Zbigniew Szczypiński: Strajk nauczycieli

14.04.2019

— albo-albo

Trwa strajk nauczycieli. Minęło kilka pierwszych dni. Planowane egzaminy odbyły się praktycznie bez przeszkód. Młodzież przeżywała stres, ale niespecjalnie większy niż ten, jaki towarzyszy każdemu egzaminowi. Strajkujący nauczyciele i egzaminowani uczniowie – to dało się pogodzić.

Czy naprawdę tak można powiedzieć? Nie sądzę!

Skompromitowana totalnie minister Zalewska wygłasza w mediach komunikaty o przeprowadzonych we wszystkich szkołach, dla wszystkich uczniów (a jest ich 350 tysięcy) planowanych egzaminów tak, jakby to była jej zasługa, dziękując dyrektorom szkół, kuratorom i wojewodom — a więc podległym sobie urzędnikom. W taki sposób, że do pisowskiego elektoratu ma dotrzeć prosty przekaz – rząd ma sukces, stało się tak, jak zapowiadał – że egzaminy się odbędą. I egzaminy się odbyły. Nauczyciele przegrali i będą przegrywać.

Przyglądając się temu, co od tygodnia dzieje się polskich szkołach, wsłuchując się w medialną wrzawę wokół strajku nauczycieli, można odnieść wrażenie, że nauczyciele trochę się pogubili. Pamiętam te wypowiedzi nauczycieli, zatroskanych o swoich uczniów, zapowiedzi, że na czas egzaminów zawieszą swój udział w strajku i będą razem ze swoimi uczniami w czasie dla nich trudnym, w czasie egzaminu. To miały być indywidualne decyzje strajkujących, kierownictwa związków zawodowych – organizatorów strajku mówiły jasno – to zawsze jest indywidualna decyzja nauczyciela i nie można go za to karać.

Z drugiej strony rząd organizował ekipy zastępcze, zapraszał za wynagrodzeniem różne osoby, byle miały pedagogiczne kwalifikacje. Prasa donosiła o komisjach przeprowadzających egzaminy, w których były siostry zakonne, katecheci, ale i strażacy straży pożarnej.

No to jak to jest – ilu nauczycieli, wrażliwych na los swoich uczniów w chwili próby zawiesiło udział w strajku, a ilu było tych z naboru, tych zastępców wysłanych przez władze, skuszonych pieniędzmi ekstra? Jakie są to proporcje? Bez wiedzy o tych — mierzalnych w końcu — danych, trudno powiedzieć kto wygrał tę pierwszą rundę.

Strajk wchodzi w drugi tydzień, każdy kolejny dzień to rosnące zniechęcenie i obawy. Władza straszy. Zapowiada sankcje. Tak robi każda władza. Ta jest szczególnie perfidna, a jej media celują w opluwaniu strajkujących nauczycieli i szefów związkowych central.

Co mamy po drugiej stronie? Mamy autentyczne wzmożenie moralne społeczeństwa obywatelskiego, mamy różne akcje poparcia ze strony rodziców i głosy solidarności i poparcia od ważnych postaci życia społecznego i artystów. Ruszyła zbiórka pieniędzy na fundusz strajkowy – idzie dobrze, ale liczba strajkujących jest naprawdę duża, potrzebne są poważne kwoty.

Jest jednak jeszcze coś, co nie przekłada się na twarde dane, na kwotę pieniędzy – wrócił klimat strajków z dawnych lat. Nie ma wprawdzie strajków solidarnościowych — takich, jakie pamiętamy, gdy górnicy strajkowali dla poparcia strajkujących pielęgniarek. To już nie wróci, inne jest prawo, inny jest świat. Wsłuchując się w głosy wielu ludzi, wiem jednak, że powstała taka zbiorowa świadomość wokół nauczycieli, wokół edukacji, wokół szkoły, że nie ma już miejsca dla minister Zalewskiej i jej reformy. Tej, którą władza przeprowadza w oświacie, mówiąc, że ma społeczne przyzwolenie — bo to było zapowiadane w programie, z którym PiS szedł do wyborów. To już nie działa, tak dłużej się nie da. Skala tego ożywienia jest taka, że szansa na mandat do parlamentu europejskiego pani Zalewskiej jest mała; według mnie, bardzo mała. I byłaby to jakaś sprawiedliwość dziejowa, gdyby minister Zalewska (już nie minister, bo za chwilę zostanie odwołana przy rekonstrukcji rządu) nie dostała mandatu. I co? Niech wraca do szkoły, na nauczycielski etat. Jeśli ją ktoś przyjmie.

To, co powinno się stać teraz, to jasne sprecyzowanie stanowiska związków wobec wyzwań, jakie są przed nimi. Czy mają się odbyć rady pedagogiczne decydujące do dopuszczeniu do egzaminów, jak strajkujący widzą sprawy związane z egzaminem maturalnym. Tu nie ma miejsca na hamletyzowanie, tu musi być wyraźne tak, tak – nie, nie!

Oczekiwanie, że rząd przystanie na negocjatora (kto miałby nim być, skoro RPO rządowi nie odpowiada? Może jakiś kościelny hierarcha, byle wolny od zarzutów pedofilii…) nie ma większych szans. Wysuwanie postulatu o powołanie negocjatora jest sygnałem słabości, a tu nie ma miejsca dla słabych. To niech rząd szuka niezależnych negocjatorów, a związki niech wyrażają na nich zgodę; lub nie.

Czas działa na niekorzyść strajkujących, z każdym dniem tracą pieniądze, rosnąć będzie zniecierpliwienie rodziców małych dzieci, tych z przedszkoli, zbliżają się święta – zły czas dla strajkowego heroizmu.

Teraz, od poniedziałku trzeba zwiększyć nacisk społeczny na rządzących. Liczba demonstracji pod urzędami w całym kraju musi wielokrotnie wzrosnąć. Należy przyspieszyć tempo zbierania pieniędzy (a może włączą się polskie firmy i polscy przedsiębiorcy). Trzeba zrobić wszystko, aby do strajkujących nauczycieli dotarł jasny przekaz – nie jesteście sami, macie racje, jesteśmy z wami.

Najgorsze co mogłoby się stać to załamanie strajku. Rząd świadomie szedł na zwarcie z nauczycielami – największą grupą budżetówki. Wygrana z nauczycielami to nie tylko klęska nauczycieli i całej oświaty, to klęska nas wszystkich niezgadzających się na rządy „dobrej zmiany”, na budowanie autorytarnych rządów jednego człowieka. Żyjącego we własnym świecie, niemającym nic wspólnego ze współczesnością, nowoczesnością i otwartością.

Naprawdę to jest duże wyzwanie. Przed nami wszystkimi.

avatar

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk


Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący StowarzyszeniaStrażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com