24.03.2019

Kilka tygodni temu, podobnie jak miliony Amerykanów, byłem zdziwiony i rozczarowany, gdy sędzia skazał Paula Manaforta, byłego szefa kampanii wyborczej Donalda Trumpa, na 47 miesięcy więzienia.
Udowodniono mu gigantyczne oszustwa podatkowe i notoryczne kłamstwa na temat współpracy z Moskwą składane pod przysięgą, po obietnicy współpracy ze śledczymi z zespołu spec-prokuratora Muellera. Oskarżyciel sugerował wyrok w przedziale 19-25 lat. Manafort dostał mniej niż młody Latynos przyłapany z woreczkiem kokainy.
Podobne rozczarowanie ogarnia tych Amerykanów, którzy prezydenturę Trumpa uważają za największą tragedię, jaka spotkała USA i światową demokrację w ostatnim półwieczu. Choć raport spec-prokuratora Muellera nie jest jeszcze znany — w chwili kiedy piszę te słowa, nie wiadomo jeszcze, czy kiedykolwiek poznamy go w całości — to wiadomo, że Mueller nie domaga się żadnych dodatkowych aresztowań. I mnie w pierwszej chwili dopadło rozczarowanie.
Lecz odrobinę głębsza refleksja podpowiada konkluzję, że być może ten raport, który nie żąda nowych głów, choć Mueller przyglądał się wielu obrzydliwym kreaturom, winnym czynów haniebnych, to triumf raczej, niż potknięcie Temidy. Bowiem zadaniem Muellera nie była ocena moralna ani prezydenta, ani szumowin, od których roi się w jego otoczeniu, a jedynie odpowiedź na jedno pytanie: czy istnieją niezbite dowody na świadome współdziałanie Trumpa z Rosją, które wpłynęło na wynik prezydenckich wyborów w USA 2016 roku?
Wielce prawdopodobne, że Trump nigdy nie usiadł do stołu z władzami Rosji, aby uknuć spisek i sfałszować wybory. Rosjanie są za mądrzy na takie numery, zwłaszcza gdy partnerem miałby być gość tak prymitywny i nieprzewidywalny jak Trump. Wiadomo, i Putin nigdy tego nie skrywał, że Moskwa nienawidzi Hillary Clinton.
Mniej elokwentny był, gdy go pytano, co Rosja była skłonna zrobić, aby w Białym Domu wylądował jej rywal. Szanse na taką szóstkę w totka szacowano nisko. Bardziej liczono, że Hillary trafi do Białego Domu mocno poturbowana, a przy okazji ucierpi autorytet moralny Ameryki. Wiadomo było także, zanim rozpoczął śledztwo Mueller, że od wielu lat jedynym liczącym się kredytodawcą Trumpa był Deutsche Bank, a maszyną depozytów w tym banku stał się jego moskiewski oddział. Pośrednio zatem, a czasem bezpośrednio, Trump był zależny od pieniędzy rosyjskich oligarchów i mafii — w przypadku Rosji niełatwo wyznaczyć linie demarkacyjne między tymi dwoma grupami.
A więc po to, aby wspierać Trumpa w wyborach Moskwa nie potrzebowała specjalnego porozumienia z Donaldem. Miała go tak czy inaczej w kieszeni. O tym, co wiedziała o jego grzeszkach, może jego ludziom powiedziała, a może tylko zasugerowała, jak wiele wie. Zaś czego chciała w zamian za fotel w Białym Domu też było jasne, bez atramentu i podpisów. Putinowi zależało przede wszystkim na zniesieniu sankcji, na izolacjonizmie w polityce zagranicznej, i na Ameryce na tyle uwikłanej w wewnętrzne spory, aby dać Rosji wolną rękę w osłabianiu demokracji w Europie i realizacji jego imperialnych marzeń. A więc, na przykład, odpuście sobie Syrię.
Wygląda na to, że Mueller nie jest w stanie udowodnić spisku. Trump pewnie odetchnął z ulgą, że Mueller zostawił w spokoju jego rodzinę, która ma kupę za uszami. Będzie mógł teraz powtarzać nieprzerwanie: „a nie mówiłem no collusion!?”. Jednocześnie trudniej mu będzie dezawuować amerykański system wymiaru sprawiedliwości i wieszać psy na Muellerze, czym zajmował się przez ponad 600 dni.
Lecz koniec śledztwa Muellera to dopiero początek śledztwa Izby Reprezentantów. Trump jeszcze zatęskni za elegancją i umiarem spec-prokuratora. Teraz w jego działalności na Twitterze coraz częściej gościć będzie oskarżenie Demokratów o „witch hunt” – polowanie na czarownice.

Andrzej Lubowski
Polski i amerykański dziennikarz i publicysta polityczno-ekonomiczny.
