WaszeR Londyński: Odmieńcy

15.06.2019

Pochodził z Gnójtonic, mieściny położonej na newralgicznym szlaku administracyjno-handlowym, w centralnym pustkowiu krainy, gdzie i kościółek, i ratusz, i rynek z karczmą pospołu, otoczone lichymi domostwami z ambicjami kamienic i zamykające w swym obrębie kierat nie za bogatego życia mieszkańców.

W jaki sposób teleportował się do umownej teraźniejszości ten wczesnośredniowieczny nieokrzesany osobnik, pozostawało najściślejszą tajemnicą nawet chyba dla niego samego. Bardzo szybko akomodował się do nieznanego mu do tej pory świata, instynktownie wyczuwając koniunkturę, a efekty przystosowania przeszły najśmielsze wyobrażenia. Stał się aż za typowym przedstawicielem swojego Ludu, co jego samego nieustannie ładowało napuszoną dumą, a co nie przysparzało mu jednak spodziewanej chwały, szczególnie w gronie pobratymców żrących się między sobą zajadle a skrycie w trosce o własne ogony.

Panujące zasady były przecież, tym bardziej dla niego, przybysza z dawnej epoki, proste i zrozumiałe: bezwzględna wierność i oddanie władcy, bezkompromisowe pięcie się po szczeblach kariery, wydzieranie najdrobniejszych bodaj korzyści w każdej formie, miejscu i czasie. Cichcem zaś budowanie własnej potęgi. Dzięki więc wrodzonym specyficznym zdolnościom nie dopadł go los outsidera.

Przeciwnie, poradził sobie z nieskrywanym ostracyzmem i z łatwością odnalazł się w głównym nurcie. W krótkim czasie dolizał się nobilitacji uzyskując znaczącą pozycję jednej z pierwszych wiernopoddańczych, zakutych w pancerz i nabitych ćwiekami, pał w drużynie, jaką od lat przezornie montował ponadlokalny satrapa i dość szybko wślizgnął się na szczyt ofiarowanej mu przez los niezbyt wysokiej drabiny awansów. Nie nasycił tym trapiącego go głodu szarańczy, wypiętrzył zaś Himalaje marzeń, zwłaszcza o smakowitych wakatach pozostawionych misyjnym odpływem plemiennych gigantów. W każdej więc wolnej chwili, a tych z racji pełnionej nie do końca sprecyzowanej funkcji miał sporo, lewitował ochoczo w snach o potędze osiągając momentami poziom błogostanu zbliżony do nirwany.

*

Niewielki to w skali globu twór państwowy, funkcjonujący na ziemiach rozpiętych w dorzeczach kilku sporych jak na ten skrawek świata rzek, z których dwie wraz z dopływami stanowiły naturalne granice zewnętrzne, a trzecia, będąca odwiecznym symbolem owych ziem, oddzielała meandrami leniwego nizinnego nurtu wschodnie krainy ubóstwa od zachodnich dobrobytu, tak materialnego, jak intelektualnego.

Od południa jego bezpieczeństwa strzegły nie za wysokie góry problemów, zatwardziałych zwłaszcza w położonych u ich podnóży dolinach, od północy dostępu broniło na dwóch trzecich długości granic nie za głębokie morze nadziei, z wybrzeżem upstrzonym otwartymi na świat portowymi osadami.

Wydawać by się mogło to położenie ze wszech miar korzystne – tak do zawiadywania, jak i obrony, jednakże wielokrotnie na ziemiach tych wrzało prywatą i sobiepaństwem oraz przetaczał się przez nie we wszystkich kierunkach militarny walec dziejów. By w pewnym momencie lufami i bagnetami sąsiedzkiego żołdactwa zetrzeć z kart map istniejącą od stuleci państwowość.

Po grubo ponad wiek trwającym mroku, zawstydzone dzieje same, nie bez pomocy jednak dumnego, bohaterskiego narodu i złożonej daniny krwi, przywróciły sprawiedliwość moralną i terytorialną, w uszczuplonym już jednak wymiarze i okrojonym obszarze. Zdeptanym ponownie i oskubanym z ziem jeszcze bardziej po kolejnej w niedługim czasie światowej zawierusze, dodatkowo ustanawiając tym razem zawieszoną w charakterze ochronnego parasola wrażą łapę, rzucającą złowrogi cień na życie mieszkańców. I doprowadzając tym do radykalnych podziałów wewnątrz społeczeństwa.

Wtedy to bowiem, zrazu o nieostrych konturach i nienazwane, z czasem coraz wyraźniejsze, zaczęło się polaryzowanie społeczności, aż do utrwalenia specyficznego systemu kastowego, podziału na frakcję władzy, uduchowionych nietykalnych mistyków i ten najgorszego autoramentu ciemny lud. Dwie pierwsze grupy w przedziwny nieraz sposób utrudniały sobie życie i choć w różnych sferach, władzą jednak się dzieliły, trzecia starała się jak najmniej przy tej ich szarpaninie oberwać, a jak najwięcej im tej władzy uszczknąć.

Jedno w tym wszystkim było pomyślne: odtąd już wszelkie niesnaski i zatargi mieszkańcy mogli załatwiać wyłącznie we własnej zagrodzie i rodzinnym gronie. Przelewała się więc znów kilkakrotnie, tym razem bratnia krew, docierała świadomość narodowa i ewoluował kształt przyszłego samorządnego i niezależnego, zgodnego ze światowym trendem, organizmu państwowego.

Nastały lata względnego wyciszenia. I na tym gruncie w bólach poczęła rodzić się prosperity. Lecz niedługo, jak cień, jak przeklęte fatum, trop w trop ponownie zaczął podążać czas niesnasek i jątrzenia. I naród, wydawszy wreszcie pierwsze pokolenie nieznające batoga, za karbami tęsknie zaczął się rozglądać, wysłuchując podszeptów duchowych hochsztaplerów.

I po ćwierćwieczu podziwu godnego parcia w przód zdecydował w swej nielicznej masie, ale przecież — co świat na oczy własne widział — w demokratycznych rozwiązaniach, o zmianie swego status quo. I jakże nierozważnie zamienił res publica na privata res. Junta cywilna, która w wyniku psychologicznego manewru przejęła władzę, zachowała demokratyczne pozory wyłącznie na starcie, już tylko samym bezkrwawym osiągnięciem celu.

*

Przybysz z przeszłości pełen był podziwu dla niekoronowanego władcy tych ziem. Był dla niego nieosiągalnym wzorem – ten uważany we własnych kręgach za charyzmatycznego odnowiciela i tytułowany przez rozegzaltowanych wyznawców zbawcą narodu, a w rzeczywistości szczwany i bezwzględny lis polityczny, osobnik mały duchem a wielki przerastającymi go ambicjami, nienasycony władzy i zaszczytów, a unikający wszelkiej odpowiedzialności bezwzględny despota, marzący o władzy absolutnej.

Bo też twardą prawicą, chociaż, gwoli prawdy, dla posłusznych łaskawą i szczodrą, rządził Sławoraj Czykański, tworząc – jeszcze w młodości wymarzoną – krainę szczęśliwości. Swoją ideę fixe realizował, mając do dyspozycji las służalczych rąk, korce zakłamanych umysłów i splamionych honorów wśród domorosłych czyścicieli demokratycznych osiągnięć poprzedników.

Lata całe komponowania obozu politycznego, przeplatane drobnymi sukcesami i żenującymi porażkami, wchodzenia w niestrawne alianse i ścierania koalicjantów w pył, prania mózgów najuboższym i niedokształconym — soli tych ziem, zaowocowały wreszcie efektami na miarę niepodważalnego sukcesu — potężną armią zwolenników i skrojonym na miarę garniturem pretorianów. To spośród nich wyselekcjonowana została obsada teatru, na którego scenie wystawiane były nieskomplikowane, acz ekscytujące spektakle wykładające prostemu ludowi zawiłości sztuki rządzenia krajem.

Ze wszech miar było to konieczne w natłoku nierzadko mylnych tudzież przeczących sobie wzajemnie informacji, decyzji i posunięć. Nie udawało się tego uniknąć przy zaprowadzaniu nowego ładu, a ten oczywiście wymagał braku skrupułów i ofiar. Pojawiały się więc na eksponowanych pozycjach i niepostrzeżenie znikały nie lada intelektualne tuzy. Rozbłyskiwały ponadnaturalną jasnością i przygasały na niedostrzegalne skinienie demiurga, bowiem ulubioną taktyką satrapy było dokonywanie roszad, utrzymujących w szachu i strachu podległych jego satrapiej wielkości maleńkich poddańczych kukiełek.

Jednych ukrywał, gdy było to wymuszone okolicznościami, skazując na chwilowy bodaj niebyt – lub wyciszał zupełnie, zsyłając na intratną placówkę. Innych z tych samych powodów eksponował, ale na krótkiej smyczy i wyłącznie z wykutym dla nich na blachę własnej koncepcji planem działania. Organizował też oddziały harcowników, rozsyłane w teren z zadaniem przekabacania bądź terroryzowania mieszkańców, bogobojnie zasiedlających prowincjonalne osady tak interioru, jak peryferiów. Ostrząc sobie zęby na niełatwe do zastraszenia czy przekupienia okazałe grodziszcza.

A — bywało — podrywał nawet do lotu pospolite ruszenie, obarczone wyimaginowaną misją, w każdym jednak przypadku służącą ugruntowaniu jego despotycznej władzy. Tak, jak miało to miejsce w tej chwili, kiedy cała wataha najwierniejszych z wiernych — kwiat Veenatouzca — poczęła czynić przygotowania do opuszczenia narodowych pieleszy i udania się z krucjatą przeciwko unii ościennych państw, która to unia miała czelność pogrozić rodzącej się w bólach Arkadii.

Krainie będącej przecież nadal, dzięki dobrowolnemu akcesowi sprzed lat, jej integralną częścią i powodem do dumy!

*

Jak przez mgłę przywoływał pamięcią obrazki ze świata, z którego się wywodził. Myliły mu się postaci, fakty i daty, klisze bez ładu i składu nakładały jedne na drugie, niczego już z niczym nie potrafił sensownie powiązać. Ale jednego był pewien: tam był nikim. Istotą bez twarzy, własnego kąta i zajęcia, z żałosnym głodowym burczeniem w kichach, poszturchiwaną i przeganianą przez gnójtonickich miejskich pachołków.

Tu odzyskał twarz. Pojawił się po właściwej stronie, z niekwestionowanym pakietem walorów osobistych. Tu on był od połajania i poszturchiwania. I wiódł nad podziw komfortowe życie. I kiszki dzień w dzień odgrywały mu marsza weselnego. Z wdzięczności gotów był na każde skinienie wykonać najbrudniejsze zadanie. Obcy mu był strach i obrzydzenie, obce konwenanse i humanitarne zasady, zwykła ludzka przyzwoitość. To wszystko było niczym w porównaniu z płynącym do niego strumieniem dobrobytu. Błogosławił falę, która odmieniła jego życie.

– Tak… Tacy jak ja – tacy jak my! – zreflektował się błyskawicznie w poczuciu silnej więzi z potężną grupą i jej guru – zawsze i wszędzie damy sobie radę.

Rozmyślając tak i marząc w promieniach letniego słońca, Chamichuj z Gnójtonic zrobił sobie senne selfie na tle będącej pozostałością po wczorajszym przygranicznym performance zorganizowanym przez garstkę tych wściekłych przeciwników tworzonego porządku, biało-czerwonej tablicy z wymalowanym na niej udziwnionym ptaszyskiem i dwujęzycznym napisem, którą to miał właśnie zabezpieczyć dla toczącej się w ekspresowym trybie sprawy:

Wielkie Chciejstwo Pisuarii

Great Lust of Pisuaria

Granica Draństwa

WaszeR Londyński

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com