Znak pokoju

17.09.2019

Obecni włodarze naszego folwarku, sędziowie, prawodawcy, moraliści i społeczni naukowcy uzbrojeni w partyjne legitymacje, przypominają pewnego niedzielnego logika, który obciąwszy pchle nogi na próżno ją prosił, by skakała. Z czego wysnuł wniosek: po amputacji pchła głuchnie.

*

Naprzeciw siebie stoją diabeł i anioł. Diabeł ma w ręku kamień, anioł – chleb. Z tym że kamień jest o niewielkiej wielkości, a chleb ma chrześcijańskie rozmiary młyńskiego koła.

Jak się takim bochenkiem gwizdnie w opozycyjne ucho, to od razu widać, po czyjej stronie jest racja.

Odczuwamy coraz silniej, a reagujemy coraz mniej; nie ma w nas instynktownego zapotrzebowania na subtelność: stała się niemodna i poszła się pieprzyć.

Jakkolwiek zdajemy sobie sprawę, że agresja i nieuzasadniona niechęć do dyskusji zatacza coraz szersze kręgi i rośnie w geometrycznym tempie, że tak samo jak znieczulica towarzyszy nam od zawsze, to przecież z każdym dniem obserwujemy nasilenie się skali tego zjawiska.

Syndrom odrazy do wymiany racjonalnych argumentów, liczne spory ideowe i ukartowane fermenty powstające między ludźmi nazywanymi politykami, prowadzone językiem wulgarnym i napastliwym, są przenoszone do naszych domów. Szerokim strumieniem wędrują pod strzechy, a z telewizyjnych sprawozdań, sejmowych wiadomości czy obrad rządu, z konferencji prasowych i zabaw z przeciekami, szarzy obywatele czerpią wzory do naśladowania.

*

Tych, którzy są delikatni bez powodu, jest mrowie, tych, co się oburzają na chamstwo, jest garstka. Grupka zastraszonych krzykiem; to z powodu lęku przed np. pobiciem lub zbluzganiem, woli międlić w sobie przekleństwa – szeptem.

Lęk przed narażeniem się żulowi jest naturalny. Zwłaszcza gdy zna się bezsilność policji, opieszałość i nieskuteczność sądów, gdy uświadamiamy sobie, że mamy popsute i bzdurnie pobłażliwe prawo: litościwe dla przestępcy, bezduszne i restrykcyjne wobec ofiar.

Obawa przed żulem jest uzasadniona. Tym większa, gdy lepiej się zna dane z naszych szkół nie wychowujących, a pobierających pensję za nieudolność. Kiedy widzi się rodziców przymykających oko na wybryki swoich pociech. Rząd nadający im miano patriotów.

*

Żyjemy w kłamstwie, w obłudzie, w masce dopasowanej do okoliczności, do roli, w której tkwimy.

Jesteśmy surowi, apodyktyczni, wymagający; gdy rozmawiamy z dziećmi, wydajemy się sobie ważni, mądrzy, niezastąpieni. Wtłaczamy im do zdezorientowanych głów nasze kompleksy, lęki, obawy wyniesione ze swojego dzieciństwa, wciskamy w nich zabobony, którymi faszerowali nas wujowie, mamy, tatusiowie i kumple z podwórka.

Malec, który dostrzega, jak tatuś rzuca mamusią o ścianę, uczy się, że ciskanie mamą jest objawem miłości. Z nauki tej wyciąga wniosek, że jak dorośnie, będzie taki sam. Tatuś, zgodnie z poglądami wyznawanymi przez kolegów z zakładu pracy, nienawidzi gejów, choć zna ich tylko ze słyszenia i żadnego z nich nie widział na oczy. Tak jak nie ma pojęcia o faszystach, jakkolwiek w głębi ubogiego ducha broni i popiera ich przemyślenia.

Podobnie wyrobione zdanie ma na temat aborcji, choć kiedy go o nią zapytać, nie wie, co to jest i czym to się je. Tak samo nie orientuje się w problemach LGBT. O transplantacjach ma wiedzę zerową, lecz na ich temat lubi się wypowiadać. Podobnie uwielbia błyszczeć na konferencjach  prasowych, uczenie i dostojnie tokować w sprawach paranormalnych przyczyn katastrof.

A dziecko widzi i słyszy. Jest w tym początkowym okresie dorastania, kształtowania się psychiki, zapatrzone w rodziców jak w obraz. Bezkrytycznie przyswaja ich słowa, gesty, wyrażenia i przekonania. Uczy się, nasiąka naszymi banałami i farmazonami, wchłania wszystkie nasze pedagogiczne toksyny, uprzedzania, gusła, którymi zostaliśmy nakarmieni.

*

By przekonać się o prawdziwości tych słów, starczy posłuchać wykwintnej polszczyzny sejmowych pyskaczy. Popatrzeć na ich mandaryńskie pozy i niezacne miny. Lub na telewizyjne wystąpienia zaproszonych gości, rzekomo światłych dyskutantów, a tak naprawdę – rykowiska z rozwrzeszczanymi przekupkami.

Starczy rozejrzeć się dookoła, by zatęsknić za regułami savoir-vivre`u. Po II Wojnie Światowej kraj nasz dopiero się przyzwyczajał do życia bez bomb i w pierwszym rzędzie należało zatroszczyć się o jego odbudowę. O jego podźwignięcie ze zgliszcz. Naprawienie wieloletnich poniechań i zaniedbań datujących się od lat, a występujących jeszcze po odzyskaniu Niepodległości.

Dla ludzi wychowanych w czasie komuszego nierządu konieczne były instrukcje obsługi chusteczki do nosa lub szczegółowe dyrektywy na temat jedzenia przy stole.

Większość z nich rekrutowała się ze środowiska zatrutego niesprawiedliwością i analfabetyzmem powstałym BEZ ICH WINY. Ze środowiska uważanego za bezmyślną siłę roboczą przybywającą z dalekich stron umysłowej prowincji.

Niedocenieni przez Historię, odrzuceni w awansach, cisi, zaprotestowali. Korzystając z nadarzającej się okazji do pokazania się z lepszej strony, tryumfalnie wchodzą na miejsca niegdysiejszych elit.

Niestety, jak każdy sukces musi być okupiony ciężką pracą, tak i należenie do elity wymaga spełnienia określonych warunków. Jednym z nich jest wykształcenie oparte na wiedzy. Znajomość niezabobonnych realiów współczesnego świata. Świata dalekiego od zapyziałej lepianki praszczura. Bogatego w kulturową różnorodność. No i w zrozumienie zachodzących w nim procesów.

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com