17.03.2019

Gdy Umberto Eco (1932-2016) opublikował w 1980 roku swoją pierwszą powieść Imię róży, miał 48 lat. Wcześniej był znany przede wszystkim z poważnych dzieł filozoficznych, takich jak Pejzaż semiotyczny czy Dzieło otwarte. Był też wziętym i przenikliwym publicystą. Wychowany w katolickiej rodzinie, jako nastolatek stracił wiarę. Jednak religia interesowała go całe życie. Znana jest jego korespondencja z kardynałem Caro Maria Martinim, opublikowana w 1995 roku i tłumaczona na wiele języków w tym również po polsku jako pytania W co wierzy ten, kto nie wierzy? Niektórzy w tej przyjacielskiej wymianie poglądów widzą zwiastun coraz bardziej powszechnej kultury postsekularnej. Ja też tak na tę książkę patrzę.
Po przeczytaniu prozatorskiego debiutu Tadeusza Bartosia (ur. 1967) Mnich. Historia życia, którego nie było, zdałem sobie sprawę z tej zbieżności. Do tej pory znałem Bartosia przede wszystkim z książek filozoficznych i pierwszego w języku polskim krytycznego studium polskiego papieża Jan Paweł II. Analiza krytyczna. W latach 1997-2007 był członkiem zakonu dominikanów. Jako dominikanin wydał dwie ważne książki filozoficzne: Tomasza z Akwinu teoria miłości. Studium nad Komentarzem do księgi „O imionach Bożych” Pseudo-Dionizego Areopagity i Metafizyczny pejzaż. Świat według Tomasza z Akwinu. Ta pierwsza to jego doktorat, a druga to habilitacja. Po opuszczeniu zakonu Bartoś nadal publikował książki nawiązujące twórczo i krytycznie do Aquinaty: Wolność, równość, katolicyzm i Koniec prawdy absolutnej. Tomasz z Akwinu w epoce późnej nowoczesności. Nie uszło też mojej uwagi jego tłumaczenie opasłego tomu Tomasz z Akwinu, Komentarz do Ewangelii Jana. Zawsze też z zaciekawieniem odnotowywałem teksty publicystyczne Bartosia.
Debiut prozatorski Tadeusza Bartosia przypadł dokładnie w 48 roku życia. Czy otworzy, śladem Eco, nowy rozdział w jego życiu? Nie jest to wykluczone. Podobnie jak w przypadku włoskiego semiologa mamy tu bowiem do czynienia z ciągłością. Fikcja literacka jest bowiem zanurzona we wcześniejszych pracach filozoficznych i w pewnym sensie pozwala dopowiedzieć sprawy wymykające się dyskursowi akademickiemu.
Najchętniej sporządziłbym antologię wypisów z Mnicha, ale obawiam się, że w taki sposób zepsułbym przyjemność lektury. Jest to doprawdy książka ze wszech miar godna polecenia, zwłaszcza dzisiaj, gdy język religijny uległ tak gwałtownej degradacji i to za sprawą przedstawicieli zinstytucjonalizowanej religii, a zwłaszcza najpotężniejszego wyznania w naszym kraju.
Tadeusz Bartoś udowadnia, że nawet spędzenie 20 lat w zakonie nie paraliżuje ani myślenia, ani metafizycznego niepokoju. Jan-Benedykt to niezwykłe zupełnie wcielenie dziecięcia XXI wieku, które padło ofiarą iluzji, ale też zwycięsko się z niej podniosło. Jest to zwycięstwo paradoksalne i wcale nie oczywiste. Na czym polega — dowie się o tym ten, kto Mnicha przeczyta. Ja tylko na koniec dodam, że jest to wyjątkowe wyzwanie zarówno dla wierzących, jak i dla niewierzących. I jedni i drudzy będą zapewne wysoce poirytowani brakiem jasnych deklaracji bohatera/narratora/autora. Dzieje się tak dlatego, że wszyscy trzej jak ognia obawiają się dookreśleń i etykietek.
Pozwolę sobie jedynie na trzy cytaty. Jeden to opis stanu ducha Benedykta kartaza (to jego zakon gdzieś we Francji):
Benedykt nie chciał być ani wierzący, ani niewierzący. Gdyby to coś pomogło, wolałby być wierzący i niewierzący zarazem. Wiara to proces, myślał wtedy, choć samego słowa ‘wiara’ coraz bardziej nie znosił: pobrzmiewało bezbrzeżnym fałszem, obciążone zapałem fanatycznych dyletantów, kontrolerów poprawności myślenia, duchowych troglodytów.
Drugi to refleksja narratora, który z sympatią opisuje perypetie zakonne Benedykta, a zwłaszcza zmagania i różne wewnętrzne gierki różnych koterii w świecie kartazów. Zastanawiając się nad rolą zakonów w Kościele katolickim, a zwłaszcza ślubów posłuszeństwa i czystości stwierdza:
Katolicyzm jest religią śmierci, drogą zbliżenia się do śmierci, pozbawienia życia, w której jedni biegną szybciej, a drudzy wloką się niemiłosiernie, oddając przysługi naturze, jej prokreacyjnym prawom. Katolicyzm jest pełną przemocy gnostycką sektą. Jest satanizmem.
A trzecie dotyczy pojmowania miejsca miłości w życiu ludzkim. Temat niby oczywisty i aż banalny, ale jak się okazuje można i na tę sprawę spojrzeć w sposób oryginalny, zwłaszcza jeśli zestawi się go z fetyszyzacją celibatu i jego pogardą dla ludzkiej właśnie miłości:
Tym, co naprawdę potrafi odsunąć tak ciężki grobowy kamień, jest miłość. Piękna i dobra kobieta, która dostrzega człowieka takim, jakiego on nie zna. Kobieta, której moc okazuje się większa niż siła doskonalonego przez wieki systemu kontroli nad człowiekiem. Widziałem taką miłość, widziałem, że jest niczym ogień przepalający lodowate wnętrze mnicha.
Chciałoby się dodać: błogosławieni, którzy takiej miłości doświadczyli
Co o tym wszystkim sądzi sam Bartoś, można przeczytać w odautorskim komentarzu:
Książka inspirowana osobistymi perypetiami autora. Podobieństwa do konkretnych postaci są jednak przypadkowe. Nie należy zwłaszcza utożsamiać głównej postaci z autorem. Nie jest on aż tak skomplikowanym tworem.
W istocie nie jest. Niemniej jednak jego prozatorskie dzieło prowokuje do myślenia. Tak jak prowokował powieściowy debiut Umberto Eco. Pamiętam ówczesne reakcje w Italii, gdzie wtedy wchodziłem w fascynujący świat teologii. Imię róży było jego ważnym dopełnieniem. Podobnie jest z Mnichem. Dopowiada ważne rzeczy o dzisiejszym katolicyzmie, również polskim. Mam nadzieje, że sprowokuje do myślenia nie tylko mnie.

