WaszeR Londyński: Dziki lud Veenatouzca11 min czytania

()

30.09.2018

I kto mógłby się spodziewać, że w początkach XXI w., w samym centrum racjonalnie myślącej i działającej Europy, ujawni swoją obecność nikomu do tej pory nieznane dzikie plemię…

Co innego jakieś tam Borneo czy Amazonia, gdzie pozostałości solidnie już przetrzebionych podzwrotnikowych dżungli nadal mogą kryć niejedno ogniwo nie do końca jasnego łańcucha rozwoju życia na Ziemi. Gdzie jeszcze dzisiaj całkiem realna jest możliwość napotkania smakoszy zgrillowanych przeciwników politycznych lub wyrafinowanych twórców i kolekcjonerów różnorodnych cielesnych trofeów: skalpów, zminiaturyzowanych czaszek bądź topowej biżuterii nie tylko z kostnych fragmentów.

Ale dzicy w Europie?! 

A tak!! Veenatouzca pozostali ludem, który jeszcze nie całkiem rozprostował plecy po niskostropowych niewygodach jaskiń, prymitywnym tak w świecie wierzeń, jak pojęć czy zachowań. Pomimo odwiecznego wtapiania się w szeregi homo sapiens dzięki naturalnemu procesowi mieszanych związków. Pomimo czerpania garściami z wybranych, zwłaszcza technicznych, osiągnięć współczesności. Pomimo dookolnych stymulujących wzorców zachowań nadal pozostali nieokrzesańcami.

Najtragiczniejsze w tym wszystkim jest to, że zdobywając coraz większy wpływ na życie społeczno-polityczne, współcześni Veenatouzca odciskają piętno na kształcie nowożytnych cywilizacyjnych przemian. Czynnie współtworzą historię cywilizacji, bowiem najprawdopodobniej zdołali rozprzestrzenić się na cały glob, tu i tam sięgając wyżyn władzy oraz przejawiając nieposkromiony apetyt na więcej. Na dużo więcej: na zmianę praw wszelkich i przebudowę newralgicznych instytucji pod kątem własnych potrzeb. A te, na drodze do celu głównego, mają aspekt czysto praktyczny: wypranie świadomości, umiejętności i nawyków u wszystkiego co żywe i stworzenie jednej uniwersalnej istoty „winatuskopodobnej”.

To właśnie wyszło na jaw i zostało roztrąbione we wszystkich kierunkach. 

W bliższym i dalszym świecie, zwłaszcza w kręgach intelektualnych i decyzyjnych, zapanowało niedowierzanie i konsternacja. Wraz z wystąpieniem podświadomych odruchów samoobronnych zainicjowane zostały działania celowe. Parlament Europejski przystąpił do obłożenia sankcjami dwóch krajów członkowskich, w których Veenatouzca hardo podnieśli głowy. Nadal neutralna Szwajcaria i coraz mniej tolerancyjna Szwecja odmówiły im poparcia. W USA rozpoczęto zakulisowe przygotowania  do impeachmentu, podejrzewając o najgorsze aktualnego prezydenta. Najgwałtowniej i najostrzej zareagowało Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Północnej Irlandii. Rząd Jej Królewskiej Mości podburzył własne społeczeństwo, zorganizował referendum i rozpoczął procedury Brexitu. Z obawy o bezpieczeństwo.

By blisko i dalekowschodnie „zarazy”, tak przecież różne, ale ad hoc posądzane o wspólne korzenie z odkrytym ludem, nie rozlały się na ich obszarze.

Doraźnie postanowiono nie wpuszczać na swoje terytorium bądź z niego deportować nienaturalizowanych osobników podejrzewanych o przynależność lub tylko sympatię do ludu V. A także zwiększyć inwigilację rodzimych obywateli. Inne europejskie kraje postąpiły bardziej roztropnie, idąc na przeczekanie, okraszone jednak dużą dozą nieufności.

Nieliczne przyklasnęły wietrząc naturalnego sojusznika. Do akcji hurmem ruszyli naukowcy, badacze i hochsztaplerzy wielu dyscyplin stricte i paranaukowych. Wkrótce zaczęły się pojawiać pierwsze publikacje. Sensacyjne i niewiarygodne. Ale w każdym przypadku zatrważające. 

Bo historię swoją, nierozerwalnie utożsamianą z religią, oczywiście, Veenatouzca mają: dziwną i niezrozumiałą dla tych spoza sfery. Nie posiadają najmniejszych śladów piśmiennictwa uwiarygodniających pochodzenie i rozwój, przedstawiających ewolucję poglądów i wyznawane sacra. Ale już treści samych tylko przekazów ustnych tak potrafią powalić, że oczy wychodzą z orbit i nie są w stanie bez pomocy na nie powrócić. 
Było to otóż w zamierzchłych czasach walk bogów o hegemonię w świecie widzialnym i niewidzialnym.

Do decydującego starcia przystąpiło dwóch najpotężniejszych z grona liczących się w panteonie: Bóg Lepszego Jutra – Touzc To-Po i Bóg Powrotu Ciemności – Duck To-Pees.

Klęskę poniósł ten drugi rozpraszając się w przestworzach wraz z całą swoją świtą. W ostatnim tchnieniu dał początek ludowi Veenatouzca, by po wsze czasy głosił prawdę, tropił pokolenia winnych tragedii i dokonywał na ich potomkach wyrafinowanej zemsty. Podobno ten ich Bóg reinkarnuje – tak przynajmniej wierzą wyznawcy – pojawiając się we wcieleniach aktualnych guru.

Prawda – nieprawda, wierni tam gdzie się da stawiają mu totemy, umieszczają gloryfikujące treścią tablice, przytaczają upamiętniające głazy. Organizują wspomnieniowe pielgrzymki nieustannie przypominające o głównym celu misji. Sakralizując owe poczynania, wykonują jednocześnie krecią robotę u podstaw. 

Veenatouzca w swej masie nie grzeszą błyskotliwością umysłu i owadzią pracowitością. To skutki genetycznych przekazów. Jednak już dawno doszli do genialnego wniosku, że obarczenie tak odpowiedzialnym zadaniem nie pozwala im rozpraszać się i rozdrabniać, odchodzić konarami nauk i kanałami działań zbyt daleko od głównego azymutu jakim jest powrót na szczyt światowej hegemonii. Postanowili więc realizować swe cele głównie w polityce, jako dziedzinie mającej największe możliwości trzymania ręki na pulsie, gwarantującej największe korzyści przy minimalnych nakładach.

I w zasadzie tam się popisują aktywnością, choć swoich mają wszędzie, zarówno tuzów, jak przeciętniaków; tak aktywnych, jak i w charakterze zahibernowanych agentów. Jest to siatka o dosyć gęstych oczkach. Wszędzie tam, gdzie są zdyscyplinowane i wierne jednostki, czy to na wierchuszce, czy w społecznych dołach, tam brużdżą wypracowanej przez pokolenia normalności posługując się insynuacjami, niejednokrotnie rażącym kłamstwem, czy innymi nieetycznymi, a nawet pozaprawnymi zagrywkami, cynicznie operując wachlarzem wulgaryzmów i inwektyw.

Na obszarach podwyższonego ryzyka wrzeniem społecznym nie stronią od stosowania najdrastyczniejszych form przemocy. Exitus acta probat. Zwłaszcza gdy szczytny cel przerasta dyplomatyczne możliwości lub potrzeby. Tak bardzo cenią sobie własne pochodzenie i odrębność, uważając się za boskich wybrańców, że na tym przekonaniu wypracowali rozliczeniowo-roszczeniową postawę popadając przy tym w grzech pychy i próżności. Wynosząc się nad inne ludy zamieszkujące Ziemię, tolerują jedynie niektóre z nich, inne potępiając w czambuł. 

System społeczny Veenatouzca oparty jest na swoistej odmianie matriarchatu, gdzie odgrywające drugorzędną rolę kobiety trzęsą światem zniewieściałych mężczyzn, stwarzając im przekonanie grania pierwszych skrzypiec. Im większy ciamajda i pantoflarz, tym otoczony gwarniejszym dworem klakierów i na pozór większą cieszy się estymą. A jeśli jest przy tym posiadaczem zasobnego konta, właścicielem bądź beneficjentem dobrze prosperującego biznesu, tudzież zasiadaczem odpowiednio prestiżowego stołka, jego los jako obiektu uwielbień i uwiedzeń jest przesądzony.

Zdobywczynie, włażąc ofiarom bezczelnie i bezwstydnie nie tylko do kieszeni, przejmują stery. Stają się automatycznie pasjonatkami medialnego brylowania. Jako te już szczęśliwe posiadaczki nowych twarzy: różne takie rzeczniczki, pijarki, praczki cudzych brudów, maglarki moralnych zagnieceń, często próbujące ukryć własne niekompetencje krzykaczki; nawiedzone cywilki lub wymuskane, karne oficerki.

Rozleniwieni i rozmemłani dojrzali mężczyźni Veenatouzca nie grzeszą odwagą i nie widzą siebie na pierwszej linii frontu w przypadku dziejowej potrzeby. Mają od tego niewyżyty jeszcze narybek – zastępy młodych i gniewnych, zdzierających gardła i szafujących groźnymi gestami, nie stroniących nawet od ręko i nogoczynów. Lubią sobie, co prawda, poharcerzykować w twarzowych moro, ale na wszelki wypadek inwestują w oddziały statystów, żywe atrapy żołnierskości.

I demobilizują i odzbrajają tam, gdzie nie wywąchują zagrożenia. Odwrotnie w miejscach zapalnych – mobilizują i uzbrajają. 

Dziki lud, czyli – by nie uogólniać, a ukonkretyzować – zachowania i działania na publicznym forum jego przedstawicieli, poddawane są nieraz bardzo ostrej społecznej krytyce. Tej lokalnej, wewnątrzpaństwowej i międzynarodowej. Każdy jej objaw spotyka się jednak z szykanami i represjami wszędzie tam, gdzie Veenatouzca rozpanoszyli się ponad miarę i czują swoją przewagę.

Tak w mediach głównego nurtu, na forach internetowych, jak w przedstawicielstwach władzy ustawodawczej i wykonawczej oraz instytucjach podległych. 

A konkluzja tych dociekań?

Jest jedna, co do tego zgodni są wszyscy wiarygodni badacze problemu, pomimo różnic w kwestii pochodzenia ludu, bowiem jedni optują za kosmiczną genezą, inni wskazują raczej ich zamierzchłą wschodnią proweniencję: mamy do czynienia z agresywną pasożytniczą tkanką żerującą na zdrowym organizmie społeczeństwa. I jest to już – o zgrozo! – problem globalny. W różnych krajach występuje z niejednakową siłą, w jego łonie dopatrzyć się można wielu frakcji, nieraz wzajemnie zwalczających się.

W europejskim kraju, w którym problem w krótkim czasie eksplodował z zatrważającą gwałtownością i od którego zaczęło się światowe rozpoznawanie zagadnienia, najbardziej radykalni to „daktopisi”. Frakcja super fanatycznych wyznawców bezwarunkowo i bezkrytycznie oddanych idei. Głównie to przedstawicie nizin społecznych, słabo wykształceni, o niskim statusie materialnym, sfrustrowani. Również różnej maści wichrzyciele próbujący okazyjnie upiec własną pieczeń.

Ze zdziwieniem natomiast stwierdzono wśród tamtejszych wyznawców Duck To-Peesa spory odsetek osobników dobrze wykształconych i sytuowanych, piastujących odpowiedzialne i prestiżowe stanowiska, o nieposzlakowanej we własnym środowisku opinii i niekwestionowanych osiągnięciach. Ci, podpierając się wypracowanym autorytetem, nieformalnie przewodzą pozostałym.

To tzw. karierowicze. Typy sprzedajne. Judasze. Bardzo rzadko jednostki wyjątkowo słabe, zestrachane, łaknące jakiegokolwiek dowartościowania za jakąkolwiek cenę. Częściej aroganci przekonani o własnej bezkarności, naiwnie przy tym wierzący w nieprzemijalność hossy. Operujący takimi narzędziami jak: z jednej strony pochlebstwem, przekupstwem, parasolem ochronnym nad nikczemnościami współbraci, z drugiej zaś wszechogarniającym strachem – przed utratą przywilejów bądź całą gamą prześladowań, z postradaniem wolności włącznie.

I ten właśnie paraliżujący strach jest głównym motorem napędowym zachodzących w tym kraju zmian niszczących demokratyczne dokonania pokoleń. Jest powodem destruującej desperacji i filtrem rozmywającym logikę przyszłej odpowiedzialności. 

Po przetrawieniu wszystkich tych sensacyjnych informacji świat wreszcie przejrzał na oczy. Stało się jasne, że za całym złem trawiącym planetę może stać Veenatouzca! No i psychoza z wolna wystartowała z bloków. 

Spekulacje dotyczące zaradzenia złu były naturalną konsekwencją lawiny cisnących się pytań. Jak rozpoznać wokół siebie wrogów ludzkości? Jak postępować w kontaktach z nimi? Jak poradzić sobie w zaistniałej sytuacji? Jak w ogóle żyć? A problemy niebłahe: z jednej strony nie dać się podeptać, stłamsić, z drugiej nie doprowadzić do polowań na czarownice, lub – nie daj Panie! – wybuchu światowej zawieruchy.

Niczym grzybami po deszczu obrodziło bioenergoterapeutami, czarodziejami, szarlatanami sypiącymi jak z rękawa dobrymi radami. Najrozsądniejsze jednak w tym kotle globalnej głupawki okazało się dmuchanie na zimne. 

Dziennikarze i pisarze zaczęli bać się pisać, a wydawcy publikować i drukować. Nawet używanie pseudonimu przestało chronić przed falą hejtu i hakerstwa oraz dociekliwością czynników bezpieczeństwa. Lekarze – wydaje się – pójdą niedługo z torbami zasłaniając się zbyt szeroko rozciągniętą klauzulą sumienia, by już bez tego sumienia krzyny skazywać pacjentów na nadmierne cierpienia tudzież ostateczne zejścia. Sędziowie i adwokaci coraz częściej gotowi byli korzystać z sugestii i ulegać naciskom, przez co drastycznie spadła ilość rozpoznawanych spraw, wzrosło natomiast, wraz z krzywą przestępczości, niezadowolenie społeczne. Co rzetelniejsi nauczyciele, nie chcąc zaszkodzić sobie i podopiecznym, wyklinając w duchu, zmuszeni, starali się z rozmysłem realizować nowe, ukierunkowane programy nauczania i przekazywać młodzieży wiedzę o czasach i postaciach wyklętych i wniebowziętych, jakby nie było Renesansu i dwudziestowiecznego skoku naukowo-technicznego, Kopernika, Galileusza czy Einsteina, a Woodstock i rewolucja obyczajowa, to tendencyjne mity.

Ludzie przestali się ze sobą porozumiewać, w konsekwencji przestali się rozumieć. Rozleciały się grupy do tej pory zatwardziałych przyjaciół, podzieliły rodziny. Jedynie wariaci i błazny, we wszelkich konfiguracjach, nadal potrafili dogadywać się bez problemu, tylko że z tego akurat nic konstruktywnego nie wynikało. A mogło i zaszkodzić.

Psychiatrzy i psychologowie już poczęli zacierać dłonie, zwiększać obsady gabinetów licząc na żniwa w postaci tłumów nowych frustratów. Znany tokijski psychiatra, twórca i propagator nowatorskiej metody wyprowadzania ze stresu jeszcze większym stresem tylko o przeciwnym wektorze, prof. Kazuhiro Yanietaki zrobił furorę w necie umieszczając na You Tube najkrótszy z możliwych filmik. Padają w nim słowa: „A ty…? Dostrzeżesz to natychmiast!” I sugestywny najazd kamery z zaciętej twarzy w lustrzanym odbiciu w głąb wystraszonych źrenic. 

Czyżby świat na prostej w kierunku krawędzi szaleństwa? 

No a ty…? Będziesz się rozglądał w najbliższym otoczeniu czy spojrzysz bez obawy w lustro? 

WaszeR Londyński

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. Walter Chełstowski 30.09.2018