Ernest Skalski: List otwarty do L. Jażdżewskiego

Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego

Panie  Redaktorze,

Licząc na publikację i polemikę, pozwalam sobie przekazać panu uwagi, związane z pana wystąpieniem 3 maja oraz z jego skutkami.

Dobrze się słuchało pana w Auditorium Maximum UW. Jak na mój osłabiony słuch i niedoskonałość aparatów słuchowych, mógł pan może mówić nieco wolniej, lecz przeczytałem później to wystąpienie i znajduję je bardzo dobrym. Miał pan pełne prawo je wygłosić, a moje wątpliwości dotyczą tylko tego czy roztropne i polityczne było skorzystanie z tego prawa akurat w tym miejscu i w tym czasie.

Sam pan powiedział, że występuje jako supporter głównego mówcy, czego się należało spodziewać, lecz pan nim nie był.

Wiadomo było, że całe to wydarzenie ma miejsce w trakcie kampanii wyborczej o przełomowym dla Polski znaczeniu i nagłośnione wystąpienie Donalda Tuska może mieć na nią wpływ. Przewodniczący Rady Europejskiej nie zajmował w niej stanowiska, nie opowiadał się po żadnej ze stron. Wyznaczał ramy. Mówił o przestrzeganiu zasad i Konstytucji, o tym, że polityka ma być sporem, a nie walką na śmierć i życie. Było to jego przewodnią myślą i miało określić klimat wystąpienia. Pan zaś wystąpił z wyjątkowo ostrym atakiem, z użyciem dobitnych, efektownych retorycznie chwytów, w jednej tylko bardzo konkretnej sprawie. Nie odnosiło się do tego, co mówił Donald Tusk, odbiegało treścią i charakterem. Było wręcz przeciwstawne. Musiało wywołać szeroki, zdecydowany opór, doprowadzić do zaostrzenia konfliktu, który Donald Tusk w swym wystąpieniu łagodził. I przecież zdawał pan sobie sprawę z tego, co może nastąpić.

Kilka cytatów:

Jacek Parol (Portal www.studioopinii.pl)Po raz pierwszy, śmiem twierdzić, w naszej powojennej historii, tak mocno i jasno wybrzmiały publicznie zarzuty wobec Kościoła instytucjonalnego.

To było mocne, konkretne wystąpienie, jakże inne od happeningów Palikota czy popiskiwań BiedroniaSzykuje nam się nowa siła i nowa jakość w polityce. Inna droga i inna siła niż marketingowa i niepewna co do wyniku Wiosna, inna niż Platforma niezdolna w żaden sposób do wstania z kolan sprzed ołtarza.”

Rafał Stefaniuk („Nasz Dziennik”) „… Leszek Jażdżewski, redaktor naczelny magazynu „Liberte!”, na Uniwersytecie Warszawskim… szydził z Kościoła oraz kapłanów i wiernych”.

Prof. dr hab. Grzegorz Kucharczyk („Nasz dziennik”) „… to skandaliczne wystąpienie redaktora naczelnego pisma „Liberte!” nie było zwykłym wyskokiem – to był element całego ciągu wydarzeń, które mają na celu obrażenie i zniesławienie Kościoła katolickiego i wiary katolickiej.”

Wojciech Karpieszuk („GW”) „Każdy, kto ze zrozumieniem wysłuchał albo przeczytał opublikowane na stronach »Liberte!« przemówienie Jażdżewskiego, wie, że słowa o »świniach w błocie« nie dotyczyły Kościoła. Ale w tej grze nie chodzi o fakty”.

Uwaga: mało jest tych co to „ze zrozumieniem” Nie jest ważne co kto powiedział, lecz to, jak jest odebrane i jak funkcjonuje publicznie.

Leszek Jażdżewski („GW”) – „Nie sądzę, by ktoś przytomny uznał, że krótka, dziesięciominutowa mowa będzie miała jakiekolwiek znaczenie. Nadała jej znaczenie dopiero prawica narodowa, bo moje słowa były ciosem w splot słoneczny ich systemu”.

Uwaga: Cios w splot słoneczny to nie jest coś, co może nie mieć jakiegokolwiek znaczenia. Ten akurat ma i to duże.

Pan, panie redaktorze, zorganizował wystąpienie Donalda Tuska, a zaogniony przez pana konflikt przesłonił je w odbiorze. Jaki to zatem był suport? To Donald Tusk dowartościował pana start w dużej polityce. A chyba nie tego oczekiwano.

Pozwolę sobie odnieść się do meritum tego, czym pan się zajął.

Kościół, przez co będziemy rozumieć cały kompleks spraw z nim związanych, to jedna, lecz nie jedyna i bardzo ważna, ale nie najważniejsza, ze spraw, które stoją przed Polską. Egzystencjalną koniecznością jest przede wszystkim odsunięcie od władzy PiS i to już w tegorocznych wyborach.

Polska jeszcze nie jest w ruinie, ale będzie, jeśliby miała być kontynuowana gospodarcza i społeczna polityka PiS. Tego przecież liberałowi nie trzeba tłumaczyć. Jak i tego, że władza PiS rujnuje państwo, zamienia jego instytucje w wydmuszki, że podporządkowując sobie wymiar sprawiedliwości i dysponując aparatem przymusu, ogranicza stopniowo wolność obywateli, co może doprowadzić do pozbawienia nas faktycznej możliwości wyboru władzy. Że izoluje nas w Europie, działa na rzecz osłabienia Unii Europejskiej, szkodząc naszym interesom i narażając nasze bezpieczeństwo.

W tej napiętej i bardzo niepewnej sytuacji, w decydującym czasie kampanii, tak jak w czasie meczu czy sprawy sądowej, należy podejmować tylko te przedsięwzięcia, które służą osiągnięciu sukcesu. Nie wolno tracić czasu i energii, rozpraszać się na inne, skądinąd też ważne sprawy. A już na pewno nie robić niczego co temu celowi zagraża. Jak na tym tle wygląda podjęta przez pana ostra, nie zaprzeczam, że merytorycznie słuszna, krytyka Kościoła?

Czekające nas wybory powinny doprowadzić do zasadniczej zmiany obecnej sytuacji, odtworzenia państwa prawa i wolności, w takim kształcie, by uniemożliwić w przyszłości powtórzenie parlamentarnego zamachu stanu. Powinny przywracać Polsce ważne miejsce w Europie.

Konsensus w tych podstawowych kwestiach umożliwił bardzo różnym siłom politycznym stworzenie Koalicji Europejskiej i oby zapewnił jej przetrwanie do wyborów parlamentarnych, z jak najszerszym poparciem wyborców. Czy budowaniu i utrzymaniu tego możliwie najszerszego poparcia służy zasadna – zasadna, powtarzam – krytyka Kościoła, jego postępowania, jego pozycji w społeczeństwie i państwie?

Fakt, że Kościół funkcjonuje w niezdrowej i szkodliwej symbiozie z aktualną władzą. Oba te człony wspierają się wzajemnie. Trzeba więc sobie odpowiedzieć na pytanie; czy ostra krytyka Kościoła wzmacnia, czy osłabia spoistość tego układu? Czy pod wpływem tej krytyki Kościół wycofa się z popierania PiS, a PiS się od skrytykowanego Kościoła odetnie?

Widzi pan oczywiście, że to retoryczne pytania. Można tej retoryce zarzucić, że jest rezygnacją z głoszenia zasad na rzecz taktycznych rozgrywek, lecz rezygnacja ze skutecznej taktyki oznacza niemożność realizacji zasad. Tej jesieni możemy diametralnie odwrócić sytuację polityczną, usuwając władzę PiS. Co możemy uzyskać z Kościołem, którego przecież nie usuniemy? Sporo. To pytanie już nie jest retoryczne.

Zniknie, nieustanna przy władzy PiS, groźba całkowitego zakazu aborcji, będzie refundowana procedura in vitro, nie będzie przeszkód w dostępie do środków antykoncepcyjnych, zdecydowanie łatwiej będzie o dokonanie legalnej aborcji, zdecydowanie mniej będzie wykręcania się klauzulą sumienia. Obywatelom będzie oszczędzony, budzący zażenowanie, widok prezydenta RP, premiera i ministrów, na kolanach, w jednym rządku w kościele. Jarosław Kaczyński, ze swymi akolitami, będzie mógł klęczeć na swój i swojej partii rachunek. Ta wizerunkowa zmiana będzie odbiciem faktycznej zmiany, która na pewno zaistnieje w stosunkach państwa z Kościołem, choć nie będzie to jeszcze w pełni stan pożądany.

A skąd się wziął ten stan, też zdecydowanie niepożądany?

Trzydzieści lat temu Kościół odegrał ważną rolę w dokonywanych przemianach ustrojowych i w przejmowaniu władzy przez ówczesną demokratyczną opozycję. W poprzednich latach była ona wspierana przez niektóre instytucje kościelne i wielu duchownych. A kiedy decyzją premiera Mazowieckiego i ministra Samsonowicza wprowadzono naukę religii do szkół, to był to nie tyle akt wdzięczności, ile przywrócenie wielowiekowej tradycji, naruszonej przez realny socjalizm.

Później był rok 2015, przełomowy procesie klerykalizacji państwa, które za aprobatą obecnej władzy staje się stopniowo teokracją. Tak więc, ciągu ostatnich trzydziestu lat, istotne zmiany w położeniu i roli Kościoła w państwie zależne były od zmiany władzy i zapewne tak będzie kolejny raz. Dobrze, jeśli w bieżącym roku.

Jeśli zatem nie chcemy dominacji Kościoła nad państwem, trzeba zacząć od usunięcia państwa spod władzy PiS. I przywrócenia stanu opartego na preambule do Konstytucji, na którą się powoływał Donald Tusk podczas spotkania, na które pan go zaprosił. Ten stan też już wielu w Polsce uwiera, lecz Konstytucja wyraźnie stanowi, w jaki sposób ją można zmienić. Stałym problemem pozostanie wpływ Kościoła jako instytucji i kleru, jako grupy normotwórczej, na społeczeństwo. To się zmienia w procesie cywilizacyjnym, ale nie z wyborów na wybory. Byłem świadkiem tych zmian w okresie już kilku pokoleń.

Dla władzy autorytarnej, jaką montuje PiS, Kościół może być użyteczny jak sojusznik i wsparcie. Dla totalitarnej, w szczytowym okresie stalinizmu,1948 – 1956, była to konkurencja. Mogła ta władza internować prymasa, skazywać biskupów, konfiskować majątki i zamykać szkoły kościelne, wyganiać zakonnice i zakonników ze szpitali. Ale nie mogła się porwać na zamykanie i wywózkę proboszczów i wikarych, na bezczeszczenie kościołów, przetapianie dzwonów, przymusową powszechną ateizację. Nie była w stanie pozbawić podstawowej masy ludności, szczególnie wsi, miasteczek i przedmieść, niedzielnych mszy, pasterki i rezurekcji, majowych nabożeństw, procesji i przyjmowania księży po kolędzie. I tym bardziej: zakazać chrztów, komunii, ślubów i pogrzebów. Nawet dla większości ubeków, milicjantów, nie mówiąc już o żołnierzach, byłby to niewyobrażalny zamach na ich rodziców, rodzeństwo, kumów.

Ludzie bronili nie tyle tego, co jest zawarte w credo, lecz kultury, w której wyrastały pokolenia, swoistego raison d’etre. Ze sposobu życia przeważnie trudniej się rezygnuje niż z zasad; i z tym trzeba się liczyć, również w zmienionej rzeczywistości XXI wieku.

Przemiany cywilizacyjne i kulturowe idą w kierunku laicyzacji i sekularyzacji społeczeństwa, co wyraża się w postawach i zachowaniu wielu ludzi. Ale wielu nie znaczy wszystkich. A u większości z tych wielu nie odbywa się to drogą nagłej iluminacji, ale stopniowo. I nie obejmuje hurtem wszystkich elementów mieszczących się w liberalnym pakiecie.

„Nasz Dziennik” o. Rydzyka uważa za konieczne publikowanie plakatu wzywającego do godnego ubioru w domu bożym; bez odkrytych ramion, dekoltu, gołych pleców i kolan, legginsów, getrów, szortów, bez żucia gumy i włączonego telefonu. Nie do wyobrażenia sobie był tego rodzaju apel, gdy byłem ministrantem zaraz po wojnie. Podobnie jak ubolewanie arcybiskupa Gądeckiego z tego powodu, że zdecydowana większość par żyje ze sobą bez ślubu i to z aprobatą rodziców, a nawet dziadków. To nie jest okazjonalny przedślubny seks, który był zawsze, lecz wspólne gospodarstwo domowe, rodzina, często z dziećmi. Po jakimś czasie pary te biorą ze sobą ślub kościelny albo i nie. Dzieci przeważnie się chrzci, choćby po to by nie pozbawiać ich frajdy pierwszej komunii. Zmienił się sposób życia, inne są obyczaje, grzechy się traktuje wybiórczo, co znaczy, że nie wszystkie się skreśla z listy. Autorytet Kościoła i księdza zmalał, ale nie zniknął całkowicie. Opiera się na obyczaju i presji środowiska, na czymś takim, jak powszechne poczucie niestosowności, które nie pozwala poprzeć czegoś, co jest wymierzone w Kościół. Nawet gdy ma się doń krytyczne podejście. Tego nie zmieni się aktem prawnym.

Są tacy, którzy by wyprowadzili naukę religii ze szkół, gdyby nie było to związane z wożeniem dzieci w dwa miejsca miast w jedno. Ponad połowa badanych akceptuje związki partnerskie homo, ale ponad trzy czwarte nie chce oddawania im dzieci. Z różnych zeszłorocznych badań wynikałoby, że tylko około jedenastu procent popiera całkowity zakaz aborcji. Od 38 do 69 procent jest za aborcją na życzenie. Przeciw, ale nie za zakazem, jest od 32 do 44 procent. Sytuacja jest niejasna i zmienna, ale postulat „na życzenie” podzieliłby tę większość, która jak dotąd skutecznie odpiera naciski Kościoła i powstrzymuje PiS, nieustannie naciskany w sprawie całkowitego zakazu.

Kościół broni się przed świadomością, że laicyzacja-sekularyzacja jest nieuchronnym procesem cywilizacyjnym. Wygodniej mu każdą próbę krytyki przedstawiać jak zorganizowany atak wrogich sił, ideologii gender, czy czegokolwiek, co sobie dogodnie zinterpretuje. Frontalny nań atak, taki jakim jest pana wystąpienie, to wchodzenie na wyznaczone przez Kościół pole, które nie pokrywa się z płaszczyzną zasadniczego sporu w polityce. To Kaczyński chce, aby się pokrywało, głosząc, że atak na Kościół jest atakiem na Polskę. Z jednej strony musi on głosić swoją proeuropejskość, a z drugiej licytować się ze skrajnie bogoojczyźnianą prawicą. Skutek, na którym mu zależy, to poparcie ze strony tych, którzy mogą być neutralni politycznie, ale nie akceptują ostrej krytyki Kościoła i zmian obyczajowych, którym on jest przeciwny. Nie ma potrzeby, aby ich mu napędzać.

Ta krytyka w połączeniu z walką o pakiet zmian obyczajowych stała się polem działania lewicy, której PiS podebrał tradycyjnie lewicowe postulaty społeczne. Jej aktywność na tym obszarze utrudnia bycie w opozycji, czy popieranie jej tym, którym nie po drodze z Kaczyńskim, lecz którym też nie podoba się liberalizacja obyczajów oraz atak na Kościół.  Ich głosów może zabraknąć opozycji, która musi jak najwięcej ludzi przyciągać i jak najmniej zrażać.

W sumie to obraz złożony, niestały, który tylko częściowo pokrywa się z podziałem na Polskę solidarną i Polskę liberalną, na obóz władzy i opozycję. Natarcie na Kościół i postulaty obyczajowe to tworzenie nowych konfliktów, nowych frontów. A praktycznie frontu, który może podzielić uczestników Koalicji Europejskiej. Choćby elektorat PSL, ale nie tylko. Ludność wsi, też się laicyzuje, lecz w mniejszym stopniu niż w dużych miastach i na pewno niecała. A liczy się każdy procent.

Aktywiści, dla których głównym wrogiem jest Kościół, a głównym celem postęp obyczajowy, celowo, lub mimowolnie, grają na efekt, gdyż ich tematy budzą większe emocje niż analiza prawna i gospodarcza. „Liczy się, kto lepiej zagra. Kto wrzuci temat, którym zaskoczy przeciwnika. Jak gdyby umiejętność twittowania i politycznego spinu stanowiła o predyspozycjach do rządzenia, czy czegokolwiek innego” – to stwierdził pan, panie redaktorze.

Ci ludzie nie widzą, czy nie chcą widzieć złożonej rzeczywistości. Znajdują się w swoistej bańce ideowej, unoszonej na rosnącej fali laicyzacji. To ich coraz bardziej uaktywnia; „PO przez osiem lat nic nie zrobiła w sprawie związków partnerskich i znowu każą nam czekać!” Nie uwzględniają tego, że w polityce trzeba wiedzieć co i kiedy należy robić szybko, ale też, że z pewnymi posunięciami trzeba umieć poczekać. Nie biorą pod uwagę tego, że polityka to realizacja celów, a niekoniecznie okazja do wyrażania swoich poglądów. Spełniają się, walcząc o postęp obyczajowy. Podobają się sobie z tymi swoimi poglądami. Nawet słusznymi, lecz szkodliwymi z punktu widzenia podstawowego problemu Polski: czy PiS będzie nią nadal rządził, czy nie.

Taki modus vivendi et operandi jest specjalnością szeroko rozumianej lewicy. Chyba zgodzi się pan, że nie współgra z liberalizmem.

Tak sądzę, lecz – w przeciwieństwie do Lutra – mogę inaczej, jeśli zostanę przekonany.

Z wyrazami szacunku i życzeniami powodzenia,


Ernest Skalski

Dziennikarz, historyk


Ur. 18 stycznia 1935 r. w Warszawie
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com