Andrzej Koraszewski: Wściekłość nieboszczyka i duma romantyków

24.06.2019

Wyciągnąłem z półki wyblakłą broszurkę, wydrukowaną na powielaczu przez Oficynę Wydawniczą „Pokolenie”. Na pierwszej stronie dedykacja od Autora  z grudnia 1989 roku. Broszurka nosi tytuł „Cela nr 3” i jest opowieścią o krótkim, zaledwie czterdziestogodzinnym zatrzymaniu jej autora w lutym 1984 roku. Cela ma sześć kroków na cztery, aresztant przemierza ją, przeglądając w myślach historię Polski.

Stryj Ignac powiedział mu w dzieciństwie, że za kratami nie wolno dopuścić do chaosu myśli. Aresztant jest dziennikarzem, jednym z nielicznych polskich dziennikarzy. Jest dziennikarzem, który odwiedził wszystkie polskie miasta powiatowe i tysiące gmin. Przemierzał Polskę wzdłuż i wszerz, pociągami, autobusami, pieszo, patrząc, słuchając i notując. Młodszemu pokoleniu jego nazwisko nic już nie mówi. Józef Kuśmierek, chłopski syn, samouk, bez matury, postrach mędrców partyjnych i opozycyjnych.

W 1949 roku pozbyto się go z „Trybuny Dolnośląskiej”, w 1990 z „Gazety Wyborczej”. W początkach pamiętnego roku 1984 Kuśmierek był jak alkoholik na odwyku. „Celę nr 3” otwiera zdanie: „Dwa lata, jeden miesiąc i dwadzieścia jeden dni nie wyjeżdżałem w Polskę”.

Podczas internowania w stanie wojennym Kuśmierek irytował się inaczej niż inni.

Dziennikarstwo, prawdziwe dziennikarstwo, to nie jest zawód, w którym można się »zatrudnić« od ósmej do szesnastej, z przerwami na wódkę, kawiarnię i jałowe plotki. Dziennikarstwo to narkotyk i trzeba go „zażywać”, coraz więcej i coraz więcej. Gdy takiego nałogowca odciągnąć od źródeł odurzenia, jakie daje nasycenie informacjami, zostaje wrakiem, ministrem  kinematogragii, rzecznikiem prasowym rządu, lub jeszcze gorzej, Prezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy PRL.

Józef Kuśmierek opisuje jak po wyjściu z Darłówka, gdzie siedział podczas internowania, zastanawia się jak stworzyć zespół młodych, niezdemoralizowanych redakcyjną pracą dziennikarzy, gotowych do spędzania życia w drodze, żeby zaczęli zbierać informacje o stanie Polski.

Korzystając ze swoich kontaktów, składa ofertę przewodniczącemu Rady Gospodarczo-Społecznej przy Sejmie. Co z tego, że reżimowy? „Łajdactwa już w samej rzeczy są niebezpieczne, ale łajdacy niedoinformowani, którzy do tego rządzą krajem, to już czyste samobójstwo”. Rasowy dziennikarz – pisze – musi mieć w sobie coś z Antystenesa. Każdego skurwysyna nazywamy cynikiem, ale bycie cynikiem autentycznym to wielka sztuka. Dziennikarz nie może brzydzić się światem […] dziennikarz musi poznawać świat takim, jakim on jest. […] Dziennikarz jest tym, który zdobywa informacje i przekazuje ją dalej. Tylko tym i niczym więcej”.

Ani politycy, ani redaktorzy naczelni nie znoszą takich maniaków. Wyśmiany, idzie dalej, do szefa Urzędu Miar i Wag. Chcąc się zmierzyć z problemami kraju, trzeba rzetelnych miar i wag, trzeba wiedzieć, jak głęboko zabrnęliśmy w nieuczciwe miary. Przyjęto go serdecznie i ze zrozumieniem. Pomysł ciekawy, ale bez szans na realizację. Naczelna Organizacja Techniczna też nie była takim pomysłem zainteresowana.

Społeczeństwo odcięte od informacji jest groźne dla samego siebie, informację zastępują mity, fałszywe pogłoski, podpowiadane przez nastroje chwili. Te nastroje mają zawsze większe szanse niż niepopularna informacja. Plotka i pogłoska – ukołysanie społeczeństwa, to rozbuchanie nadziei, niemających szans na spełnienie. Takie społeczeństwo z trudem przyjmuje prawdziwe informacje, a nawet je odrzuca, gdy burzą one fascynacje jakimiś marzeniami. Większość naszych nieszczęść miała swój początek w niedoinformowaniu albo, co gorsze, w pompowaniu fałszywych, ale  za to miłych „ku pokrzepieniu serc” preparowanych informacji.

W końcu dostaje zaproszenie do Gdańska od tamtejszego duszpasterstwa. 10 lutego 1984 znów wyrusza w podróż, zbierać informacje w terenie. W kilkanaście godzin później trafia do celi nr 3 w lokalnym Urzędzie Spraw Wewnętrznych.  

Monotonię celi trzeba wypełnić pracą myślową. Sześć kroków wzdłuż i cztery wszerz. Czy można proponować wznowienie tej broszury jakiemuś wydawcy? Gwarantowane straty, marnowanie papieru, zagracanie miejsca makulaturą w magazynie. Kogo może obchodzić wściekłość miotającego się po celi faceta dobiegającego sześćdziesiątki, który w dodatku, dawno już nie żyje?

Urodzony w 1927 roku Józef Kuśmierek w szesnastym roku życia trafia do partyzantki. Najpierw Gwardia Ludowa, a potem Armia Ludowa, życie wrzuciło mu do plecaka zbyt wiele romantycznych bzdur i mitów. Tyle że z chłopskim uporem ciągle chciał sprawdzać fakty i nic się nigdy nie zgadzało.

Z przedwojennych doświadczeń dziecka został mu w pamięci pobyt w szpitalu w 1937 roku, kiedy po zapapranym zapaleniu ucha trafił na oddział urazów czaszki warszawskiego szpitala św. Ducha przy Elektoralnej. Na tej samej sali położono nieprzytomnego pacjenta, którego pilnowali dwaj policjanci. Po dwóch dniach odzyskał przytomność. To był  Ukrainiec. Pochodził z tarnowskiego, był księgowym w spółdzielni mleczarskiej, pobitym podczas akcji policyjnej. Inni pacjenci nie okazywali współczucia, raczej przeciwnie. Opowiadał, jak pisze Kuśmierek, piękną polszczyzną:

Przyjechali w normalny dzień rozbijać mleczarnie. Przyjechała policja granatowa, żandarmeria i cywile . Jego bili początkowo ‘troszeczku’, innych członków zarządu i pracowników mleczarni ‘troszeczku mocniej’. Urządzenia spółdzielni rozbijali łomami, bańki na mleko przedziurawiali gwoździami. I dopiero gdy grantowi policjanci  ściągnęli spodnie i zaczęli się ‘wypróżniać w mleku’, nie wytrzymał i zaczął się szarpać. Wtedy i on oberwał ‘troszeczku mocniej’. Przywieźli go do Warszawy, bo wszystkie miejsca w lokalnych szpitalach były przepełnione”.

Postawy innych pacjentów trochę się zmieniły, bo jednak trudno było zrozumieć tak daleko posunięty patriotyzm. Pacjent po kilku dniach zmarł, została pamięć chłopca, który niebawem miał dostać do ręki broń. Sześćset lat polsko-ukraińskiej zwierzęcej nienawiści uporczywie przewija się w tych jego rozważaniach o naszej historii. Ukraina była naszą kolonią i traktowaliśmy zawsze hajdamaków jak kolonialiści.

Normalnym stanem Polaka patrioty jest niewiedza o faktach, które wstrząsnęły historią kraju, o ile tylko fakty są nieprzyjemne lub kompromitujące. W sraniu w ukraińskie mleko ujawniła się nasza polska krzepa, był to dowód siły i przewagi nad hajdamakami. Kto tylko był patriotą swojego narodu, a przez wybryk historii znalazł się w granicach naszego państwa, to go w łeb. W łeb tym mocniej, o ile był od nas słabszy. Oto rezultat lektury tych historycznych komiksów spisywanych dla pokrzepienia serc.

On sam brał udział w tej zwierzęcej nienawiści, kiedy bezpośrednio po wojnie, jako żołnierz Wojska Polskiego brał udział w wysiedlaniu Ukraińców. Pisał, jak wojsko strzelało do wszystkiego, co się rusza,  wysiedlano głównie kobiety i dzieci, bo mężczyzn się zabijało. Strzelał, bo naprzeciwko siebie były  śmiertelnie nienawidzące się zwierzęta, strzelał, bo nawet po rozbiorach, po doświadczeniach z próbami wyrugowania polskiego języka, nie umieliśmy zrozumieć, że Ukraińcy chcą mówić swoim językiem, że chcą mieć swoje szkoły, że chcą mieć swoje spółdzielnie. To było zbyt trudne, dla patriotów wychowanych na literaturze romantycznej i Sienkiewiczu. Nasz patriotyzm był patriotyzmem nienawiści do każdego, kto jest inny i odrazy do budowania siły gospodarczej, odrazy do faktów, które mówiły, że zrywy bez broni, wyszkolonego żołnierza, bez intendentury myślącej o dostawach amunicji i żywności, bez wywiadu o liczebności i zamiarach wroga, są samobójcze.

Krążąc po celi nr 3, Kuśmierek ogląda ten nasz patriotyzm, zbudowany na romantycznych mitach, na nienawiści i pogardzie. Jego idolem jest Drucki-Lubecki i ludzie, którzy w warunkach podległości próbowali budować gospodarczą potęgę, a których klęską byli swoi, romantyczni i durni powstańcy niszczący każdą próbę stworzenia sprawnie funkcjonującej gospodarki i bardziej nowoczesnego społeczeństwa, które byłoby zdolne do budowania własnego państwa.

Dlaczego zawsze i bez trudu tak dobrze rozumiałem Józefa Kuśmierka? Pewnie dlatego, że wiele z tego, co mówił, słyszałem dużo wcześniej, jeszcze jako dziecko. Mieszkaliśmy w Poznaniu, przy ulicy Marcelińskiej, między Skarbka, a Lubeckiego. Do Grunwaldzkiej, gdzie była linia tramwajowa, chodziliśmy z ojcem Ostroroga, częściej Skarbka, przecinając Rycerską, a do łaźni Włodkowica. Te nazwy ulic były dla ojca okazją do długich opowieści o mądrym Ostrorogu, którego nikt nie słuchał, o Skarbku, który był pierwszym Polakiem, który czytał Adama Smitha, a przynajmniej pierwszym, który o nim pisał, więc ciekaw był ojciec, jak też wpływał na Lubeckiego i co by było, gdyby nie durni podchorążowie z ich kretyńskim powstaniem. Czy Lubecki był geniuszem? Był mężem stanu, a był tam jeszcze Staszic z jego fabrykami i kilku innych. Nie wszystko pamiętam z tych jego gniewnych opowieści na czterech ulicach wygłaszanych chyba bardziej do siebie niż do mnie.

Kuśmierek pisze o tym wszystkim dokładniej, z jeszcze większym gniewem. U Kuśmierka stale obecna jest kwestia włościańska. Chcieliśmy być Europą, ale pańszczyźnianą. Armia pruska miała doskonałego żołnierza, Kuśmierek przypomina, że większość tych żołnierzy mówiła po polsku. Polski, chłopski rekrut był w pruskiej armii doskonałym żołnierzem. Nic dziwnego, że jedyne wygrane powstanie było w Wielkopolsce, a w wolnej już Polsce, najlepiej wyszkolone pułki polskiej już armii, to pułki poznańskie. My żądaliśmy, żeby chłop bohatersko walczył o ojczyznę i wracał potulnie do pańszczyzny.  

Krążąc po celi sześć kroków na cztery, wścieka się Kuśmierek na legendę dwudziestolecia. Zła reforma rolna hamowała rozwój, dławiła zaopatrzenie w żywność, podtrzymywała biedę, hamowała oświatę. Kwestia włościańska legła brzemieniem na całej naszej historii. Ojciec Kuśmierka jeszcze podczas pierwszej wojny światowej, jako działacz ludowy, jeździł po wsiach i namawiał na Polskę. A chłopi jej się bali, bo wróci pańszczyzna, którą zniósł dobry cysorz w Wiedniu i drugi dobry cysorz w Petersburgu.

Tak się to zakodowało w chłopskiej świadomości i niech mnie nikt nie czaruje legendami. W latach trzydziestych we wsi Wręczyca pod Częstochową dogorywała moja prababka. Dobrze zapamiętałem odwiedziny w jej domu. Jedyne wspomnienie, jakie mogła przekazać prawnukowi, to było opowiadanie o karbowym, który wypędzal co rano młode dziewczyny na pole, do pracy „na pańskim”. I tak ja, który mam zamiar dożyć końca XX wieku, całowałem jeszcze dłoń polskiej chłopki, której jedynym wspomnieniem była opowieść o pańszczyźnie.

Kiedy w 1980 roku, po  sierpniowym zrywie, na zebraniach robotniczych recytowano Mickiewicza i  Norwida, Kuśmierek wrzeszczał, że ważniejszy jest stan parku maszynowego i decyzje co produkować, żeby zaspokoić najpilniejsze potrzeby ludzi. Klął paskudnie, kiedy zapewniano go, że to przecież poezja romantyczna pozwoliła na przetrwanie duszy narodu. Odpowiadał innymi słowami to  samo, co słyszałem w dzieciństwie: „romantyczny onanizm wyobraźni zawsze zastępował nam pracę”.

Kończąc swoją opowieść o myślach wędrowcy po klatce z zakratowanym oknem pisał:

Cała zamatocha sierpniowa udowodniła, że to my chcemy centralizmu, że my kochamy centralizm. […] Toteż gdy mnie pytają, czy jest jakieś wyjście, odpowiadam: wyjścia nie ma. Bo my zawsze chcieliśmy nie tego, czego trzeba było chcieć.

Zamknąłem wyblakłą broszurę i sięgnąłem po ostatnią książkę Józefa Kuśmierka. Obecny. Już była wolna Polska, 1991 rok, wyszła jednak w Londynie, w londyńskim „Aneksie”. Ta książka zaczyna się od zdania: „Byłem stalinowcem” i opowieści o tym, jak człowiek zostaje tym, czy tamtym i jak dostrzeganie rzeczywistości może go zmienić. Najgorsi nie są jednak ci, którzy w coś uwierzyli, tych można odsunąć, najgorsi są ci, którzy są ubezwłasnowolnieni własnym strachem, gotowi na wszystko, gdy tylko otrzymają polecenia, wytyczne. Są najgroźniejsi, bo będą tacy sami, nawet jak wszystko się zmieni.

Ta jego ostatnia książka  jest dziś na polskim rynku rarytasem. Zbiór jego reportaży. Zaczyna się od relacji plutonowego Kuśmierka z płonącej Warszawy (pierwsze dni powstania), kończy relacją z podróży autobusem przez Polskę w 1988 roku. Potem są już tylko dwie strony notki autobiograficznej. Ostatni akapit brzmi:

Korekta tej książki była jednak dla mnie przygnębiająca. Wszystkie tematy w niej poruszone – do niektórych powracałem z maniackim uporem – mógłbym podjąć dziś od nowa i niewiele zmieniając, przedstawić czytelnikom jako najaktualniejsze problemy. Czy więc cały ten mój dziennikarski żywot poszedł na marne? Nie mam na to odpowiedzi, ale nie żałuję tego, co robiłem.

Została dusza narodu ukształtowana przez romantyczną poezję, sienkiewiczowski narodowy kicz i kościelną paplaninę. Duma romantycznych patriotów, zawsze gotowych do srania w czyjeś mleko zwyciężyła. Zostaje tylko nadzieja na wściekły upór tych, którzy nie żałują tego, że widzą i gotowi są przemierzać świat, szukając faktów. Jego uwagi o dziennikarzach pozostają aktualnym ostrzeżeniem:

Ostatecznie za wymuszane na dziennikarzach kłamstwa płacono im, i to nieźle, więc chcieli się wywiązać jak najlepiej ze swoich obowiązków. Gotów jestem to zrozumieć, aczkolwiek nie mogę tego usprawiedliwić. Mimo mojej gruboskórności jakże często zaprogramowanej bolało mnie, iż tak zwane środowiska też nie chciały i do dzisiaj nie chcą znać prawdy. Doświadczenia ostatnich lat uświadomiły mi tę przykrą sprawę, że ludzie wolą być kołysani kłamstwem, zwodzeni obietnicami, wolą wierzyć w miraże, a ze wszystkich sił odpychają od siebie prawdę.

avatar

Andrzej Koraszewski

Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny

Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”.

Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com