16.11.2025
Poniższy tekst jest polemiką z dwoma felietonami opublikowanymi w GW:
https://wyborcza.pl/7,175992,32361082,rusinek-wskazuje-na-nazistowskie-pochodzenie-slow.html
Właściwie nie tyle polemiką, ile krótkim do nich dopowiedzeniem. W pierwszym Pan Stanisław Brejdygant „oskarża Kościół” o to, że toleruje ekscesy Roberta Bąkiewicza, który zamierza „wypalać napalmem” chwasty, czyli rodaków niepodzielających jego poglądów, w drugim Pan Michał Rusinek, powołując się na sławną książkę Victora Klemperera Lingua Tertii Imperi, wywodzi metaforę „palenia chwastów” z języka Trzeciej Rzeszy.
Oba felietony ukazały się w ostatnich dniach października, Czytelnik ma więc prawo zapytać autora „dopowiedzenia”: „Dlaczego tak późno?”.
Tekst niniejszy pierwotnie przesłany został do „Gazety Wyborczej”, gdzie ukazały się felietony, z którymi podejmował polemikę. Redakcja GW zadeklarowała chęć jego opublikowania. Potem jednak zapadło długie milczenie, a dwa moje maile z prośbą o wyjaśnienia pozostały bez odpowiedzi. W tej sytuacji zdecydowałem się na publikację w SO.
Już po ukazaniu się tekstu w SO odezwał się do mnie niespodziewanie prowadzący sprawę Redaktor z GW, i to chyba bez związku z publikacją w SO, przeprosił za milczenie – spowodowane poważną chorobą – i poinformował mnie, że tekst właśnie się ukazał na stronie GW.
Moje przypuszczenia co do przyczyn opóźnienia były zatem przedwczesne. Jest w tej całej historii akcent optymistyczny: w GW rzeczywiście chyba „idzie nowe”. I bardzo dobrze!
Tekst za zgodą wszystkich zainteresowanych ukazuje się zatem w dwóch miejscach, co może nie jest typowe, ale też nie jest niczym nadzwyczajnym.

O biskupach i chwaście
Mam dla Pana Stanisława Brejdyganta wiadomość – nie wiem: dobrą czy złą, to zechce ocenić sam. Ja myślę, że to wiadomość dobra.
Otóż polscy biskupi, których oskarża Pan w tak gorzkich słowach o „zdradę Chrześcijaństwa”, niczego ani nikogo nie zdradzili. Służą Ewangelii i temuż chrześcijaństwu najlepiej jak potrafią, a czy to oznacza, że „służą złu”, to temat na osobną dyskusję, którą akurat na tych łamach [tj. na łamach GW] podjąć będzie niełatwo.
Pan Brejdygant oburza się na Roberta Bąkiewicza, który na wiecu PiS „krzyczał, jakby był w amoku, że należy powyrywać chwasty (chodziło mu o bliźnich, ludzi o innych niż jego poglądach) i spalić te chwasty napalmem (czyli, jak rozumiem myślał o eksterminacji tychże bliźnich)”. Pan Michał Rusinek z kolei w błyskotliwym i erudycyjnym jak zawsze felietonie wywodzi to skrzydlate słowo pana Bąkiewicza z języka nazizmu, powołując się na Victora Klemperera i jego sławną książkę o języku Trzeciej Rzeszy: „«Wyrywanie chwastów», czyli ludzi mogących zaszkodzić jakiejś ideologii, to jedna z metafor charakterystycznych dla linguae Tertii Imperii”. Z pewnością, ale…
Metafora posługująca się obrazem usuwania chwastów i ich palenia nie jest oczywiście wynalazkiem pana Bąkiewicza. Ale nie była też wynalazkiem Josepha Goebbelsa. Czy nie należałoby tu sięgnąć nieco dalej w przeszłość? „Inną przypowieść im przedłożył: «Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: «Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast?» Odpowiedział im: «Nieprzyjazny człowiek to sprawił». Rzekli mu słudzy: «Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go?» A on im odrzekł: «Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza”.
Chyba nie muszę takim erudytom jak Pan Brejdygant i Pan Rusinek wyjaśniać pochodzenia tego cytatu. Ma on zresztą swój ciąg dalszy, słuchacze tej opowieści domagają się bowiem wyjaśnień, których Autor chętnie udziela: „Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha!”. Opowieść ta powstała w czasach szczęśliwie nieznających jeszcze napalmu, ale przecież wizję „pieca rozpalonego” wypada uznać za wcale nie gorzej przemawiającą do wyobraźni.
To prawda: Autor tej paraboli zaleca odłożenie rozprawy z „chwastem” do czasu „końca świata” i powierzenie jej „aniołom”. Nikt lepiej jednak niż Panowie Brejdygant i Rusinek nie wie, że każdej narracji kształt ostateczny nadaje lector in fabula, czytelnik, zwłaszcza taki, który zostaje obdarzony przez jakąś społeczność autorytetem miarodajnego interpretatora. Takim miarodajnym interpretatorem przytoczonej opowieści stał się pewien biskup, zamieszkały dawno temu w północnoafrykańskim mieście Hippona. Uczony ów mąż, pozostający wówczas w ostrym sporze ze zwolennikami pewnego swojego kolegi-biskupa imieniem Donat, nie potrafił znaleźć w sobie aż tyle cierpliwości, by czekać do końca świata, i radził, by – nie oglądając się na aniołów – wziąć raczej sprawy w swoje ręce. W dziełku zatytułowanym Przeciw listowi Parmeniana brawurowo reinterpretuje zalecenie Nauczyciela, dowodząc, że „jedynym powodem, dla którego gospodarz pozwolił rosnąć chwastowi do żniw, była jego obawa, by podczas wcześniejszego plewienia nie zaszkodzić pszenicy”. Jeśli takiej obawy nie ma – a zdaniem uczonego biskupa z Hippony w wypadku donatystów nie ma – to „jest rzeczą słuszną podjęcie zdecydowanych kroków, albowiem im surowiej gani się wszelkie odstępstwa, tym bardziej dochowuje się miłosierdzia” (quanto diligentior conservatio caritatis – notabene w polskim przekładzie owej rozprawki tego akurat fragmentu brak). Zauważmy: pojawia się tu odwołanie do „miłości” (caritas). Pomysł George’a Orwella, by okrutną policję polityczną nazwać Ministry of Love, sprawia w tych okolicznościach wrażenie bezwstydnego plagiatu. Gwoli ścisłości: miłosierny Hipponita był przeciwny skazywaniu donatystów na śmierć, uważał bowiem, że dostateczną dla nich karą będą przymusowe ciężkie roboty.
Biskup Hippony był zresztą nader konsekwentny w swym rozumowaniu. Przekonany o złu tkwiącym głęboko w naturze ludzkiej – stworzył w końcu doktrynę tzw. grzechu pierworodnego – przyznawał co prawda w 417 roku w Liście 185 do Bonifacjusza, poświęconym nieprawościom owych donatystów, że „lepsi są ci, którymi kieruje miłość, ale liczniejsi tacy, których poprawia strach”. Ubi terror, ibi salus, oznajmi jeszcze gdzie indziej, „gdzie strach, tam zbawienie”.
Trudno zresztą pobożnemu biskupowi Hippony zarzucić jakąś manipulację. Dzieło, na które się powoływał, pełne jest w końcu opisów przemocy wobec tych, którzy nie przyjmą jedynie prawdziwych nauk. „Wyjdź na drogi i między opłotki i zmuszaj do wejścia, aby mój dom był zapełniony”, mówi pan do sługi w zawartej tam przypowieści o człowieku, który chciał wydać wielką ucztę, ale zaproszeni odmawiali w niej udziału. W innej wersji tej samej historii „zaproszenie” kończy się spaleniem (spaleniem!!!) miasta niedoszłych biesiadników. A i ci, którzy zasiądą do stołu, nie dość elegancko wszakże odziani, też nie mogą czuć się bezpieczni. Wypada tu jeszcze przypomnieć o tym, co spotkało Ananiasza i Safirę: „Strach wielki ogarnął cały Kościół i wszystkich, którzy o tym słyszeli”.
Zresztą: Pan Bąkiewicz i jego dziarscy, krótko ostrzyżeni koledzy to nic nowego w dziejach chrześcijaństwa. Już w starożytnej Aleksandrii tamtejszy biskup, Cyryl, ogłoszony później świętym, miał do dyspozycji bojówki złożone z młodych mężczyzn, zwanych parabalani – to prawdopodobnie właśnie oni w marcu 415 roku rozprawili się z Hypatią, notabene przed jednym z kościołów. Dlatego bardzo nie lubię, gdy dziś mówi się o „kryzysie moralnym Kościoła”. Żadnego „kryzysu” nie ma, Kościół nigdy w swych dziejach nie postępował ze swoimi przeciwnikami bardziej humanitarnie. W końcu zrzucenie kobiety ze schodów, o którym wspomina Pan Brejdygant, to nie to samo co wyłupienie jej oczu i rozdarcie żywcem na strzępy.
Długiej mowy krótki sens: Arcypasterze i Pasterze polskiego Kościoła wcale nie sprzeniewierzyli się Ewangelii. Oni po prostu przeczytali ją nieco uważniej niż ich owce.
A co do Victora Klemperera, przywołanego przez Michała Rusinka. Może warto przytoczyć tu jeszcze inny cytat z tego sławnego – i wciąż niestety aktualnego – dzieła (podkr. T. Z.):
„To że LTI w swoich punktach kulminacyjnych musi być językiem wiary, rozumie się samo przez się, bo przecież nastawia się ona na fanatyzm. Ale znamienne jest przy tym, że jako język wiary opiera się ona ściśle na chrześcijaństwie, dokładniej mówiąc na katolicyzmie, jakkolwiek narodowy socjalizm to jawnie, to skrycie, to teoretycznie, to znów praktycznie, ale od samego początku zwalcza chrześcijaństwo, a zwłaszcza Kościół katolicki”.
Tadeusz Zatorski
Tadeusz Zatorski, ur. 1960, germanista, tłumacz. Prowadzi blog Brulion bez linii (https://www.brulionbezlinii.net/).

CHWASTY, ŻNIWA I ZBOCZENIE NARODOWEJ METAFORYKI
Felieton, który komentujemy, robi jedną rzecz wyjątkowo trafnie: odczarowuje wygodny mit o „kryzysie moralnym Kościoła”. Zamiast powtarzać popularne zaklęcia o „odstępstwie od wartości”, autor pokazuje – z ironią, precyzją i świadomością historyczną – że tu nie ma żadnego „kryzysu”. Jest konsekwencja. Ciągłość. Tradycja, tyle że nie w tym sensie, którym lubią wymachiwać konserwatyści. Raczej w sensie niepokojącego dziedzictwa pewnej retoryki: raz o pszenicy i kąkolu, raz o żniwach, a raz o chwastach, które należy spalić.
To spostrzeżenie – zabawne, lecz podszyte powagą – stanowi realną wartość tekstu. Autor nie bawi się w oburzone walenie pięścią w stół. On pokazuje proces. Genealogię. Mechanizm, który trwa od dwóch tysięcy lat i który wciąż pięknie kiełkuje w polskim życiu publicznym.
I tutaj znakomicie rezonuje przykład Arcybiskupa Jędraszewskiego.
Bo przecież to, co robi Jędraszewski, jest dokładnie tą samą logiką, o której pisze autor felietonu — tyle że w wersji współczesnej, tunningowanej, z procentami i nagłówkami gotowymi na paski TV.
Żadnej nowej teologii. Żadnej nowej myśli. Stary ornament, nowa rama.
W przypowieści jest „syn Złego”.
W Hipponie – „błądzący donatyści, których trzeba naprostować przymusem”.
U Jędraszewskiego – „14 procent, które nienawidzi Polski”.
Mechanizm ten sam:
najpierw identyfikacja chwastu, potem jego moralna delegitymizacja, a na końcu wezwanie do walki — duchowej, społecznej, symbolicznej.
To właśnie zjawisko felieton trafnie demaskuje:
nie „eksces”, nie „wybryk”, nie „niezrozumienie Ewangelii”, lecz powtarzalny wzorzec.
A fakt, że współczesny arcybiskup, stojąc na Wawelu, nazywa część obywateli „nienawidzącymi Polski”, idealnie potwierdza diagnozę felietonu:
język wykluczenia i demonizacji zawsze wraca w formie odświeżonej, nigdy ulepszonej.
Jest w tym nawet pewna groteskowa precyzja: 14 procent.
Jakby w Ewangelii dopisano przypis:
„a chwastu było dokładnie czternaście miar, według pomiaru świątynnego”.
Absurd tej arytmetyczno-moralnej akrobatyki świetnie uzupełnia tezy tekstu:
Kościół – w sensie instytucjonalnym, hierarchicznym, retorycznym – nie gubi się.
On jest jak dobrze naoliwiona maszynka do produkowania winnych.
I dokładnie o tym jest felieton:
o strukturze myślenia, które zawsze znajdzie „złych”,
zawsze wskaże „winnych”,
i zawsze zrobi to w imię dobra, miłości, wiary lub Ojczyzny.
Przykład Jędraszewskiego pokazuje, że ta logika nie ogranicza się do radykalnych działaczy czy biskupów z V wieku. Ona żyje, oddycha i wygłasza kazania na narodowych mszach. Wciąż gotowa, by wyciągnąć nową porcję „kąkolu”, który przeszkadza pszenicy rosnąć godnie i w zgodzie z nauką Instytutu Psychologii PAN, jeśli akurat pasuje do narracji.
Podsumowując:
felieton obnaża zjawisko, które u nas ma rangę narodowego sportu — moralne plewienie społeczeństwa. Wersja starożytna: „synowie Złego”. Wersja średniowieczna: „heretycy”. Wersja współczesna: „zawstydzeni, rozczarowani, niekochający Polski”.
Awersja zawsze ta sama: oni.
I tu właśnie autor dotyka sedna – nie wolno dać sobie wmówić, że to naturalny język wspólnoty. To język władzy. I to władzy, która boi się różnorodności bardziej niż pieca opalanego metaforami.
W tym sensie felieton robi robotę: ośmiesza, obnaża, ale i ostrzega.
A przykład Jędraszewskiego jest do tej diagnozy jak wisienka na torcie —
gorzka, przedawkowana kadzidłem, ale niezbicie dowodząca, że autor tekstu trafił w punkt.
Bo kto potrzebuje Goebbelsa, skoro ma się Ewangelistę i statystykę z sufitu?
To ważne by sięgać do źródeł. Niebawem napisze o książce, która również sięga do źródeł, a dokładnie do tekstów pozostawionych przez ok 1000 kapelanów wspierających mozolne wysiłki armii Hitlera by zdobyć świat. Tez sięgali do Nowego Testamentu, tak jak polscy biskupi.
Bardzo lubię komentatorów, którzy tak dokładnie przeczytali tekst, że dopowiadają do niego drugie tyle, a czasem więcej. Przypomina to typ kazania określanego jako wykład ewangeliczny – ksiądz czyta Pismo, a potem je powtarza, objaśniając na swoją modłę. „O biskupach i chwaście” to felieton-cacko, majstersztyk, ożywczy powiew i smakowita potrawa. Ja tylko Autorowi dziękuje!
Felieton Pana Tadeusza Zatorskiego to, jak zwykle, głos odważny i kompetentny, doceniający wagę rzetelnej polemiki i historycznej perspektywy. Autor nie boi się stawiać niewygodnych pytań wobec schematów myślenia o Kościele i jego historii, jednocześnie z empatią przywołując konteksty biblijne, filozoficzne i współczesne. Takie teksty, oparte o wiedzę, kulturę dyskusji i intelektualną uczciwość, budzą uznanie i szacunek – zwłaszcza w czasach, gdy publiczna debata bywa zdominowana uproszczonymi narracjami.
*
Dla rozluźnienia stara anegdota, o tym jak perspektywa badacza modyfikuje przedmiot badania: Siostra zakonna prowadzi lekcję religii w klasach I-III i zadaje pyaanie. „Dzieci, co to jest – małe, rude, ma puszysty ogon i skacze po drzewach ?” Chwila konsternacji i wstaje Jasio: „Logicznie to powinna być wiewiórka, ale że to siostra pyta to pewnie Pan Jezus !”.
Ach to miło, ze GW tekst wydrukowała nawet jeśli to się się stało z pewnym opóźnieniem. A ze przy okazji SO jest współwydawca tego błyskotliwego felietonu to chyba i czytelników GW ucieszyć może. W teologii istnieje ciekawe, choć nieco mylące pojęcie felix culpa, które uczestnicy liturgii wielkanocnej mogą pamiętać. W tym wypadku jego zastosowanie jest jednoznaczne.