawiam się, że jeszcze długo młodzi będą się spotykali pod znieważonym pomnikiem, elektorat PiS będzie się wykruszał, a poparcie tego łajdactwa będzie coraz mocniejsze. Stęsknieni wypatrujemy znaków, że coś zaczyna do tych wyborców PiS-u docierać, że zmieniają się proporcje. Stanisław Obirek pisze o dobrej energii protestujących. Szef koleżanki Wojciecha Maziarskiego powiedział nawet: „pokrzycz trochę za mnie”. Znieważony pomnik zdjął koszulkę z napisem „Konstytucja Jędrek” i przybrał marsową minę. Jak donosiła lokalna prasa, pomnik „przedstawia postać w ruchu, jak gdyby zatrzymaną w kadrze, gdy wychodzi porozmawiać z oczekującymi nań ludźmi”.

„prawdziwie ideowych komunistów spotkałem dopiero na Zachodzie i patrzyłem na nich jak na kosmitów” — też miałam okazję takich ludzi spotkać. W ogóle nie rozumieli mojej emigracji z tzw. Ostblocku na Zachód, ale na pytanie, dlaczego zatem sami nie wyjeżdżają do Związku Radzieckiego, przecież zostaliby przyjęci z otwartymi ramionami odpowiadała mi tylko głupkowata mina. Takie rozchowory powtarzały się, ale nigdy nie było żadnej odpowiedzi, tylko ta głupa mina.
A ja spotkałem prawdziwych komunistów w realu. W Polsce. I był wśród nich na przykład człowiek po długim i bardzo bolesnym pobycie w łagrze, który z głębokim przekonaniem twierdził, że ci, co go tam wsadzili – mieli rację, bo widać jego czyste intencje nie były dla Partii dostatecznie wyraźne; a Partia się nie myli nigdy. I inny, który zapytany co by zrobił, gdyby Partia kazała mu jako dowódcy wojskowemu strzelać do demonstrujących robotników, odparł: wykonałbym polecenie, a potem strzelił sobie w łeb. I trzeci, który otwarcie mówił, że dla niego socjalizm skończył się ze śmiercią Językoznawcy. Oni byli AUTENTYCZNI. To budzi przerażenie, ale tak było.
Fanatyzm — zjawisko społeczne, które łatwo, szczególnie pod wpływem udatnej propadandy, prowadzi do skrajnych postaw wobec Innego, nie wykluczając mordu i ludobójstwa. (Nasza kochana demokracja z natury rzeczy nie rozwija postaw fanatycznych.) Problem w tym, że znowu coraz więcej fanatyzmu. Timothy Snyder mówił (słyszałam), że w wyniku swoich wieloletnich badań nad ludobójstwem w Europie środkowej i wschodniej doszedł do wniosku, że coś takiego się znowu wydarzy. I podkreślił, że nie tylko może się powtórzyć, ale że to się stanie. Mnie te słowa przeraziły, bo jednak wydawało mi się, że w XX wieku człowiek się czegoś nauczył.
W Polsce fanatyzmu jest dość, a połączony ze zjadliwą propagandą typu goebbelsowskigo nie wróży niczego dobrego, przede wszystkim sam z siebie nie zniknie. Jakoś się musi rozładować.
Wie Pani, to ciekawy problem i nie jedyny. W poczatkach lat 70. W Szwecji wydziały humanistyczne na uniwersytetach były zdominowane przez komunistów. Podobnie media. Podczas gdy szwedzka partia komunistyczna przy każdych wyborach borykała się z przeskoczeniem pięcioprocentowego progu, wśród dziennikarzy miała ponad 20 procent poparcia. Na wydziałach socjologicznych (a miałem kontakt z uniwersytetem w Lund i w Uppsali) kadra profesorska zrażona do ZSRR po najeździe na Czechosłowację, była zarażona wirusem zachwytu dla Mao, negowała również uparcie zbrodnie w Kambodży (prasa niemal natychmiast po przejęciu władzy przez Czerwonych Khmerów dzielnie zmieniła nazwę tego kraju na Kampuczę).
Dziwiło w tym nowym świecie wiele innych rzeczy. Znakomita organizacja pracy i fenomen, który nazywałem Przyjaznym Uśmiechem do Obcego. Kredyt zaufania do obcego człowieka wydawał się być fundamentem ich demokracji. (Ciekawe, bo było tego wzajemnego zaufania mniej w miejscach skażonych skrajną ideologią.) Był tu jeszcze inny fenomen, który powinienem był zrozumieć wcześniej, a który przybliżyła mi książka indyjskiego profesora literatury angielskiej, który w wielu 60 lat odwiedził po raz pierwszy w życiu Wielką Brytanię. Opisywał jak chodził po Londynie i czuł się jak u siebie w domu. Znał ulice, a czasem poszczególne domy, stacje metra, atmosferę miasta, nikt mu jednak nie powiedział, że pola są puste. Fakt, że rolnictwo stało się integralną częścią zmechanizowanej i korzystającej z najnowszej nauki gospodarki nie był wystarczająco odnotowany w literaturze, którą przekazywał swoim studentom. Tymczasem ten przyjazny uśmiech do obcego i to wzajemne zaufanie, ale również znakomita organizacja pracy były związane z tym dziwnym fenomenem, że przemysł miał relacje rynkowe z producentami żywności i miasto uczciwie płaciło za swój chleb. To, że ta demokracja oparta była na uczciwej wymianie towarowej to bardzo trudne do zrozumienia dla polskiego inteligenta, który czasem mówi, że polski naród ma lepszą inteligencją niż na nią zasługuje. Rokowania nie wyglądają dobrze ani dla naszego Wschodu, ani dla ich Zachodu. Ideologie wkroczyły tam jeszcze mocniej w życie codzienne, a ideologia to używka. Można powtarzać, że nie należy prowadzić samochodu po alkoholu, ani dyskutować o demokracji będąc pod wpływem ideologicznego zaślepienia, ale nadzieje na zmianę tego stanu rzeczy są raczej nikłe.
To bardzo ciekawe, co Pan pisze o produkcji żywności w nowoczesnym zachodnim społeczeństwie. Do tego przyczyniła się też od zarania Wspólnota Europejska. Prawdopodobnie upłynęło jeszcze za mało czasu, by problematyka z tego wynikająca trafiła do literatury pięknej.
(W 1949 mówił na ten temat Heidegger, ale to, co mówił było tak straszne, że ręka by mi zadrżała, gdybym chciała to tutaj napisać.)
W Polsce bezpośrednia zależność od wsi, która żywi, objawiła się wyraźnie (chyba po raz ostatni?) w stanie wojennym. Prawdopodobnie nie do końca wykształcona i zacofana gospodarka typu socjalistycznego zakonserwowała dawne stosunki wieś-miasto.
A wyodrębnienie się wschodnioeuropejskiej inteligencji jak najbardziej ma związek z XIX- i XX-wiecznymi przekształceniami społeczno-gospodarczymi i ustrojowymi, typowymi tylko dla wschodu Europy. Stąd te różnice między uniwersytetami zachodnimi i np. polskimi. (Ja jestem rada, że kończyłam polski uniwersytet.)
Dla socjologa, a jeszcze bardziej dla historyka gospodarki, cały ten problem zaczyna się od reform Solona, dalszego rozwoju gospodarki pieniężnej i przemian struktury społecznej. Im silniej produkcja żywności oparta była na pracy przymusowej, tym bardziej rozwarstwione było społeczeństwo, a producent żywności był bez prawa obywatelskich i bez szans na cień zaufania do elity. (Kiedyś pewien profesor socjologii relacjonował mój artykuł i przyznał z rozbrajająca szczerością, że nie umiał dotrzeć do etymologii słowa farmer.) Reformacja była rewolucją społeczną i ekonomiczną, prowadziła do towarowego rolnictwa, co zmieniało zarówno relacje jak i mentalność (w naszych powstaniach, tak w Konfederacji Barskiej jak i w powstaniu listopadowym chodziło nie tylko o zachowanie Polski wolnej, ale Polski pańszczyźnianej). Stany Zjednoczone powstały jako republika farmerska, a nie ziemiańska (chociaż ojcami tego kraju byli głównie ziemianie). Tam gdzie elity żyją na kradzionym chlebie, tam demokracja jest pustosłowiem, a szanse na stworzenie społeczeństwa obywatelskiego są znikome. Nadal niesłychanie aktualna jest książka Józefa Chałasińskiego o szlacheckiej genealogii polskiej inteligencji. Nie daje się stworzyć funkcjonującego rynku towarów jeśli w najważniejszym miejscu jest pękniecie. A demokracja i rynek to rodzeństwo syjamskie.
Czy zatem elektorat PiS się wykrusza?……. Wykruszy go tylko pusta micha suwerena !
Wykrusza, nie wykrusza…Pomysł na jego przekonywanie to strata czasu i energii. O wyniku wyborów decyduje te kilka – kilkanaście procent tzw. centrum. To jest target opozycji.
Do głosowania na opozycję „antypis” elektoratu PiS na pewno nikt nie przekona. Można jednak namówic do głosowania na Kukiza czy JKM – każde uszczknięcie głosów PiS będzie dobre.
Przede wszystkim jednak, można go zniechęcić do głosowania w ogóle, co skutecznie, bez udziału opozycji, czyni rząd.
Opozycja mieniąca się „antyPiSem” woli wszak gadać tylko do siebie i utwierdzać się w swej własnej słuszności.
Mieszkam w regionie gdzie PIS wygrywał od zawsze, 90% ludzi z którymi rozmawiam to elektorat PIS. Nie wiem czy się wykrusza ale na pewno się chwieje. To nie jest już tak radykalne, ślepe poparcie jakie było 2 lata temu.
Zostały załatwione dwie najważniejsze sprawy: 1. uchodźcy; 2. cofniecie wieku emerytalnego. Reszta to dla nich miłe dodatki (500+) i detale TK, SN itp. które nie robią na nich większego wrażenia.
Wykruszania może się zacząć wtedy kiedy poczują podwyżki podatków, cen paliw, energii itd. Ale i tak będzie to wykruszanie warunkowe bo gdy jakakolwiek partia, obecna czy jeszcze nieobecna na scenie, weźmie władze i zacznie majstrować przy emeryturach powrócą biegusiem do PISu albo każdej innej partii, która zagwarantuje istniejące obecnie status quo.
Z tego wynika, ze suweren zasługuje na carycę Katarzynę i Macierewicza. Jak kiedyś. Tak chce, wiec tak będzie miał. Dobrze mu tak.
„Możemy się zastanawiać nad pytaniem, czy istnieje jakiś sposób wpływania na środowiska, dla których sprawy konstytucji, sądów, niszczenia instytucji demokratycznych są abstrakcją. To trudna strategia, a czasu jest mało. ”
Jasne. Tak by było najlepiej, wcisnąć plebsowi jakiś kit, niech na nas zagłosuje, a my tymczasem w imię debilnej polityki polityki austerity będziemy im dokręcać śrubę. No i zlikwidujemy to wstrętne 500+ i pogonimy resztę tej bolszewii.
Uratuje nas były ksiądz Międlar. Dwa lata temu zrzucił sutannę ku żalowi wielu starszych kolegów którzy widzieli w nim świetnie zapowiadającego się kapłana, ożenił się, spłodził dziecko, ale najważniejsze – wydał książkę pt. „Moja walka o prawdę”. Pisze tam m.in., że to z inicjatywy prezydenta Lecha Kaczyńskiego wskrzeszono w 2007 r. „najstarszą żydowską lożę masońską B’nai B’rith”.
Pisze też obszernie o Johnym Danielsie, specjaliście od PR, który według niego może być agentem Mossadu. „W internecie krążą zdjęcia Danielsa z Mateuszem Morawieckim, Andrzejem Dudą, o. Tadeuszem Rydzykiem. Czy ci państwo kiedykolwiek zastanowili się, kim naprawdę jest człowiek, który w produkowaniu kłamstw na temat Polski ani na krok nie ustępuje Janowi T. Grossowi?”.
Abp Stanisław Gądecki według niego „od wielu lat 'robi dobrze’ społeczności żydowskiej”, abp. Kazimierz Nycz „napuszcza na Polskę islamskich imigrantów”, a abp Józef Kupny „chroni pod swoimi skrzydłami kurialnych homoseksualistów”.
Kiedy Międlar otworzy oczy elektoratowi to ten pogoni fałszywą „dobrą zmianę”.
@Andrzej Koraszewski — w tym kontekście interesuje mnie głównie przyszłość przemian społecznych w Polsce, czy dalsza rola inteligencji. Chałasiński powiedział, czy może zacytował, że inteligencja bez jej bazy to wielkopańskość bez pokrycia. Jeśli wyobrazić sobie, że istnieje coś takiego jak „wielkopańskość ducha”, (łącznie z wszelkimi implikacjami) to jest to warunek konieczny i wystarczający by zaliczać kogoś do inteligencji. Baza materialna chyba nie jest już istotna.
Mam nadzieję, że tam w Wiesbadenie jakiś powiew chłodzący. U mnie, w Darmsztacie, o 11 wieczorem całkowity sztil i na zewnątrz 28 i pół. ale do rzeczy. Kiedyś (dawno) napisałem, że snobizm to po prostu życie ponad stan (duchowy). J.L. Borghes kiedyś napisał też, w imieniu Minotaura, że on nie mógł się nauczyć czytać, bo wrodzona wielkoduszność nie pozwalała mu czynić różnic między literami. Sam się w to czasem wpuszczam, ale w zasadzie jestem przeciwnikiem rachunków typu „mętnaście razy niewiemdziesiąt”. Termin „wielkopańskość ducha” należy u mnie do tej kategorii. Na koniec: Teatr STS, na scenie Sienkiewicz i Merle. Ona mówi: „czy nie uważa pani, że ostatnio zbyt dużą rolę w naszym życiu publicznym odgrywają półentelegenci ?” Sienkiewicz: „Z jakich pozycji pani to mówi?” Merle : „ćwierćentelegenta, oczywiście !” (Chyba 56 lat temu). A „przyszła rola Inteligencji” to zwyczajnie przyszła rola zdecydowanej mniejszości. Będzie mniej więcej taka jak w PR-elce, gdzie należyci decydowali co potrzebne i niepotrzebne, słuszne i niesłuszne, ładne i nieładne. Ponieważ jednak tendencja jest odwrotna (zęby Partii Brzydkich rosną) będzie przez kilka lat coraz trudniej (jak we wczesnym, stalinowskim…) Dyktatura ciemniaków (niem. Daemmerlinge) jednak się musi skończyć. Miejmy nadzieję, że bez tych kolateralnych strat.
A mnie słowa „wielkopańskość ducha” bardzo się podoba. Znam (znałam) ludzi, o których tak właśnie myślę. I nie chodzi wcale o, broń Boże, pozycję społeczną, ale np. o stosunek do innych ludzi, do przyrody.
»A „przyszła rola Inteligencji” to zwyczajnie przyszła rola zdecydowanej mniejszości. Będzie mniej więcej taka jak w PR-elce.« Nic dwa razy się nie zdarza.