Krzysztof Łoziński: Jakiej Polski chcę?

30.06.2019

Prezentuję pierwszą część dużego tekstu programowego (z cichą nadzieją, że może ktoś przeczyta, a z jeszcze cichszą, że zrozumie). Pierwsza część obejmuje wstęp i pierwsze zagadnienie szczegółowe: edukację. Tekst publikuję w odcinkach, bo całość będzie bardzo duża. Jest to moja propozycja programowa dla partii i ruchów opozycyjnych. Piszę to dlatego, że opozycja musi mieć program pozytywny. Nie wystarczy odsunąć PiS od władzy i posprzątać. Trzeba jeszcze mieć wizję: co dalej.

W tekście posiłkuję się fragmentem mojej deklaracji programowej sprzed trzech lat, jednak nieco go zmieniając i rozbudowując o kwestie dotyczące: samorządności, wolności gospodarczej, mediów, edukacji, nauki, służby zdrowia, opieki nad osobami wymagającymi pomocy.

Wstęp

Jakiej Polski chcę? Otwartej, wolnej, demokratycznej, nowoczesnej i dostatniej, otoczonej przyjaznymi sojusznikami. Marzę o Polsce silnie i na stałe zakorzenionej w zachodnioeuropejskiej cywilizacji, w której obowiązuje wspólnota wartości, praworządności, szacunek dla trójpodziału władzy i demokratycznego państwa prawnego, oraz szacunek do praw człowieka i obywatela.

W sferze ogólników wszystko jasne, ale co to praktycznie oznacza?

Chcę odwrócenia relacji między państwem a obywatelem, zamiast „państwo obywatelowi pozwala” powinno być: „obywatel ma prawo”. Obecnie jest tak, że państwo decyduje o niemal wszystkim. Relacja oparta jest na założeniu, że obywatel z natury jest głupi i nieuczciwy, i jeśli pozwolić mu na samodzielność, to na pewno zrobi źle. Dla odmiany urząd lub urzędnik, jest z definicji mądry (nabywa kompetencje wraz ze stanowiskiem) i dlatego to on musi decydować. Powinno być odwrotnie. Relacja powinna być oparta na założeniu, iż obywatel jest uczciwy i chce dobrze. Posłużę się przykładami:

a. Dziś organizacja pozarządowa może działać dopiero po zarejestrowaniu w KRS, a więc de facto prosi państwo o pozwolenie na działanie. Powinno być odwrotnie. Powołujemy organizację i informujemy państwo o jej powstaniu. Instytucje państwa mają określony termin na wyrażenie zastrzeżeń (np. niezgodności statutu z prawem) i zażądania ich usunięcia, co samo w sobie nie wstrzymuje działania organizacji. Zakaz działania organizacji może być wprowadzony tylko prawomocnym wyrokiem sądu, jeśli jej działalność jest niezgodna prawem. Rejestracja organizacji leży po stronie państwa. Jeśli państwo potrzebuje prowadzić rejestr, to jego problem.

b. Dziś obywatel prosi państwo o pozwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej. Powinno być: zaczynam działalność gospodarczą i informuję instytucje państwa o tym fakcie. W prawie powinien być zapis: „Obywatel ma prawo prowadzić działalność gospodarczą bez uprzedniego pozwolenia” (co nie oznacza braku obowiązków sprawozdawczych i podatkowych). Obywatel musi jedynie poinformować organ podatkowy o rozpoczęciu działalności, a rejestracja tej działalności leży po stronie państwa. Obywatel informuje, państwo rejestruje. Koncesjonowanie działalności powinno być ograniczone wyłącznie do produkcji i obrotu: broni, materiałów niebezpiecznych, narkotyków, leków. Dziś mamy istny zalew licencji i koncesji. Większość z nich służy wyłącznie ochronie interesów korporacyjnych przed konkurencją.

c. Ministerstwo ściśle określa program nauczania, nie dając szkołom i nauczycielom żadnej swobody w jego kształtowaniu. W krajach rozwiniętej demokracji nauczyciele i szkoły mają rozległą autonomię w kształtowaniu programu. Tak powinno być i u nas. Urzędnik nie jest mądrzejszy od nauczyciela i od szkoły. Obywatel powinien mieć prawo wyboru szkoły, uczelni, czyli czego i od kogo się uczy. Także w stosunku do jego dzieci.

d. Dziś, by wydawać gazetę, trzeba zarejestrować tytuł w sądzie, co jest traktowane jako pozwolenie na wydawanie gazety. Powinno być odwrotnie – rejestracja tytułu powinna służyć jedynie jego ochronie przed zawłaszczeniem.

Pragnę, aby stosunek między Państwem a obywatelem był oparty na zasadzie: „obywatel ma prawo”, a nie „państwo obywatelowi pozwala.

Przejdźmy do konkretów, czyli jak moim zdaniem powinny wyglądać poszczególne dziedziny funkcjonowania państwa i społeczeństwa.

Część pierwsza. Edukacja

Od trzydziestu lat nie odbyła się na poziomie państwa ani jedna poważna debata fachowców na temat tego, jak ma wyglądać polska szkoła. Co więcej, nie zastanawiano się nad tym, czy w dzisiejszym świecie globalizacji, Internetu, powszechnej obecności komputerów, nie powinno się uczyć zupełnie inaczej, niż do tej pory. Polska szkoła tkwi w dziewiętnastowiecznym skostniałym modelu dydaktyki, preferującym wkuwanie, zamiast umiejętności zdobywania informacji. Dominuje ciągle metoda kredy i tablicy, co najwyżej zamienionej z drewnianej na elektryczną. A wystarczy przejść się do Centrum Nauki Kopernik, by zobaczyć zupełnie inną dydaktykę, opartą na doświadczeniu i zrozumieniu, zamiast wkuwania na pamięć regułek, wzorów, dat itp.

Należałoby się przynajmniej zastanowić, czy każdy uczeń musi umieć wyciągać pierwiastki na papierze, gdy ma w kieszeni telefon z kalkulatorem, albo czy jest sens uczyć rysunku technicznego, gdy są od tego programy komputerowe.

Podstawowym błędem naszego sytemu szkolnego jest jego jednolitość, jeden wspólny dla wszystkich szkół program, ustanawiany przez ministerstwo i zwany dla niepoznaki „minimum programowym”. Błąd ten polega na tym, że wszyscy uczniowie praktycznie uczą się tego samego zakresu wiedzy i nie uczą się całych ogromnych obszarów wiedzy, których ministerstwo w tym „minimum” nie uwzględniło. Jeżeli przykładowo uczymy wszystkich historii Cesarstwa Rzymskiego i starożytnej Grecji, to jednocześnie nie uczymy historii Chin, Japonii, Indii, Inków, Majów, Azteków, kultur afrykańskich i wielu innych. Posłużyłem się przykładem historii, ale to dotyczy wszystkich dziedzin. Tak samo jest w nauce biologii, geografii, fizyki… W każdej z tych dziedzin obszar, którego wszyscy się uczą, jest znacznie mniejszy od tego, czego się wszyscy nie uczą. Co więcej, mamy całe dziedziny, których w szkole nie uczy się praktycznie wcale – prawo, ekonomia, psychologia, socjologia… W efekcie mamy społeczeństwo pozornie wykształcone.

Uświadommy sobie bardzo ważną prawdę. Twórczość, kreatywność, postęp nigdy nie wynikają z robienia tego samego, co wszyscy. Społeczeństwo, w którym wszyscy nauczeni są tego samego, nie jest twórcze. Twórcą, kreatorem, wizjonerem będzie ten, kto wie co innego niż wszyscy i postępuje inaczej niż wszyscy.

Dlatego program szkolny powinien być zróżnicowany. Powinno się pozostawić poszczególnym szkołom, a nawet nauczycielom, dużą swobodę doboru programu i metod nauczania. Minimum programowe powinno być w rzeczywistości ograniczone do zakresu umiejętności elementarnych, bez których człowiek nie może funkcjonować. Dopiero wtedy szkoła ma szansę być naprawdę nowoczesna. Szkoła musi też być elastyczna, reagować na to, co się wokół nas dzieje.

Przykładowo: Gdy zaczęły się protesty obywatelskie pod Trybunałem Konstytucyjnym, dobry nauczyciel powinien wyjaśnić uczniom, co to jest trójpodział władzy i konstytucja. Dzisiejsza szkoła w ogóle tego nie uczy, a i nauczyciel często nie wie. Niemal codziennie obserwuję brak podstawowej wiedzy obywatelskiej nie tylko u młodych ludzi, ale niemal u wszystkich. Dlaczego? Dlatego, że polska szkoła, tocząca się prawem bezwładności od 30 lat, nie zauważyła jeszcze demokracji.

Inny przykład: Od szeregu lat trwają poważne konflikty w rejonie Zatoki Perskiej, a pytanie z dowcipu o blondynkach: „jak się właściwie pisze, Iran czy Irak?”, można zastosować wobec znacznej części absolwentów polskiej szkoły. Tymczasem dobry nauczyciel powinien przekazać uczniom podstawową wiedzę o tych krajach i o tym, z czego te konflikty wynikają.

Jeżeli w polskiej szkole praktycznie wcale nie uczy się historii Chin, Indii, Indonezji, a historii USA uczy się w bardzo ograniczonym zakresie, to zauważmy, że te cztery kraje to dziś połowa ludzkości, o której historii polski uczeń nie wie prawie nic. A dlatego, że jak w XIX wieku utarło się, że uczy się głównie historii Europy, to tak już zostało.

Brak elastyczności polskiej szkoły skutkuje tym, że politycy mogą wmawiać niemal wszystkim kompletne absurdy i kłamstwa, a także tym, że szkoła nie nadąża za zmianami w niemal każdej dziedzinie.

Szkoły powinny być różne: publiczne (państwowe i samorządowe), prywatne, organizacji pozarządowych, kościołów… W szkołach publicznych powinien obowiązywać tak jak w USA, całkowity zakaz indoktrynacji ideologicznej, w tym religijnej. Szkoły publiczne powinny być całkowicie neutralne światopoglądowo.

W szkołach publicznych nie powinno być nauki religii. Z dwóch powodów: po pierwsze uczeń nie powinien pod jednym dachem uczyć się na biologii o ewolucji, a na religii, że jej nie było. Nie powinien na fizyce uczyć się o wielkim wybuchu, a na religii o stworzeniu świata w siedem dni.

Powód drugi: naukę religii do szkół wprowadzono jako reakcję na jej blokowanie w czasach komunistycznych. Ale czasy się zmieniły. Dziś nikt kościoła nie prześladuje i nie utrudnia mu nauczania w salach katechetycznych. Nie ma żadnego powodu, by z religii katolickiej robić religię państwową (bo tak jest w praktyce). Kościoły powinny natomiast mieć prawo prowadzenia swoich szkół, a uczęszczanie do nich powinno być świadomym wyborem ucznia i jego rodziców.

Różnorodne powinny być też podręczniki, a ich wybór należy pozostawić nauczycielom i uczniom. Niedawny powrót do jednego podręcznika dla wszystkich był poważnym błędem, likwidacją jednego z niewielu elementów nowoczesnej szkoły i powrotem do sztampy.

Finansowanie edukacji przez państwo powinno polegać na dotowaniu ucznia niezależnie od tego, do której szkoły pójdzie. Zasada: pieniądze idą za uczniem. To właśnie pozwoli na swobodny wybór szkoły. Oczywiście to nie wyklucza dotowania szkół z innych źródeł niż pieniądze idące za uczniem, np. przez fundacje, darowizny, zbiorki publiczne, dotacje samorządów…

Część druga. Służba zdrowia

Ciąg dalszy nastąpi.

Krzysztof Łoziński

B. przewodniczący KOD

Fizyk, alpinista, mistrz sztuk walki. A także dziennikarz i działacz polityczny.

Autor o sobie

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com