Ludwik Turko: Komitet Obrony Demokracji – czyli czego?

19.06.2019

Liczne są wyobrażenia na temat początków Komitetu. Jeśli za inicjację struktur uznać pojawienie się nazwy i pomysłu na formę organizacyjną, to pierwszeństwo należy się tu Krzysztofowi Łozińskiemu, który w listopadzie 2015 wezwał do powstania, wzorem Komitetu Obrony Robotników KOR, Komitetu Obrony Demokracji KOD.

Odwołanie się do KOR-u miało zresztą charakter pokoleniowego sentymentalnego stempla. To przecież dopiero kilkumilionowa „Solidarność”, dość wobec KOR nieufna, była tą miną, która ostatecznie wysadziła forty komuny. W przeciwieństwie do mgławicowej struktury KOR, KOD miał mieć formę stowarzyszenia. W końcu warunki Polski roku 2015 nawet przy zakusach PiS odbiegały od warunków PRL lat 70’ ubiegłego wieku.

No i poszło… Mamy rok 2019, za sobą dwa doświadczenia wyborcze – samorządowe i do parlamentu europejskiego, przed sobą perspektywę wyborów parlamentarnych i prezydenckich. Czas refleksji, czas wniosków.

Nie wchodzi się nigdy dwa razy do tej samej rzeki. KOR był w pewnym sensie ilustracją metodologii politycznej – od szczegółu do ogółu. Tym wyjściowym „szczegółem” stali się radomscy robotnicy, którzy dostali się pod but komuny po protestach robotniczych w czerwcu 1976. Protesty te – w Radomiu i innych miastach – zostały wywołane zapowiedzią drastycznych podwyżek cen i przybierały czasem dość gwałtowne formy. Od obrony robotników do idei Wolnych Związków Zawodowych droga była bliska. Droga poszerzała się i obrastała naturalnie powstającymi punktami obsługi coraz liczniejszych podróżnych – samokształcenie, samizdaty, podziemne wydawnictwa, pomysły i spory polityczne – aż doprowadziła do „Solidarności”. I nic nie było już takie jak przedtem. Po obu zresztą stronach. 

KOD, chociaż semantycznie odwołujący się do KOR, wystartował od ogółu – od sprawy zagrożenia polskiej demokracji. W przeciwieństwie do dobrze określonego podmiotu działania KOR-u demokracja jest bardzo szerokim pojęciem, co do którego znaczenia wciąż toczą się dyskusje. Znaczeń tych jest zresztą cały legion, a wyobrażeń na temat demokracji jeszcze więcej. Różne te wyobrażenia stały się naturalnym paliwem rozpalającym wewnętrzny ogień w stowarzyszeniu, ogień jednak czasem niszczący, gdy demokracja rozpala żagiew anarchistycznego populizmu. W sposób naturalny, wynikający z okoliczności powstania KOD, uosobieniem zagrożenia polskiej demokracji stał się PiS – dla którego utożsamianie to jest politycznie okolicznością sprzyjającą. Wiele się na to składa.

W sytuacji, gdy podstawowym zadaniem jest obrona demokracji, a niszczycielem owej demokracji jest PiS, naturalnym odruchem jest powszechna mobilizacja, szeroki zjednoczony front walki ze wspólnym wrogiem, a głównym zawołaniem staje się – precz z PiS! Przywoływana jest retoryka wojenna, montowany jest opozycyjny alians, a głównym argumentem na rzecz jego powstania staje się arytmetyka systemu wyborczego. Najważniejszym zadaniem jest pokonanie przeciwnika, a po zwycięstwie się ogarniemy, ułożymy, uporządkujemy.

Paradoksalnie, pod hasłem przywrócenia demokracji wyrasta dwubiegunowy system polityczny. Trudno ten twór zresztą nazwać systemem politycznym, skoro jedna strona rządzi, a druga pokrzykuje wyłącznie — precz! W przyszłym katalogu zła wyrządzonego przez okres PiS na pierwszym miejscu umieściłbym totalne wyjałowienie polskiej sceny politycznej, wytrzebienie dyskusji, sprowadzenie sporów do bójki pijanych parobków. Wbrew optymistycznym oczekiwaniom powszechnego nie-PiS szczęścia, niełatwo się będzie z tego wygrzebać.

Optyka wojny totalnej, oparta na niejasnych wyobrażeniach o pra- i prapradziadach zawierających sojusze wspólnego frontu podczas drugiej wojny światowej, pociąga swą intelektualną łatwizną, ale jest dalece zawodna. PiS doszedł do władzy na mocy demokratycznej kartki wyborczej i tylko w taki sposób tej władzy może zostać pozbawiony. Nie ma innej drogi. Nie ma też dla PiS bardziej sprzyjającego scenariusza niż opozycja powtarzająca nieustannie i wyłącznie – byle nie PiS! Stworzymy programy odbudowy, rozbudowy i powszechnej zgody – gdy tylko się urwie łeb PiS-owskiej hydrze.

Komitet Obrony Demokracji błąka się po tym politycznym bezdrożu, wciąż nie mogąc znaleźć swego miejsca. Zapatrzony w płowiejący mit Komitetu Obrony Robotników wydaje się nie wiedzieć, że jest na deskach całkiem innego teatru, obsadzony w nieznanej mu roli.  W parlamentarnej demokracji, nawet tak okulawionej, jak jej obecne polskie wydanie, role polityczne są zastrzeżone dla podmiotów zbierających kartki wyborcze. Takimi podmiotami są wyłącznie szeroko rozumiane partie polityczne, ich koalicje i komitety wyborcze.

KOD włącza się, w dość przypadkowy zresztą sposób, w różnego rodzaju akcje, protesty czy inicjatywy – w zależności od lokalnych układów towarzyskich i organizacyjnych. Statutowo demokratyczny do szpiku kości KOD, chlubiący się kilkutysięcznym członkostwem, największym w tego typu organizacjach, nie jest w stanie odegrać żadnej sprawczej roli w prawdziwie politycznych rozstrzygnięciach – ani organizacyjnych, ani koncepcyjnych. Powtarzanie mantry o potrzebie jedności w obliczu zagrożenia jest w gruncie rzeczy wzmacnianiem dwubiegunowego scenariusza dziwacznej gry na politycznej szachownicy, gdzie jedna strona porusza się według szachowych reguł, a druga bezlitośnie wybija mu figury, twierdząc, że obowiązują reguły warcabowe.

Formalne konstytucyjne reguły demokracji są niezwykle ważne, są fundamentem gmachu europejskiego państwa prawa. Nie da się o nich zapomnieć ani ich pominąć. Mieszkańcy takiego domu, osadzonego nawet na najpotężniejszych i najtrwalszych fundamentach nie będą jednak szczęśliwi, gdy budynek będzie pozbawiony ułatwiających życie infrastruktury wewnętrznej – przewodów elektrycznych, instalacji ogrzewczych, sprawnie działających wind.

Opierając się nie na wojenno-powstańczych analogiach, ale na analizie zaszłości politycznych ostatnich kilku lat widać teraz, że obywatelska demokracja parlamentarna zasadza się na daniu wyborcom wyboru – pomiędzy partiami i programami. Partiami i programami dającymi im możność wpływu na to, jak wyposażony i urządzony będzie ich wspólny dom. Wyboru – niezależnie od realizowalności i realności owych programów, bo to jest już zupełnie inna historia. Demokracja bowiem jest nieustannym procesem uczenia się, uczenia się również na własnych błędach

Komitet Obrony Demokracji powinien podjąć ten temat, nawet jeśli analizatorzy wyborczej arytmetyki będą przekonywali, że jest inaczej, że tylko – kupą, mości panowie! Powinien podjąć ten temat, jeśli nie zadowala go rola drobnego trybiku w wyborczej partyjno-blokowej machinie. Powinien podjąć ten temat, jeśli ambicje ma szersze, aniżeli obserwowanie komisji wyborczych i grzecznościowe miejsca na partyjno-blokowych konwentyklach. Powinien, bo na tym właśnie polega demokracja.

Artykuł Krzysztofa Łozińskiego ze „Studia Opinii”, opublikowany w listopadzie 2015 roku, kończył się wezwaniem „A jeśli taka grupa ludzi sama, bez popychania palcem, nie umie się zebrać, to i nic nie zrobi”. Grupa się już zebrała, jak się okazało, nawet całkiem pokaźna. Wciąż się jednak zastanawia i sprzecza, w którą iść stronę.

Ludwik Turko

Profesor nauk fizycznych

Polski fizyk, polityk i nauczyciel akademicki, poseł na Sejm I i II kadencji, sędzia Trybunału Stanu (1997–2001).

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com